piątek, 25 grudnia 2015

FILM + Projekt Prezent

Wraz z nadejściem Wigilii definitywnie zakończył Projekt Prezent, organizowana przez środowisko blogerów zbiórka darów dla potrzebujących psów. W ramach akcji prezent otrzymała również Frida, młoda dzikuska, znajdująca się pod opieką Fundacji Zwierzęca Polana – a wszystko to dzięki Wam!

sobota, 19 grudnia 2015

To, czego nie widać

Internet podbija właśnie 45-sekundowy film, na którym widzimy, jak Iwonie Gołąb puszczają nerwy. Trenerka, przy akompaniamencie dobiegających zza kamery chichotów i śmiechów, w dość ostry sposób karci psa, znajdującego się poza kontrolą właściciela. Padają nieparlamentarne wyrazy, w ruch idzie nawet tyczka od stacjonaty. Film ów, niesiony falą oburzenia, można było zobaczyć nie tylko na stronach i grupach dotyczących agility, ale również takich, które zajmują się innymi sportami kynologicznymi, a nawet wystawami. Zewsząd dochodzą głosy dezaprobaty i zdania mówiące o tym  “co prawdziwy trener powinien…” lub “czego ja nigdy bym nie zrobił…”. Oczywiście, dopiero po tym, kiedy skwapliwie udostępniającym rzeczony film wyczerpią się wyzwiska, bo najpierw jest mowa o psychopatach, pizdach i dołach wypełnionych wapnem. Mnie zaś cała sytuacja skłania do szerszej refleksji. O tym, czego nie widać.
 

piątek, 11 grudnia 2015

Wpadka roku

Po tym, jak zakończyły się nasze przygody związane z poszukiwaniem odpowiedniej hodowli oraz właściwego krycia, gdy w końcu wylądowałam na liście oczekujących na szczenię z austriackiej hodowli Mi Sombra’s sądziłam, że pozostało mi już tylko trzymać kciuki za jedyny, słuszny kolor pieska i (nie)spokojnie wyglądać godziny zero. Tak się jednak składa, że w życiu nie wszystko idzie zgodnie z planem, o czym rzeczywistość raczyła wymownie przypomnieć mi budowlanym walcem rozjeżdżając wszystkie moje oczekiwania. Bardzo to uprzejme z jej strony, prawda?


sobota, 5 grudnia 2015

Suche karmy dla psów

Za każdym raziem kiedy postanawiamy Tytanii zmienić karmę zaczyna się długi proces marudzenia: że karma jest za droga (ja), za kiepska (D.), że nasze „mi się wydaje” dotyczące składu mówi, iż będzie dobrze (oboje). Porównujemy ploteczki i doświadczenia innych psiarzy, szukamy opinii w Internecie, pytamy znajomych. W ten sposób Tytania jadła już karmy spod znaku Royal Canin (w okresie szczenięcym), Acana, Taste of the Wild, Purizon, Markus-Mühle i Brit Care. Co ciekawe, mimo sporej rezerwy z jaką D. przyjęła mój wybór tej ostatniej marki, sprawdza się chyba najlepiej. Sierść ładnie błyszczy, Tytania przy niej nie wybrzydza, skład w miarę się broni, nie pojawia się łupież, produkt końcowy zbierany podczas spacerów do woreczka ma wzorową konstystencję, a przy tym jest w miarę tania.
Przy jednej z kolejnych naszych dyskusji na temat kolejnego worka karmy pojawił się luźny pomysł, żeby jakoś ugryźć temat „Suche karmy dla psów” bardziej przekrojowo. Stwierdziłem wtedy, że można podejść do sprawy od strony matematycznej. Sięgnąłem po kilka narzędzi (skrypty do ściągania danych z Internetu, bazę danych i środowisko do obliczeń statystycznych i wizualizacji), wbiłem się w stronę sklepu Zooplus, wyciągnąłem dane i w efekcie powstał poniższy tekst.

piątek, 27 listopada 2015

PlusBus: psi terapeuta nie jedzie!

W Polsce wciąż wiele osób uważa, że podróżowanie z psem za fanaberię. Widok czworonożnego pasażera wchodzącego do tramwaju, autobusu lub pociągu pewnie długo jeszcze będzie budził zdziwienie, a czasem sprzeciw. Ten ostatni w przypadku zwierząt do towarzystwa nie powoduje szczególnych problemów - zawsze przecież można poczekać i spróbować załapać kolejny autobus, a następnym razem by nie narażać się na brak życzliwości zostawić pupila w domu. Kłopoty zaczynają się dopiero wtedy, gdy pies nie może zrezygnować z podróży. Na przykład dlatego, że jest w drodze do pracy.

czwartek, 26 listopada 2015

Projekt Prezent 2015

Frida jest psem właściwie dzikim, który swój pierwszy kontakt ze światem ludzi miał… gdy ci spuszczali na nią swoje wiejskie burki, aby w ten sposób przegonić ją poza teren swoich gospodarstw. Przeraża ją wszystko – nie będzie przesadą, jeżeli napiszę, że boi się własnego cienia. Kompletnie nie wie, jak funkcjonować w mieście wśród ludzi i innych psów, a każdy spacer jest dla niej źródłem ogromnego stresu. To sprawia, że przed domem tymczasowym stoi niezmiernie trudne zadanie oswojenia jej ze światem oraz przekonania, że my, ludzie, potrafimy być miłymi towarzyszami życia. To będzie długotrwały, powolny proces.
 

piątek, 20 listopada 2015

Linka wstydu?

Linka treningowa. Zaczepia się o pień każdego drzewa. Zawisa na gałęziach krzewów. Plącze się pod nogami mijanych po drodze ludzi. Bywa, że zahacza o łapy ich czworonogów. Jest ciężka i niewygodna w obsłudze. Obciera ręce i kostki. Najgorsze jednak jest to, że rzuca się w oczy. Przyciąga spojrzenia, niczym magnes, a trzeba Wam wiedzieć, że nie są one miłe. Przeciwnie. Promieniuje z nich przytłaczające poczucie wyższości okraszone sporą dozą politowania. Taka mieszanka sprawia, że przewodnik olinowanego zwierza zapomina nie tylko o czerpaniu przyjemności ze spaceru, ale nawet o tym, z jakim zamiarem szkoleniowym udał się w teren. Jedyne, o czym myśli, to jakby tu szybko i skuteczne zapaść się pod ziemię ze wstydu. 

piątek, 13 listopada 2015

5 najważniejszych komend

Internet jest pełen psów, wykonujących niesamowite tricki i ewolucje, które wprost zapierają dech w piersiach. Wszystkie te akrobacje są bez wątpienia niezwykle widowiskowe, nic więc dziwnego, że wielu właścicieli psów ćwiczy ze swoimi pupilami rozmaite sztuczki, niejednokrotnie przy tym zapominając o tych naprawdę ważnych umiejętnościach. Na nic wszak zda się psu perfekcyjne opanowanie wskakiwania na stopy przewodnika, jeżeli jednocześnie nie można mieć do czworonoga na tyle zaufania, aby bezpiecznie zwolnić go ze smyczy poza domowym ogródkiem. Z tego względu dziś o – wydawałoby się – rzeczach prostych, oczywistych i wyjątkowo przydatnych, czyli takich, które powinien opanować każdy pies. Dla swojego własnego bezpieczeństwa. Przed Wami 5 najważniejszych komend.

piątek, 6 listopada 2015

Almost fetch!

Nie raz, nie dwa, nie trzy pisałam już, że Tytania wykazuje znikome zainteresowanie zabawkami, które na otwartej przestrzeni znika niby senna ułuda. Do tego zupełnie obca jest jej koncepcja aportowania, wolność wszak służy jej zdaniem wyłącznie do szalonego biegania w tę i z powrotem, a nie ustrukturyzowanych sprintów do rzucanej przez człowieka zabawki. Jednak, jak przystało na pełnego sprzeczności i niełatwego w obsłudze pieska, kocha frisbee szaloną miłością, która jest w stanie wygrać nawet z jej wyjątkowo silnym instynktem łowieckim. To gorące uczucie, które jakimś niepojętym cudem zdołałam w niej wzbudzić we wrześniu 2014 roku, jest dla mnie nieprzerwanie źródłem jednocześnie ogromnej radości i bolesnej frustracji. Bo co tu zrobić z psem, który chce tak bardzo, że aż nie może?

Przed Wami kolejne dzieło filmowe z kwadratowego studia: KLIKNIJ TU.

piątek, 30 października 2015

Jak świadomie kupić psa rasowego?

Świadomie kupić psa rasowego - to prawdziwe wyzwanie, szczególnie dla osoby, która na co dzień nie obraca się w światku kynologicznym. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że w pełni świadomy zakup pierwszego psa w danej rasie jest praktycznie niemożliwy i dopiero po odchowaniu “pierwszego psiego dziecka” zyskuje się dostateczną orientację potrzebną do tego, aby rzeczywiście móc dokonać przemyślanego wyboru hodowli, krycia i wreszcie - konkretnego szczenięcia. Nie znaczy to jednak, że ktoś, kto nigdy nie był na wystawie czy zawodach, a mimo to marzy o psie rasowym powinien od razu wybić sobie z głowy takie pomysły albo skierować swoje kroki do pierwszej z brzegu hodowli, która akurat ma na stanie śliczne puchate kulki. To, że zadanie jest trudne nie znaczy, iż można poddać się na starcie. Mam nadzieję, że wszystkim tym, którzy chcieliby nabyć rasowe szczenię - nowego członka rodziny - ten krótki poradnik pomoże uporządkować wiedzę i pozwoli szczęśliwie dotrzeć do celu.

sobota, 24 października 2015

Bardzo zdolny szczeniaczek...

udowodnił, że między uszami ma coś na kształt mózgu i może nawet będą z niego psy, wygrywając w zeszłą sobotę ostatnie w tym sezonie, warszawskie zawody rally-o.

piątek, 7 sierpnia 2015

Nowe przyszło!

Drodzy czytelnicy, w związku z pojawieniem się w rodzinnych szeregach drugiego psa, zwanego pieszczotliwie czekoowcą blog uległ pewnym zmianom - najważniejsze z nich to nowa nazwa i nowy adres strony. Jeżeli tęsknicie za T. i chcielibyście poznać jej młodszego brata zapraszam Was serdecznie do naszego nowego zakątka w sieci:

PIESDOKWADRATU.PL

piątek, 24 lipca 2015

Dla (samotnego) mężczyzny? Tylko seter irlandzki!

[To ostatni wpis na blogu, który ukazuje się przed wielkimi zmianami symbolizowanymi przez czekoowcę (jeżeli nie wiecie o co chodzi zerknijcie na naszego Facebooka). Cieszcie oczy, bo nie dość, że to pożegnanie z Trendem z seterem w dotychczasowej formule, to jeszcze głos zabiera dziś P.!]
 
Niedawno minęły dokładnie dwa lata od kiedy pożyczyłem od taty samochód, zapakowałem do niego D. i pojechałem odebrać naszego przyszłego, ukochanego psa - T. Dla D. pies zawsze był marzeniem, ale nigdy rzeczywistością. Z kolei moja mama uwielbia psy i większość życia spędziłem w domu z czworonogiem, zaczynając od Muzyka, który jadł ze mną na spółkę socjalistyczne pączki™, a kończąc na Cyferce, która żyła jeszcze, gdy wyprowadzałem się z domu rodzinnego. Mimo to pod wieloma względami dopiero T. jest tak naprawdę moim psem. Nie dość, że to ja zdecydowałem, iż z kupnem psa nie można już dłużej czekać, to na dodatek wymyśliłem akurat tę rasę. W końcu, tak się składa, że to ja spędzam z T. nieco więcej czasu niż D., choć z drugiej strony, D. spędza czas z T. jakościowo “lepiej”. Dlatego w ostatniej chwili (bo przed poważnymi zmianami na blogu) postanowiłem się podzielić kilkoma obserwacjami z życia z T. Bo seter irlandzki to rasa nie tylko po prostu bardzo fajna, ale też świetna dla faceta, a dla singla to już w ogóle genialna!
 
Zacznijmy od stereotypów: nie będzie szczególnie odkrywczą obserwacja, że większość samotnych facetów chciałaby przede wszystkim przestać być samotna. W tym celu posiadanie psa może się okazać nie lada pomocą i to z wielu powodów. Dlaczego? Sporo pań lubi psy, więc nawiązanie komunikacji z damą może okazać się o wiele prostsze, gdy psa mamy. Nawet jeśli myślimy o kobiecie, która nie jest szczególną fanką czworonogów, odpowiednio ładny i sympatyczny futrzak może szybko przełamać lody. Wreszcie, jeśli z naszym czworonogiem zaczniemy coś robić poza chodzeniem na krótkie spacery, może się ukazać, że wylądujemy w wyjątkowo sfeminizowanym środowisku psiarzy. Serio, serio. Rozejrzyjmy się chociażby po psiej blogosferze, czy zawodnikach DCDC: wśród “psiarzy” jest potężna nadpodaż kobiet i o ile nie zamierzam tu dowodzić, że są to same singielki, o tyle tak potężna dysproporcja płci działa na naszą (męską) korzyść. Aż chce się powiedzieć: “hau hau”.
 
Teraz kiedy już przykułem, mam nadzieję, uwagę, przejdę do kolejnego pytania: jaki pies? Odpowiedź brzmi: seter irlandzki. Już wyjaśniam, dlaczego.
 
Po pierwsze, ładny seter irlandzki jest po prostu piękny. D. ma zwyczaj powtarzać, że jeśli T. ma jakąś zaletę to jest nią uroda. Jest to spore uproszczenie, ale faktycznie T. działa na (niektóre) kobiety jak magnes. Zdarzało mi się zaczynać rozmowy z kobietami na np. przystankach czy w knajpach, kiedy byłem z T. nawet jeśli starannie ignorowałem świat zewnętrzny, grzebiąc w telefonie. Wyobraźmy sobie, że osoba po drugiej stronie smyczy jest trochę bardziej przystępna dla otoczenia i ubiera się nieco schludniej niż ja, a otrzymamy przepis na sukces. A przynajmniej na przełamanie pierwszych lodów.
 
Po drugie, seter irlandzki nie jest tak wstydliwym stworzeniem w komunikacji M2M (men-to-men) jak np. buldożek francuski czy york. Bez urazy dla jednych i drugich, ale nie raz słyszałem jak faceci tłumaczyli się, że ten pies to nie ich tylko partnerki lub mamy, bo przecież prawdziwemu mężczyźnie posiadanie takiego psa nie przystoi. Seter irlandzki jest sporych rozmiarów (plus nie do przecenienia), zaś jeśli ktoś powie, że np. wygląda lalusiowato zawsze można odpowiedzieć, zgodnie z prawdą, że właściwie to jest pies do polowań. Żaden stereotyp myśliwego nie łączy się z epitetem “lalusiowaty”.
 
Po trzecie, seter irlandzki to pies absolutnie bezpieczny (na ile, naturalnie, zwierzę może być absolutnie bezpieczne). Przykładowo owczarki niemieckie - choć atrakcyjne dla wielu osób, mądre i pracujące m.in. w służbach celnych, czy policyjnych - są rasą pod tym względem bardziej problematyczną. Jeśli zajrzymy w statystyki z np. USA możemy przekonać się, że odpowiadają za znaczący odsetek pogryzień. Trudno odebrać to inaczej niż jako mocny sygnał, że jest to rasa, która wymaga świadomego podejścia albo zainwestowania znacznej ilości czasu w szkolenie od szczenięcia. W tego typu statystykach próżno jednak szukać seterów irlandzkich, które są psami tak pokojowymi, że mogłyby z powodzeniem być symbolem hipisów.
 
Po czwarte, seter to pies życiowo dość ugodowy. Naturalnie irlandy są energiczne, potrzebują regularnie solidnej dawki intensywnego ruchu (a.k.a. dymania ile sił w łapach przez godzinę lub więcej). Ale poza tym to rasa śpiochów, które jakoś przeżyją nasze godziny pracy biurowej - w zamian za potężną dawkę ruchu np. wieczorem.
 
Chyba ostatnią, magiczną zaletą seterów jest preferowany przez te psy model spacerowy. Seter to pies, który wyprowadza się sam (a przynjamniej mój model tak ma). Spuszczony w jakimś atrakcyjnym miejscu (park, las, w ostateczności skwer), seter nie będzie potrzebował dodatkowej zachęty, żeby się ruszać. Zacznie eksplorować i cieszyć się tym jak kot kocimiętką. Stąd nawet osoby same mające problemy z większą ilością ruchu mogą seterowi ten ruch zapewnić. Sam tak zresztą wyprowadzałem T. przez mniej więcej pierwszy rok. Jednak potrzeba ruchu setera może być właśnie tym impulsem, który sprawi, że sami zmotywujemy się do ruszania z kanapy. Tak stało się ze mną. I choć daleko mi jeszcze do maratończyków, to z całą pewnością odwróciłem trend ku otyłości. Tyle wygrać!
 
A co jeśli to wszystko się nie sprawdzi? Jeśli przekonamy do siebie odpowiedzialnego hodowcę, kupimy i odchowamy szczeniaka, a nasze perspektywy matrymonialne nie ulegną poprawie ani odrobinę? Cóż, w najgorszym wypadku przez następna dekadę (lub nieco więcej) będziesz mieszkał ze swoim najlepszym przyjacielem, z którym zwiążesz się na więcej sposobów niż da się upchnąć w krótkiej notce blogowej. Całkiem nieźle jak na plan B, prawda?

piątek, 17 lipca 2015

Spacer z psem w Warszawie. Czy to w ogóle możliwe?

Dla opiekuna, który ze swoim czworonogiem mieszka w wielkim mieście codzienne zapewnienie psu odpowiedniej dawki ruchu to prawdziwe wyzwanie. Szczególnie, jeżeli człowiek ów chce postępować zgodnie z obowiązującymi przepisami. W stolicy kwestie psich spacerów i możliwości zwolnienia czworonoga ze smyczy określa Regulamin utrzymania porządku i czystości na terenie miasta stołecznego Warszawy. Niestety, dokument jest dość nieprecyzyjny, co sprawia, że raz Straż Miejska lub Policja mogą przykręcić psiarzom śrubę, a innym razem odpuścić. Przez to spacery, gdy pies biega bez smyczy zamiast dawać przyjemność stają się dla właściciela zwierzęcia źródłem stresu i niepewności. W zmianę sytuacji prawnej właścicieli psów i ich ulubieńców zaangażowała się Marta - mieszkanka warszawskiej dzielnicy Wola oraz opiekunka psa rasy border collie. Marta nie tylko zgodziła się poświęcić swój czas na rozmowę ze mną, ale też wciągnęła mnie w walkę o lepsze jutro warszawskich psów.

***

D.: Jak to się stało, że zdecydowałaś się zacząć działać na rzecz zmiany przepisów określających możliwość (a częściej jej brak) zwolnienia psa ze smyczy w mieście?
M.: Jak zawsze zadziałał przypadek. W październiku 2014 roku zaadoptowałam psa rasy border collie ze schroniska w Środzie Wielkopolskiej po śmierci mojej suni Pilvi, również BC. Znam tę rasę bardzo dobrze: jest to już trzeci taki pies w moim życiu. Border collie to psy pracujące, które wymagają dużej ilości ruchu i pracy, a nie tylko wychodzenia na smyczy w celu załatwienia swoich potrzeb fizjologicznych. Wyprowadzam Emila na skwer Gorzechowskiego w dzielnica Wola. W jednym z wieżowców tuż obok mieszka pani, która notorycznie przegania psiarzy twierdząc, iż teren skweru jest prywatną własnością. Przeganianie słowne nie dało rezultatów, więc pani zaczęła wzywać Straż Miejską, informując, że psy biegają bez smyczy. Na jedno z wezwań Straż Miejska wysłała funkcjonariuszy, którzy zapowiedzieli, że będą „lepić” mandaty…

D.: Wiem, że na skwerze Gorzechowskiego wiele osób pozwala swoim psom biegać swobodnie, a wieczorami odbywają się tam spotkania okolicznych psiarzy, które do tej pory nikomu nie zawadzały. Mimo to zostałaś ukarana mandatem za to, że Twój pies biegał po tym terenie bez smyczy?
M.: Tak, chociaż to nieco bardziej złożona historia. Po zapowiedzi SM bardzo dokładnie zapoznałam się z treścią uchwały regulującej kwestie zwalniania psa ze smyczy w Warszawie. Wychodząc na spacer z Emilem zawsze zabierałam ze sobą wydruk, w którym podkreśliłam najważniejsze ustępy. 18 czerwca puściłam psa na skwerze ze smyczą i rzucałam mu gumową zabawkę. Emil jest zafiksowany na aportowanie i biegał za nią z przypiętą smyczą, którą wlókł za sobą po ziemi. Takie rozwiązanie mi przyszło mi do głowy po zapoznaniu się z przepisami, które mówią, że “Dopuszcza się zwolnienia psa ze smyczy jedynie w miejscach mało uczęszczanych przez ludzi [...] pod warunkiem zapewnienia przez właściciela lub opiekuna pełnej kontroli zachowania psa”. W dniu zdarzenia funkcjonariusze SM podeszli do mnie i od razu stwierdzili, że pies jest bez smyczy, po czym pouczyli mnie, iż moim obowiązkiem jest wyprowadzanie psa na smyczy, bez innej alternatywy. Wskazałam wtedy, że mój pies jest cały czas na smyczy (co jeszcze bardziej pozwala kontrolować psa).

D.: Nie udało Ci się jednak wywinąć tym wybiegiem?
M.: Nie. Aby nie wdawać się w zbędne dyskusje poprosiłam strażników, aby wskazali mi w zapisie uchwały który punkt konkretnie złamałam. Skwer Gorzechowskiego jest przestrzenią o dużej powierzchni z trawą i drzewami. W chwili zatrzymania nie było wokół nas żadnych przechodniów - mogłoby się wydawać, że to idealny moment na swobodny spacer!


D.: Co mieli na ten temat do powiedzenia funkcjonariusze Straży Miejskiej?
M.: Panowie stwierdzili po prostu, że mieli wezwanie, dotyczące psów biegających bez smyczy i muszą wystawić mandat. Pies mimo że jest puszczony ze smyczą nie może biegać po tym skwerze, bo na skwerach nie można spuszczać psów.
W trakcie zajścia gromadzili się wokół nas inni właściciele psów, którzy brali czynny udział w dyskusji. Na pytanie jednej z pań “Dlaczego na Polu Mokotowskim psy mogą biegać bez smyczy, a tu nie?”, strażnik odpowiedział, że tam są pola, a tu skwer, tam Mokotów, a tu Wola. Najwyraźniej interpretacja uchwały przez Straż Miejską zależy od dzielnicy.

D.: Czyli w zależności od tego, w której części Warszawy przebywam puszczając psa ze smyczy łamię prawo lub nie, chociaż obowiązujące przepisy teoretycznie są wszędzie takie same?
M.: Dokładnie. Oczywiście, oświadczyłam, że nie zgadzam się z tym stwierdzeniem. Więcej nawet, świadomie powiedziałam, że chcę iść z tą sprawą do sądu, by zwrócić uwagę na skalę problemu i wyjaśnić zapis uchwały, który w moim rozumieniu zabezpiecza w 100% tylko część obywateli, która nie posiada zwierząt, a psiarze są pozostawieni na łasce i niełasce Straży Miejskiej. SM została utworzona by służy, pomagać, rozumieć potrzeby mieszkańców tego pięknego miasta, a nie widzieć w każdym obywatelu potencjalnego mandatobiorcę. Przede wszystkim jednak istotne jest to, że właściwie nie mamy żadnej możliwości zapewnienia psom odpowiedniej dawki ruchu. Wtedy zaczęłam szukać w Internecie opisów innych zajść tego typu. W ten sposób trafiłam na Twojego bloga i opisy terenów spacerowych na Woli


D.: A potem, po wymianie kilku maili i telefonów wylądowałyśmy razem na spotkaniu z wiceprezydentem Warszawy, panem Michałem Olszewskim. Jak udało Ci się zainteresować tą, wydawałoby się, błahą sprawą, kogoś na takim ważnym stanowisku?
M.: Po prostu napisałam do pana Michała Olszewskiego pismo w celu omówienia krzywdzącego psiarzy zapisu w uchwale. Spotkanie odbyło się dnia 7 lipca. Razem przestawiłyśmy swój punkt widzenia, mając na uwadze poszanowanie praw zarówno osób niemających zwierząt, jak i posiadaczy psów. Można podsumować je w dwóch punktach:
1. Sformułowanie „miejsce mało uczęszczane” daje niezwykle szerokie pole do interpretacji. Co to znaczy “miejsce mało uczęszczane przez ludzi”? 3 osoby dziennie, 10, 100? O której godzinie? A jak rano jest pusto, a wieczorem tłoczno? A w zimie czy w czasie deszczu?
2. Czym właściwie jest kontrola? Smycz, komenda słowna? Pies nieodwoływalny zwolniony ze smyczy z pewnością nie znajduje się pod kontrolą właściciela, ale pies odpowiednio ułożony, karny nie potrzebuje smyczy.

D.: Krótko mówiąc, uchwała jest tak nieprecyzyjna i pozostawia tak szerokie pole do interpretacji funkcjonariuszom Straży Miejskiej, że aby nie narażać się na kary pieniężne należałoby nigdy nie pozwalać psu na swobodne bieganie bez smyczy. A to, nie ma co się oszukiwać, ogromny problem dla przedstawicieli ras z dużą potrzebą ruchu.
M.: Właśnie. Na szczęście, pan prezydent był bardzo otwarty na nasze argumenty. Zdaniem pana Olszewskiego oraz towarzyszących mu osób z BOŚ-u zapis w uchwale ewidentnie pozwala w sytuacjach niezagrażających otoczeniu ani ludziom spuścić psa pod pełną kontrolą właściciela ze smyczy na „otwartej przestrzeni”. Ustalono także, iż będą przeprowadzane szkolenia w Straży Miejskiej, aby funkcjonariusze właściwie oceniali skalę zagrożenia i mandaty wypisywali wtedy, kiedy pies bez smyczy rzeczywiście stwarza niebezpieczeństwo. Mamy również przesłać propozycję tego, jak według nas powinien wyglądać zapis w uchwale na ręce pani Grażyny Sienkiewicz z BOŚ.


D.: Szkoda, że ewentualnych zmian w uchwale można spodziewać się nie wcześniej niż w 2016 roku.
M.: Niestety, rada miasta wcześniej nie będzie obradować w tej sprawie. To wcale nie oznacza, że nie mamy nic do zrobienia w kwestii swobodnych spacerów! Obecnie zasięgam u wielu prawników opinii na temat nieprecyzyjnego zapisu uchwały w celu przedstawienia ich panu prezydentowi.

D.: Miejmy nadzieję, że dzięki temu rok 2016 będzie rokiem zmian na lepsze. Dziękuję Ci za rozmowę!


***

W stolicy obowiązki właścicieli psów tak względem czworonogów, jak i innych mieszkańców miasta reguluje Uchwała Rady m.st. Warszawy z dnia 17 stycznia 2013 r. w sprawie uchwalenia Regulaminu utrzymania czystości i porządku na terenie m. st. Warszawy. Niestety, brak precyzji w przepisach sprawia, że opiekunowie psów tak naprawdę nie wiedzą, kiedy mogą zgodnie z prawem zwolnić je ze smyczy, a kiedy nie. To w połączeniu z niedostateczną liczbą wybiegów dla psów sprawia, że trudno jest zapewnić czworonogowi odpowiednią dawkę ruchu. Czy w związku z tym Waszym zdaniem Regulamin utrzymania czystości i porządku powinien ulec zmianie? Jeżeli tak, jak dokładnie powinny brzmieć kontrowersyjne zapisy? Jak wygląda możliwość legalnego zwolnienia psa ze smyczy w Waszych miastach?


photo credit: prywatne archiwum Marty

piątek, 10 lipca 2015

Recenzja: smakołyki Sea Jerky

Każdy kto zagląda tu nie od dziś doskonale wie, że T. jest psem, którego jedzeniem trudno jest zmotywować do pracy. Ruda żyje dla swobodnego biegania lub frisbee (w tej kolejności), a że nie zawsze ma się pod ręką ulubiony park lub bezpieczne miejsce do puszczania dalekich backhandów bywa, że trening z T. zmienia się w nie lada wyzwanie. W związku z tym, poszukiwanie tych najpyszniejszych smakołyków trwa nieustannie, a ja chętnie sięgam po rozmaite nowości. Ostatnio w treningowej nerce wylądowały przysmaki Sea Jerky Tiddlers firmy FISH4DOGS.


Rybki i… jeszcze trochę rybek!

Pierwszym co rzuca się w oczy w przypadku Sea Jerky jest niezwykle prosty skład - smakołyki zawierają jedynie pieczone skóry ryb. Po prostu. Nie ma w nich zbóż, glutenu, konserwantów, czy sztucznych barwników co z pewnością docenią opiekunowie czworonożnych alergików, którym niezwykle trudno jest dobrać bezpieczną karmę i przekąski. Dzięki temu skład analityczny również wygląda zachęcająco. Rybne kostki są nisko kaloryczne i powinny dobrze sprawdzić się u psów z nadwagą i takich, które szczególnie muszą dbać o linię. W Sea Jerky Tiddlers znajdziemy: 79% białka, 2,4% tłuszczu, 0,6% błonnika, 10% popiołu oraz 0,3% kwasów Omega-3.

Warto zaznaczyć, że smakowity skład Sea Jerky ma wyraźne odzwierciedlenie w zapachu przekąsek, które są na tyle aromatyczne, że czuć je nawet przez plastikowe, hermetycznie zamknięte opakowanie. Producent wprawdzie zadbał o to, aby wyposażyć torebkę w strunowe zamknięcie, mimo to jednak nie da się w pełni uniknąć przesiąknięcia psiej szafki rybim aromatem.


Rybka? Duża, twarda sztuka!

Sea Jerky występują w dwóch wersjach: Tiddlers i Squares. Zgodnie z zaleceniami producenta, Tiddlers sprawdzą się w przypadku małych psów, jako przekąski do żucia, w przypadku dużych natomiast będą nadawać się także do wykorzystania podczas treningów. Z kolei Squares są odpowiednie dla przedstawicieli ras średnich i dużych. Smakołyki mają formę sporej wielkości kostek: Tiddlers to nieregularne sześciany o boku ok. 15 mm, Squares zaś 25 mm. Powierzchnia przysmaków nie jest gładka, ale pokarbowana - ta specyficzna faktura ma pomóc w walce z kamieniem nazębnym.


Gruba ryba i rudy pies

T. obdarzyła Sea Jerky Tiddlers gorącą miłością jeszcze przed tym, jak zdążyłam wyjąć z papierowej, pocztowej koperty plastikowe opakowanie ze smakołykami. Oczywiście, odpowiedzialny jest za to bardzo intensywny aromat przysmaków, któremu nie zdoła się oprzeć żaden pies. Obecnie wystarczy uchylić drzwiczki szafki z psimi dobrami i sięgnąć po opakowanie Sea Jerky, aby ruda natychmiast pojawiła się w kuchni, gotowa do działania, z wyrazem pyska “Zrobię wszystko, czego tylko chce, ale DAJ MI JE! JUUUŻ!”. Chyba nigdy jeszcze żaden porządny smakołyk nie był dla niej równie atrakcyjny.

Tym bardziej żałuję, że Sea Jerky nawet w wersji Tiddlers są nieco zbyt duże, by rzeczywiście można było ich wygodnie używać podczas treningu. Mimo że setery irlandzkie należą do grupy dużych ras T. nie jest w stanie szybko zjeść takiego smakołyka i przejść do dalszej pracy. Nagrodzona jedną kostką natychmiast oddala się z miejsca ćwiczeń, aby zaszyć się w jakimś cichym kąciku i w spokoju spałaszować przysmak. W związku z tym, Sea Jerky tak naprawdę sprawdzą się tylko jako nagroda na koniec treningu lub dłuższego łańcucha zachowań, po którym z jednej strony planujemy krótką przerwę, a z drugiej chcemy dać psu do zrozumienia, że wykonał naprawdę świetną pracę. Niestety, podzielenie kostek na mniejsze fragmenty nie wchodzi w grę - w przypadku łamania lub krojenia otrzymujemy 50% kawałków pysznej rybiej skórki i 50% rybnego proszku, który będzie zalegał w szkoleniowej saszetce do końca świata i jeden dzień dłużej.

Sea Jerky świetnie natomiast sprawdzają się podczas treningu klatkowego albo po prostu jako przekąski - czasoumilacze. Nie dość, że pyszne to jeszcze zdecydowanie zdrowsze od na przykład zawierających chyba całą tablicę Mendelejewa prasowanych kości. Ja większość kostek zużyłam właśnie po to, aby pokazać T., jak wystrzałowym miejscem jest jej nowa klatka. Na efekty nie trzeba było długo czekać.

Przy takim wykorzystaniu okazuje się, że niewielka, zawierająca 100 gramów (kostki są bardzo lekkie, więc to wcale nie tak mało!) produktu paczka smakołyków wystarcza na dość długo. Za 16,99 zł otrzymujemy więc pakiecik pyszności, który wcale nie wyczerpuje się tak szybko, jak można by było się tego spodziewać.


Sea Jerky Tiddlers to nisko kaloryczne przekąski dla psów, o prostym, zdrowym składzie. Powinny sprawdzić się zarówno w przypadku czworonożnych niejadków, jak i zwierzaków o wyjątkowo delikatnych żołądkach. Wprawdzie nie najlepiej spisują się podczas treningów, są jednak niezastąpione gdy trzeba pomóc psu wyciszyć się, by mógł mile spędzić w samotności kilka chwil.


Wady i zalety

+ prosty zdrowy skład;
+ brak zbóż;
+ brak glutenu;
+ brak sztucznych barwników i konserwantów;
+ wygodne opakowanie ze strunowym zamknięciem;
+ bardzo intensywny zapach, który jest ogromnie atrakcyjny dla psów;
+ dobre do zadań specjalnych (trening klatkowy!);

- zbyt duże, by można było wykorzystywać je na treningach;
- trudno je podzielić na mniejsze części, bardzo się przy tym kruszą.


Tekst powstał w ramach testów produktów biorących udział w plebiscycie TOP for DOG.

piątek, 3 lipca 2015

Taki sobie dom

Jakiś czas temu pomogłam wrócić do domu błąkającemu się po okolicy psu. Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności akcja ratunkowa - mimo iż zwierzak nie miał na sobie żadnego identyfikatora, który umożliwiłby mi bezpośredni kontakt z jego opiekunami - przebiegła nad wyraz sprawnie. Od chwili, kiedy zgoniłam zgubę z ulicy do momentu przekazania jej w ręce właścicieli minęły może dwie godziny. Nawet trochę mniej. Przypuszczalnie powinnam być zadowolona z takiego obrotu spraw.

Niestety, nie jestem.

Prawdę mówiąc, do tej pory dość często zastanawiam się, co się z owym psem dzieje, a także, czy na pewno dobrze się stało, że tak szybko wrócił do swojej rodziny. Rodziny, która tamtego pamiętnego dnia - zamiast ucieszyć się, że zguba w jednym kawałku zostaje przekazana w jej ręce - była poirytowana, że oderwałam jej członków od swoich zajęć i zmusiłam do odpalenia samochodu, by mogli przyjechać po swoje zwierzę. Bo on ucieka, ale przecież zawsze wraca, więc nie należy się tym przejmować.
Buba, 12-letnia dama rasy seter szkocki gordon, która szuka domu. Fot. G. Trzcińska

Cała ta sytuacja bardzo dosadnie pokazała mi, że przeciętny polski pies, chociaż szumnie nazywany najlepszym przyjacielem człowieka i pełnoprawnym członkiem rodziny, tak naprawdę nie wiedzie życia usłanego różami. Zrozumiałam, że to iż obracam się w towarzystwie raczej świadomych właścicieli psów, osób zainteresowanych sportami kynologicznymi czy po prostu szkoleniem z zakresu podstawowego posłuszeństwa, czytam strony i blogi prowadzonych przez tychże sprawia, że mam kompletnie zafałszowany obraz polskiej czworonożnej rzeczywistości. Bo większość futer z kraju nad Wisłą nie mieszka w prawdziwie dobrych domach, ale w domach, które są… takie sobie.
Satyna, ok. 9-letnia suka w typie setera irlandzkiego, która szuka domu. Fot. A. Komiago

Nie ośmielę się napisać, że ktoś, kto dobrze karmi swojego psa, zadbał o to, aby go wykastrować, ale jednocześnie puszcza go samopas, zamiast wychodzić z nim na spacery to zły opiekun. Nie odważę się zdecydowanie przekreślić osoby, która dba o bezpieczne zrealizowanie potrzeby ruchu swojego futra, ale karmi je najtańszymi puszkami z supermarketu. Nie pozwolę sobie na jednoznaczne, negatywne ocenianie kogoś, kto całym światem swojego psa uczynił przydomowy ogród. Nie. Jestem pewna, że domy, które tacy ludzie tworzą swoim zwierzętom wciąż są dla nich znacznie lepsze niż miejsce w schroniskowym boksie. Mimo to smutno mi, kiedy patrzę na takie sytuacje, bo wiem, że można lepiej. Często naprawdę niewielkim nakładem kosztów i czasu.
Gracja, ok. 4-letnia suka wyżła angielskiego, która szuka domu. Fot. J. Lamparska

Z drugiej strony, zastanawiam się, gdzie leży granica, za którą taki sobie dom zmienia się w dom, który po prostu jest zły. Dom, któremu nie można już dawać rad i próbować tłumaczyć co jest dla psa dobre, a co niekoniecznie. Dom, z którego należy psa po prostu zabrać. Dla jego własnego bezpieczeństwa. Nie chodzi mi przy tym o ewidentne przypadki znęcania się nad zwierzętami, zwykle w przypadku psów przejawiające się pod postacią bicia, głodzenia oraz trzymania na zdecydowanie zbyt małej przestrzeni. Pisząc to, mam na myśli zwykłą, codzienną krzywdę. Taką, którą chyba każdy z nas przynajmniej raz wyrządził swojemu psu. Gdzieś jest granica, za którą jednorazowe zaniedbanie staje się czymś znacznie bardziej niebezpiecznym. Tylko gdzie?


PS. Dzisiejszy tekst swoimi psimi osobowościami upiększają szukający kochających domów stałych podopieczni fundacji Setery W Potrzebie. To wspaniałe psy, które potrzebują dobrych ludzi, znających rasę i rozumiejących jej potrzeby - pamiętajcie o tym, jeżeli myślicie o skontaktowaniu się z fundacją w ich sprawie. Możecie to zrobić przez jej profil w serwisie Facebook.

piątek, 26 czerwca 2015

Wielkie pytanie o życie, wszechświat i całą resztę

A odpowiedź? 42. Jak powiedział Douglas Adams to taka liczba, którą można by bez żadnych obaw przedstawić swoim rodzicom, toteż dziś przed Wami 42 fakty dotyczące T. Ni mniej, ni więcej.


***

1. Jej rodowodowe imię brzmi Audrey Hepburn z Arislandu, a jego niewątpliwy urok jest jedną z niewielu kwestii dotyczących psa, w których zgadzamy się ze sobą w 100%. Bez dwóch zdań, najładniejsze imię w całym miocie.

2. Dla mnie od początku było oczywiste, jakie domowe imię powinna nosić, jednak aby postawić na swoim musiałam toczyć długie boje - zewsząd słyszałam, że za długie, że niewygodne do wołania, że dla psa zbyt skomplikowane. Pies swoje imię łyknął dość łatwo, otoczenie natomiast z pewnym trudem. Do tej pory spotykam się ze zdziwieniem, kiedy przychodzi mi ją przedstawić, a wahanie w głosie Ani Radomskiej wyczytującej kolejne drużyny startujące w Speed Wayu będę pamiętać jeszcze długo.

3. T. ma na koncie uczciwie przebiegnięty półmaraton.

4. Jednak bez względu na to, ile kilometrów ma za sobą, gdy zbliża się do wybiegu dla psów przed Ogrodem Krasińskich zmienia się w małą lokomotywę.

5. W pewnym momencie musieliśmy kąpać ją tak często, że przestała wchodzić do łazienki. Aby odczulić to pomieszczenie P. nauczył ją pić z prysznica. T. bardzo to lubi, dlatego po wyczerpującym spacerze startuje właśnie do łazienki, zamiast do miski wodą stojącej w kuchni.

6. Obecnie chętnie ładuje się do każdego zbiornika wodnego, a nawet większej kałuży, ale nie zawsze tak było - mniej więcej przez pierwszy rok życia T. zanurzała się maksymalnie do łokci.

7. A skoro jesteśmy przy kałużach… To prawdziwa koneserka kałużanki smakowej - na spacerze z miski napije się tylko wtedy, gdy chodzimy po istnej pustyni.

8. Kocha śnieg. Uwielbia biegać za śnieżkami chyba bardziej niż za czymkolwiek innym, do tego stopnia, że zimą rzut śnieżką może być… alternatywnym, awaryjnym przywołaniem.

9. Ciepłe miejsce w jej sercu zajmuje też frisbee. Zaborcza miłość do latających talerzy rozpoczęła się na finałach DCDC 2014 roku i w najlepsze trwa do tej pory.

10. Gdy mówię zaborcza, dokładnie to mam na myśli. Kiedyś na wieczornym spacerze T. ukradła dysk grającym we frisbee ludziom (seriously, kto gra we frisbee o 23?!), a odebranie go jej i zwrócenie prawowitym właścicielom zajęło ponad godzinę.

11. Podczas biegania wprost niemożliwie się ślini, a ślina z paszczy moczy pysk, uszy, głowę, a czasem nawet pierś. Zachwyceni jej urodą przechodnie, słysząc odpowiedź na pytanie “A gdzie to się piesek tak zmoczył?” nagle są zachwyceni… nieco mniej.

12. Nie lubi jeździć samochodem, ale mimo to upodobała sobie dwa auta. Pierwszym, jest wóz mojego brata, który kojarzy ze świetnymi spacerami w Krakowie, a drugim naszej trenerki Doroty, który pierwszy raz objawił jej… Frolic.

13. Sygnałem do wyjścia na spacer nie jest dla niej sięgnięcie po smycz, czy kręcenie się po przedpokoju, ale moment, w którym jedno z nas zmienia domowy dres na spodnie do ludzi.

14. T. ma zakaz wstępu na pościel. Początkowo nie był on zbyt restrykcyjnie przestrzegany, bo jedynym sposobem, aby pospać trochę dłużej było zaproszenie psa do łóżka. Obecnie zakaz jest egzekwowany w 100%, chociaż tęsknię za wspólnym leżeniem pod kołdrą.

15. Pierwszą podróż pociągiem odbyła na trasie Warszawa - Toruń, a celem wyprawy był toruński konwent fanów fantastyki i RPG Copernicon.

16. Przez kilka miesięcy miała osiem kłów identycznej długości, zupełnie jak rekin. Oporne mleczne zęby zostały w końcu usunięte chirurgicznie. Nie wiem, jak to się stało, ale nie mamy żadnego zdjęcia z tamtego malowniczego okresu!

17. Jest bardzo piękna - w całym swoim psim życiu była tylko na jednej wystawie, na której udało się jej spanikować i uciec z ringu. Mimo to dostała ocenę doskonałą.

18. Jest bardzo piękna - budzi zainteresowanie chyba wszystkich osób, które mijają ją na ulicy, część z nich chce sobie robić z nią zdjęcia.

19. Zwykle, obok ogólnych zachwytów dotyczących urody psa, o wyglądzie T. można usłyszeć dwa komentarze: 1) “Ależ ona się pięknie błyszczy, czym ją Państwo karmicie?” lub 2) “Pani głodzi psa, TOZ na Panią naślę!”. Jeden rudy pies i tyle skrajnych emocji!

20. Gustuje w najtańszych smakołykach o możliwie najbardziej podłym, pozbawionym wartości odżywczych składzie.

21. Chociaż zdążyła już skończyć dwa lata nie wie, co to tarzanie się. Najwyraźniej takie zachowanie jest poniżej jej godności.

22. Nie znosi sprayu, którego P. używa do unieczynniania broni biologicznej, w jaką po każdym treningu zmieniają się jego buty biegowe. Gdy się go używa odwraca głowę i intensywnie się oblizuje, czyli po prostu wysyła sygnały uspokajające.

23. Czasami próbuje się wepchnąć za człowiekiem do toalety. Zawsze mówię jej wtedy: “Piesku, ustaliłyśmy to już dawno temu, są takie rzeczy, które pańcia robi sama”.

24. Wie kiedy spodziewać się znienawidzonej lampy błyskowej i z satysfakcją wykorzystuje to do rujnowania kolejnych zdjęć.

25. Śpi na kanapie. Chyba, że akurat jest jej tam zbyt gorąco.

26. Wszędzie gdzie się pojawia budzi bardzo pozytywne emocje. Wygląda na to, że jestem jedyną osobą, która potrafi się na nią złościć. Tak, P. jest miękki.

27. Jest chyba jedynym psem, którego nie boi się moja mama.

28. Kiedy chce, aby zwrócić na nią uwagę kładzie człowiekowi pysk na kolanach, co jest po prostu niemożliwie urocze.

29. Jeżeli to nie skutkuje, zaczyna stosować bardziej bezpośrednie metody komunikacji w postaci wymuszających uderzeń łapą. P. dzięki temu zwyczajowi dwukrotnie wymieniał szkła w okularach.

30. Gdy ktoś siedzi przy komputerze, lubi położyć się tuż obok - najlepiej, tak, aby każdy, nawet najmniejszy ruch fotela na kółkach powodował uszkodzenia jej bezcennego, psiego ciała. Masochistka?

31. Dobrze znosi naprawdę duże zakresy temperatur, pod warunkiem, że sama może dozować sobie ruch.

32. Burze i pokazy fajerwerków nie robią na niej najmniejszego wrażenia.

33. Za to odkurzacz wydaje się jej co najmniej podejrzanym narzędziem, dlatego na wszelki wypadek wskakuje na kanapę, kiedy ten pojawia się na horyzoncie.

34. Gdyby szczekała mogłaby pracować, jako osiedlowy monitoring, bo bardzo lubi wyglądać przez okno.

35. Ma okropnie silny instynkt łowiecki, a dziecięciem będąc próbowała upolować nisko lecący samolot i księżyc w pełni.

36. Lubi gonić - się z innym psem lub coś. W tym drugim przypadku kompletnie nie rozumie co się dzieje, kiedy to coś przed nią nie ucieka. Raz przestraszyła się stojącej nieruchomowo na trawniku wrony, ostatnio zaś próbowała zachęcać do zabawy ptaka.

37. Wszyscy ludzie, którzy chodzą po świecie to dla niej ukochane ciocie i ulubieni wujkowie, z kolei jej miłość do psów jest mocno ograniczona - będąc na smyczy chętnie przywita się z przedstawicielem swojego gatunku, ale podczas swobodnych spacerów raczej ignoruje czworonogi i biega w swoim świecie.

38. Gdy przestrzaszy się czegoś podczas spaceru przybiega do swojego człowieka i przytula mu się do nóg, co nazywam odruchem "pańcia broń!".

39. Swoją klatkę trakuje, jako źródło jedzenia, o które potrafi się dopominać uderzając łapą w pręty, jednak zrelaksowanie się w niej wciąż pozostaje poza jej zasięgiem.

40. Trudno z nią pójść do weterynarza na zwykły przegląd, bo weterynarz zamiast przeglądać, poświęca czas na wyrażanie zachwytów (serio, serio!).

41. Wychodzi na spacery w bardzo kulturalnych godzinach - jeżeli zrywa nas z łóżka o dziwnej porze, to znaczy, że ten alarm trzeba potraktować naprawdę poważnie, a każda zwłoka grozi biegunkowym wzorem na dywanie w salonie.

42. Jest ukochaną, rozpieszczaną psią jedynaczką. A co!

piątek, 19 czerwca 2015

Dog Games Summer: bo liczy się frisbee!

Od dawna byłam pewna, że kiedy nadejdzie ten dzień, w którym zdecyduję się wystartować z T. w zawodach rzecz będzie dotyczyła rally-o (lub w najlepszym wypadku mojego ulubionego obedience), a tuż przed tą wiekopomną chwilą na mózgu rudej zostaną wykryte nowe, głębokie bruzdy, warunkujące obecność nieznanych jej dotychczas procesów myślowych. I chociaż zdążyłam już przywyknąć do tego, że rzeczywistość wespół z T. nierzadko kpi sobie z moich planów, muszę przyznać, iż to, jak bardzo tym razem się przeliczyłam zdumiewa nawet mnie. Nie dość, że nasz pierwszy start odbył się w dyscyplinie, która z posłuszeństwem nie ma absolutnie nic wspólnego, to jeszcze ostatnimi czasy ruda sprawia wrażenie zwierzątka cierpiącego na ciężkie odfałdowanie mózgu - chorobę skutecznie pozbawiającą wyższych funkcji myślowych, która nienaruszone pozostawia jedynie ośrodki odpowiedzialne za polowanie. Aż trudno uwierzyć, że Dog Games Summer nie zmieniło się w naszym wykonaniu z jedną wielką tragedię.

***

Dog Games to seria zawodów sportów kynologicznych rozgrywana od 2012 roku. Jeszcze rok temu obok konkurencji frisbee na DG można było wystartować także w rally-o, toteż uważnie śledziłam wszystkie doniesienia o tegorocznych edycjach, w duchu planując debiut na wiosnę. Ostatecznie, posłuszeństwo na luzie wypadło z planu zawodów, zamiast niego natomiast pojawiła się nowa konkurencja - Speed Way, polegająca na pomiarze szybkości psa, który sprintem przebiega 10 metrów. Wprawdzie T., jak przystało na rasowego maratończyka, nie jest demonem prędkości, jednak doszłam do wniosku, że mimo wszystko doświadczenie wspólnego przebywania na zawodach w charakterze nie publiczności, a uczestników jest warte 30 zł opłaty startowej. W związku z tym w sobotę rano zapakowałam całą moją rodzinę w tramwaj i we trójkę wyruszyliśmy w stronę wschodzącego (no, prawie…) Słońca.

Pobudka w sobotę o 7 rano sprawiła, że T. natychmiast wyczuła, iż knuję coś niedobrego - w weekendy wszak śpi się co najmniej do 11 - toteż na tor łyżwiarski Stegny przybyliśmy z psem na poziomie pobudzenia 101%. Na szczęście, udało się nam sprawnie załatwić wszystkie formalności, dzięki czemu T. znalazła się na 10. pozycji listy startowej (raz jeszcze dziękuję za pomoc, Monika!). Dzięki temu nie musieliśmy czekać na start zbyt długo.

Pierwszy przebieg minął wprawdzie bez rażących błędów technicznych, ale widać było, że ani pies, ani my nie do końca się w tym sporcie odnajdujemy - a wydaje się, że Speed Way to taka prosta sprawa! P. trzymał T. za szelki, a ja uciekałam od niej z dyskami, drąc się przy tym wniebogłosy (jak wiadomo, gdy chodzi o psa pańcia nie zna wstydu). Po zwolnieniu T. wystrzeliła przed siebie jak z procy, ale nastąpiło ono zbyt wcześnie, a na domiar złego ruda zdecydowała się pobawić w border collie i zamiast biec po prostej zatoczyła niewielki łuk.

Drugi przebieg był lepszy i gorszy jednocześnie. Lepszy, T. udało się poprawić swój wynik, gorszy, bo wkradła się w niego pewna niesubordynacja. Mimo to jestem zadowolona, bo ruda zrobiła, co miała zrobić, zamiast w tuż przed bramkami odbić w bok i pokazać psom walczącym w Time Trail do kogo należą wszystkie dyski świata (o czym później). Między pierwszym i drugim przebiegiem P. zdążył się zmyć, dlatego funkcję asystenta pełniła niezastąpiona Monika. Myślę, że obecność osoby spoza kręgu absolutnie najbliższych i najukochańszych ludzi zadziałała na T. motywująco. Szkoda, że ja wyzerowałam ten podwyższony poziom motywacji odwracając się w stronę psa za drugą fotokomórką zamiast biec nieprzerwanie dopóki nie minie mnie ruda kupa futra. Po tym nastąpił wspomniany zgrzyt: T. stwierdziła, że skoro już po kwalifikacjach, a ja najwyraźniej nie zamierzam jej dzierżonych w dłoniach dysków rzucać nadszedł czas na zwiedzanie. Sytuację uratowała szynka, ale przez 15 sekund, które minęły od zakończenia przebiegu do odłowienia psa zdążyłam sobie wyobrazić naprawdę wiele strasznych rzeczy. Ostatecznie, z wynikiem 36,85 km/h zeszłyśmy z pola startowego, aby powrócić na strategiczną pozycję obserwacyjną pod drzewem.

Planowałam w cieniu wspomnianego drzewa spędzić długie godziny oddając się toczeniu uczonych konwersacji o psach (a jakże!) z Mają i przyglądaniu sportowym zmaganiom. Z planów, rzecz jasna, nic nie wyszło. Jakieś pół godziny później dokładnie przed naszym nosem zaczęło się Dog Dartbee, które sprawiło, że T. kompletnie zapomniała o tym, iż jest zmęczona, spragniona i głodna, a do tego żar leje się z nieba. Wszystko to było kompletnie nieważne w obliczu faktu, że ludzie rzucali frisbee INNYM PSOM! JAK ONI MOGLI?! Ruda dała taki popis połączonego z dzikim ujadaniem wyrywania się do zawodników, że pierwszy raz w życiu serio obawiałam się, czy smycz na pewno wytrzyma. Na szczęście miała na sobie szelki, za które mogłam złapać, by odciągnąć ją i tym samym sprawić, że przestanie udowadniać, że FRISBEE NALEŻY SIĘ TYLKO JEJ. Uff. W ten sposób nie później niż o 11.30 byłyśmy już w drodze do domu. Na autobus czekałyśmy dobre pół godziny, więc T. zdążyła się uspokoić, a ja mogłam bujać w obłokach i myśleć o kolejnym dniu zawodów…

...na który w końcu nie dotarłyśmy. Po tym, jak T. spuszczona ze smyczy na wieczornym spacerze tylko chodziła (!) wokół mnie doszłam do wniosku, że jedyna odpowiedzialna rzecz, jaką mogę zrobić to pozwolić jej następnego dnia zostać w domu i zbierać siły. Tak też się stało. Nad poprawą wyniku będziemy więc (mam nadzieję) pracować dopiero w czasie edycji jesiennej. Tymczasem jednak wnioski po Dog Games Summer są następujące: czas zamienić metalową klatkę na materiałową i poważnie wziąć się za uczenie psa odpoczywania w niej; pora poważnie wziąć się za frisbee, bo to zdecydowanie najbardziej atrakcyjna rzecz, jaką mogę T. zaoferować.


photo credit: Pola Dąbrowska

piątek, 12 czerwca 2015

Dog Orient w Puszczy Bolimowskiej

Miło mi poinformować, że zdołałam zmusić P. do napisania relacji z rajdu na orientację, który niedawno odbył się w Puszczy Bolimowskiej. Wygląda na to, że klawiatura jest w stanie znieść więcej niż pańcina świadomość - wydawało mi się, że wiedziałam, jak na Dog Orient poradziła sobie moja ekipa, a tu proszę, tyle nowych szczegółów! Zapraszam do lektury!

***

Kiedy nieco ponad rok temu spisywałem moje wrażenia z pierwszego dogtrekkingu, zakończyłem je prostą tezą: “jeżeli nie zacznę biegać na 10 kilometrów, dogtrekking ma nam niewiele do zaoferowania”. Od tamtej pory temat zaczął do mnie wracać, a w ostatni weekend (6-7 czerwca) znowu trafiłem na rajd Dog Orient, kończąc go z wynikiem jednocześnie gorszym i lepszym niż poprzednio.

Rok to kawał czasu, sporo się w T. i moim życiu zmieniło, stało się też jasne, że rudy zwierz ochotę na ruch ma nie do zdarcia. W końcu więc na jesieni zaczęliśmy nieśmiało truchtać, zimę nieregularnie przebiegaliśmy, więc na wiosnę (o dziwo!) przebiegnięcie dystansu 10 kilometrów dla mnie i T. nie stanowiło wyzwania, choć T. po 8 kilometrze wyraźnie zaczynało się nudzić (co nie jest tożsame z brakiem sił!). Wreszcie z myślą o dogtrekkingu w ramach treningu zacząłem zabierać na biegi 3-kilogramowy plecak. Krótko potem pojawiły się pewne problemy. Najpierw T. zaliczyła nieudaną sterylizację, co ją na jakiś czas wyłączyło z uprawiania poważnego wysiłku fizycznego, potem ja przeciążyłem (głównie swoją niefrasobliwością) kolana. Przez to miesiąc przed zawodami dystans ponad 5 kilometrów przebiegłem tylko dwukrotnie: na warszawskim Ekidenie, a potem kilka dni przed startem, kiedy na 7 kilometrze dostałem kolki i musiałem zrobić sobie przerwę zanim dodałem brakujące 3 kilometry do domu. Nie da się ukryć, że moje przygotowanie fizyczne pozostawiało więc sporo do życzenia.

Lepiej natomiast byłem przygotowany do imprezy pod kątem organizacyjnym. Wiedziałem co i w jakiej ilości zabrać, a co sobie odpuścić, jak się ubrać. Dwa dni przed wyjazdem do Bud Grabskich przetestowałem też jeden z napojów “izotonicznych” polecanych przez Marmurkowego. Okazało się jednak, że T. była wprawdzie gotowa przełknąć wodę z miodem, za to banan został oceniony, jako niejadalny. Kiedy ostatecznie receptura została odrzucona, zostało stanowczo za mało czasu na dalsze eksperymenty i pozostaliśmy przy zwykłej wodzie. W piątek wrzuciłem wszystko czego potrzebowałem (poza klapkami) do plecaka, wsiedliśmy do pociągu i po nieco ponad godzinnej jeździe byliśmy w Skierniewicach-Rawce. Śmieszny zbieg okoliczności: gdy byłem w pociągu, mój operator GSM wysłał mi SMS-a z informacją, że zużyłem abonament internetowy. Z kolei plan dotarcia do ośrodka bazował na Google Maps. W efekcie zbłądziłem jeszcze przed startem.

W ośrodku zgarnąłem kluczyk do domku (jak się okazało - spałem sam) i poszliśmy się z T. rozpakować. Po sąsiedzku mieszkali m.in. Pestka z człowiekiem - przewodnikiem i Bohun z obstawą. Z drugiej strony mieszkało stado wyjców i szczekaczy, które boleśnie uświadomiło mi czemu ludzie mogą nie chcieć mieć psów w ośrodku na wakacjach. W towarzystwie sąsiadów i przy kilku piwach miło spędziliśmy z T. wieczór i początek nocy, ale koło północy zwinęliśmy się spać - następnego dnia o 10 startowaliśmy.

Obudziłem się o 7, zjadłem przygotowane w W-wie śniadanie, potem podrzemałem trochę, wstałem, przygotowałem się do zawodów (strój, elementy rozgrzewki, przepakować potrzebny bajzel z dużego plecaka podróżnego do małego plecaka sportowego etc.), po czym w towarzystwie “Bohunów” (Króla Wrocławskiego Chill Outu - przyp. D.) ruszyliśmy w kierunku linii startu. Dostałem mapę i 20 minut przed rozpoczęciem rajdu mogłem wreszcie spojrzeć na trasę i zdecydować jakie cele naprawdę chciałbym zrealizować podczas biegu. D. wcześniej sugerowała, że może po prostu powinienem przebiec minimalną trasę jak najszybciej, jednak ten pomysł zupełnie mi się nie podobał. 10 kilometrów zajmuje niecałą godzinę, nawet biorąc poprawkę na teren, pogodę i moją orientację, co oznaczało, że już o 12 mógłbym ruszyć z powrotem na stację kolejową. Bez sensu.

Ostatecznie stanęło na tym, że plan minimum to ~⅔ trasy, a reszta w zależności jak mi będzie szło. Będąc dobrej myśli przepchnąłem się na start do biegaczy i po chwili ruszyliśmy. T. tylko na to czekała i jak zwykle na początku wyrwała na przód niczym Shadowfax pod Gandalfem. Kilkaset metrów za linią startu biegłem razem z parą nieznanych ludzi dość wysokim tempem w kierunku punktu czwartego. Był on nieoczywisty do znalezienia, przez co szukaliśmy go może 4 minuty, ale już po chwili z podbitymi kartami startowymi, we trójkę, ruszyliśmy w kierunku następnego punktu - trzeciego. Po drodze mój niezmordowany ogar zahaczył o podpięte do prądu ogrodzenie okalające pastwisko dla konia. Psina wpadła w lekką panikę, ale po chwili nic nie było po niej widać (zobaczcie, wystarczy spuścić ich na chwilę z oka i od razu takie historie! - przyp. D.). W punkcie trzecim zameldowaliśmy się z, jak sądzę, bardzo dobrym czasem. Jednak w tym miejscu stało się dla mnie jasne, że tempo osób, z którymi biegłem jest trochę za dobre jak na moje nogi i dłużej nie zdołam go utrzymać. Rozdzieliśmy się, dalej biegłem i maszerowałem sam. Z fatalnym skutkiem.

Najpierw minąłem o przynajmniej pół kilometra punkt dwunasty, potem punkt drugi (nie sam zresztą) i zacząłem krążyć po leśnych działkach. Tu o tyle dobrze się złożyło, że zawodnicy, których spotkałem po drodze mieli swoją własną mapę, dzięki której odkryli jak bardzo nadłożyliśmy drogi. W efekcie kiedy dotarłem do dwunastki, mnóstwo osób już ją opuściło lub opuszczało. Wystarczyły w sumie cztery punkty, abym nabiegał się niemało. Byłem co najwyżej w środku stawki i sytuacja nie wyglądała zbyt różowo. Udało mi się nie pomylić trasy do jedenastki. Po drodze minąłem ekipę z Bohunem, z czego jasno wynikało, że na odcinku, na którym miałem najwięcej pary w nogach, narobiłem tyle głupot, że z punktu widzenia zawodów mój wynik był gorszy niż równy, dobry marsz. Stąd - skuszony prostą drogą - marszobiegiem ruszyłem w kierunku punktu dziewiątego, gdzie czekał na nas poczęstunek. Po drodze T. zaliczyła kąpiel w jedynym niewyschniętym strumieniu na całej - według mapy, bogatej w strumyki - trasie.

W punkcie żywieniowym nie wylądowaliśmy z całą pewnością jako pierwsi, ale chyba jeszcze z czasem w miarę przyzwoitym. T. wzgardziła wodą (przed chwilą była w strumieniu) i arbuzem, ja z kolei sobie kilku rzeczy nie odmówiłem, pobawiłem się kilka minut łamigłówkami i ruszyłem dalej na północ, żeby dotrzeć do punktu ósmego. Wciąż nie wykluczyłem obiegnięcia całej trasy, bo przecież ten kawałek udało mi się ogarnąć bardzo sprawnie. Tak się jednak składa, że potem wpadłem na swój ostatni głupi pomysł. Najgłupszy.

Ruszyłem - mniej lub bardziej na przełaj przez las - w kierunku punktu 10. Myślę, że zanim dotarłem do równo wyznaczonych działek leśnych, zmarnowałem sporo czasu oraz sił - zarówno swoich jak i psa. Do celu dotarliśmy wyraźnie zmęczeni. Zbliżała się czwarta godzina na trasie, a moje bieganie można było na tym etapie wsadzić między bajki. To co przyspieszyłem podbiegając kilkaset metrów, marnowałem zmęczonym marszem. Nadszedł czas wyboru, który ostatecznie wykluczył mnie z klasyfikacji. Mogłem skierować się do punktu pierwszego i być w miarę pewnym dotarcia do mety. Mogłem też udać się do punktu siódmego i zachować szanse zaliczenia wszystkich dwunastu punktów kontrolnych, nie wiedząc, czy wystarczy mi na to sił i czasu.

W punkcie siódmym zameldowałem się 100 minut przed końcem zawodów. Wyłowiłem wraz ze stojącym już tam zawodnikiem to co trzeba z tablicy informacyjnej i ruszyłem do punktu szóstego. Tutaj znowu wpadłem na ekipę z Bohunem, która kierowała się do jedynki, obawiając się się przekroczenia limitu czasu. Ponieważ jednak cała moja obecność tutaj była już podyktowana próbą obiegnięcia całej trasy, ruszyłem w kierunku położonego gdzieś nad rzeczką punktu piątego. Kiedy mniej więcej dotarłem na miejsce, byłem już naprawdę bardzo zmęczony. Nawet nie bardzo miałem siłę kręcić się po okolicy, jak teraz zresztą o tym myślę, to nie jestem nawet pewien czy rozglądaliśmy się (bo nie tylko ja tu byłem) w dobrym miejscu. Kilka osób (które dotarły tu przede mną) stwierdziło, że już dostatecznie dużo czasu zmarnowało i ruszyło w drogę powrotną. Kilka minut po nich T. i ja również opuściliśmy okolicę. Po może kwadransie dopadłem jakiejś grupy, dziarsko maszerującej ku jedynce. Z ochotą do nich dołączyliśmy.

Nie byliśmy w stanie im dotrzymać kroku. Musieliśmy co jakiś co chwilę podbiegać, żeby się nie oddalić, jednocześnie nawet niezmordowana T. nie próbowała trzymać tempa tylko z wyraźnym zmęczeniem szła koło mnie. Ostatecznie, zostałem z tyłu z zawodniczką, której pies odmówił dalszego uczestnictwa i czekała na brata, aby zwiózł ją z trasy. Uświadomiłem sobie, że na pewno nie mam siły, żeby się sprężyć i skończyć rajd. Wątpiłem również czy T. dałaby radę. Na szczęście, okazało się, że zmotoryzowany brat może podrzucić nas do ośrodka.

Ostatecznie w drogę powrotną zabrał nas inny samochód i inni ludzie. Byłem tak zmęczony, że mimo iż dwukrotnie pytałem o ich imiona, nie wiem kto mnie i T. podrzucił na miejsce. Ale dziękujemy!

W ten sposób minęliśmy linię mety z boku, nie zostaliśmy nawet sklasyfikowani, zgłosiliśmy tylko, że nie zginęliśmy na trasie i po jakimś czasie udaliśmy się na ogłoszenie wyników, aby dowiedzieć się, że - Kasia, Daniel i Bohun zajęli trzecie miejsce w kategorii par (wow!). Może półtorej godziny później wylądowałem na stacji kolejowej i skierowałem się do domu, kończąc przygodę w Puszczy Bolimowskiej.

Tegoroczny start podobał mi się dużo bardziej niż ten poprzedni. Po pierwsze, widzę owoce nieregularnego, ale jednak, trenowania. Endomondo nie kłamie - ponad 34 kilometry z Księżyca się nie wzięły. Jednocześnie wiem też, że zeszłoroczna teza o bieganiu na 10 kilometrów nie do końca się sprawdziła. Taki dystans przebyty biegiem wystarczy, żeby T. poczuła zmęczenie, ale nijak się ma do pokonania 30 kilometrów inaczej niż maszerując lub głównie maszerując. Do niedawna mówiłem, że bieganie dłuższych dystansów mnie nie interesuje, bo zjada za dużo czasu. Jednocześnie nie jestem fanem maszerowania i podoba mi się dogtrekking. Cele te w oczywisty sposób są ze sobą na jakimś poziomie sprzeczne.

Druga sprawa to moja orientacja w lesie. Jest do dupy. Muszę pomyśleć jak popracować nad tym problemem. Jeżeli nie kończąc 30-kilometrowej trasy mam na liczniku o 4 kilometry więcej, to można przyjąć że jakieś 6-7 straciłem na błądzeniu. 20%. Bezbożnie dużo. Z perspektywy tych zawodów była to różnica między skończyć i nie skończyć. Szaleństwo.

Wreszcie sprawa trzecia - taktyka. Czemu ja biegłem od startu? Wiedziałem przecież, że nie przebiegnę tej 30-kilometrowej pętli, czemu więc nie ruszyłem marszem i nie zacząłem biec np. od połowy?
P. w tle planuje treningi, a T. łypie z dezaprobatą.

Rajd po Puszczy Bolimowskiej sprawił mi wiele radości. Radości wynikającej z wystawienia się na próbę i dania z siebie niemal wszystkiego (przynajmniej fizycznie - mentalnie ugrzązłem tragicznie), co miałem. Te zawody jednocześnie były laboratorium testowym dla dalszych tego startów i punktem przejściowym między tym, co z T. i sobą robiłem do teraz i co będę robił od teraz. Póki co jednak jeszcze odpoczywamy. I nieśmiało planujemy co dalej.


piątek, 5 czerwca 2015

Recenzja: identyfikator SafePet

Identyfikator to chyba, obok obroży i smyczy, najbardziej przydatne akcesorium, jakie można zafundować swojemu psu. Dzięki niemu zwierzak, który oddali się od właściciela ma szansę wrócić do domu nim w ogóle zauważy, że jego ulubiony człowiek gdzieś się zawieruszył. Z tego względu staram się dbać o to, aby T. była odpowiednio oznakowana zawsze, kiedy wychodzi z domu. A że nasza dotychczasowa adresówka zrobiła się już nieco niewyraźna i wytarta od kilku tygodni funkcję “metki” mojego psa pełni identyfikator SafePet.


 
Dowód osobisty?

Identyfikator SafePet został zaprojektowany na wzór dowodu osobistego - dokumentu, którego posiadaniem szczycą się pełnoletnie dwunogi. To miła koncepcja, bo przydaje wagi istnieniu zwierzęcia. W końcu tylko pełnoletni obywatele kraju mają swoje dowody osobiste, symbole dorosłości i przepustki do krainy wysoko procentowych trunków. Przyznaję uczciwie, że fakt, iż T. posiada swój dowód tożsamości mile łechce moją psiarską próżność, a także jest w pełni zgodny z moim przekonaniem, że pies jest pełnoprawnym członkiem rodziny.

W związku z taką koncepcją proces składania zamówienia jest nieco odmienny, od tego gdy przychodzi do kupowania zwykłych adresówek. Aby spersonalizować identyfikator dla swojego psa lub kota należy wejść na stronę SafePet i uzupełnić specjalny formularz, w którym trzeba umieścić zdjęcia zwierzaka, a oprócz niego takie informacje jak imię, data urodzenia, rasa, miejscowość, kolor oczu, waga, wzrost oraz ewentualne wiadomości dodatkowe, które nie są widoczne na adresówce. Jak łatwo się domyślić, konieczność podania wszystkich tych danych wynika ze specyficznego designu identyfikatora - podobne znajdziemy w ludzkim dowodzie osobistym. Niestety, wiele danych, które przydają się do identyfikacji ludzi nie ma zastosowania w przypadku zwierząt. Uważam, że waga, wzrost, czy kolor oczu zabierają na adresówce cenne miejsce, które można by przeznaczyć na inne informacje, jak choćby czip lub jego brak, a przypadku psów rasowych imię rodowodowe oraz numer tatuażu, aby w przypadku braku kontaktu z właścicielem zwierzęcia można by zadzwonić do odpowiedniego oddziału ZKwP lub hodowcy. Z tego powodu kiedy projektowałam dowód osobisty T. odpuściłam np. mierzenie i ważenie psa - zamiast tego przepisałam informacje z wzorca rasy.

Firma szybko zreflektowała się, że nadmiar niepotrzebnych danych jest problemem. Dostępna jest już nowa, zmieniona wersja adresówki - projektując ją nie wpisujemy wagi, wzrostu, czy koloru oczu psa. Zamiast tego dostajemy dwie linijki wolności, w których może znaleźć się dokładnie to, czego dusza zapragnie! Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem tego, jak szybko SafePet się rozwija i ewoluuje w stronę formy najbardziej pożądanej przez klientów.


Powszechny spis psowatych

SafePet to nie tylko adresówka, ale przede wszystkim stojąca za identyfikatorem usługa. Składając zamówienie kupujemy nie tylko fajnie wyglądający kawałek plastiku, lecz również wpis do ogólnopolskiej bazy danych oraz możliwość wydrukowania gotowych ogłoszeń o zginięciu psa. Te dodatkowe funkcje są dla mnie niezmiernie istotne - aby sprawdzić dane zwierzaka w bazie SafePet nie potrzeba specjalnych czytników, jak w przypadku mikroczipów - wystarczy smartfon z dostępem do Internetu, dzięki czemu skraca się czas kontaktu z właścicielem. Tak samo, jak w przypadku SafeAnimal wpis do bazy danych jest dożywotni i nie podlega żadnym opłatom abonamentowym.

Ogłoszenia to również bardzo pomocny dodatek. Nie życzę nikomu, aby kiedykolwiek się przydał, wyobrażam sobie jednak, że gdyby mój pies zaginął wolałabym nie tracić czasu na gimnastykę w programach graficznych, tylko kliknąć "drukuj" i pięć minut później rozwieszać ogłoszenia po okolicy. W tej smutnej godzinie okazują się przydatne dodatkowe dane, jakie zostały podane w formularzu zamówienia. Znajdziemy je właśnie na ogłoszeniu, dlatego warto dobrze zastanowić się nad tym, co chcemy napisać o swoim pupilu, podczas wypełniania formularza zamówienia. Gdy ulotki (niestety!) okażą się potrzebne wystarczy dodać miejsce zaginięcia psa i gotowe.


SafePet w praktyce

Jaki jest SafePet widać jak na dłoni - to oczywiste, że specyficzny design nie każdemu przypadnie do gustu, warto natomiast bliżej przyjrzeć się temu, jak adresówka sprawuje się codziennej, spacerowej praktyce.

Identyfikator wykonany jest z zalaminowanego plastiku, dzięki czemu jest niesamowicie lekki i prawie w ogóle nie hałasuje, kiedy pies jest w ruchu. Druk jest wyraźny, ostry, krawędzie liter nie “rozlewają się” tak, jak w przypadku poprzedniej adresówki, której używała T. Na razie, po kilku tygodniach użytkowania, dzielnie udaje mu się znosić codzienne spacery - a przy seterze, kochającym wodę, błoto i dzikie gonitwy w polu to wcale nie taka oczywista sprawa. Warto, jak w przypadku każdej adresówki, kółeczko, które dodaje do niej producent zamienić na trytykę (opaskę zaciskową), aby mieć pewność, że gadżet pozostanie na swoim miejscu do końca świata i jeden dzień dłużej.
Adresówka w porównaniu z karabińczykiem smyczy dla średniego/ dużego psa.
Adresówka w porównaniu z monetą pięciozłotową.

SafePet wydaje się być bardzo duży jest to jednak złudne wrażenie. Owszem, identyfikator w podstawowej wersji jest spory (5,4 cm x 2,9 cm), jednak nie tak gigantyczny, jak się spodziewałam oglądając zdjęcia na stronie producenta. Po prostu dobrze widać go nawet na dużym, nieźle obsypanym futrem psie. Natomiast mój początkowy lęk dotyczący tego, że najpierw będzie widać adresówkę, potem długo-długo nic, a dopiero później psa okazał zupełnie nieuzasadniony. Warto jednak wziąć pod uwagę, że jej wielkość może się okazać problematyczna w przypadku przedstawicieli ras małych lub miniaturowych. Specjalnie z myślą o nich producent niedawno wprowadził do sprzedaży identyfikator w mniejszym rozmiarze (4,1 cm x 2,4 cm).


Trudno mi dokładnie określić, jak SafePet sprawdziłby się w warunkach ekstremalnych. Na razie psa nie zgubiłam i gubić nie planuję, a T. szczęśliwie jakoś specjalnie tych zamierzeń nie utrudnia i na spacerach wcale nieźle trzyma się swoich ludzi. Mogę natomiast powiedzieć, że w życiu codziennym identyfikator spełnia swoje zadanie - daje mi poczucie, że na wszelki wypadek mój pies jest odpowiednio oznakowany, obecny w bazach danych on-line. Mam nadzieję, że to, gdyby zdarzało się jakieś nieszczęście, pomoże T. wrócić do domu.


Wady i zalety

+ wyraźny druk;
+ wodoodporność;
+ lekkość;
+ wpis do bazy danych;
+ korzystna cena;
+ brak dodatkowych opłat abonamentowych;
+ możliwość wydrukowania ogłoszeń;
+ szybki, miły kontakt z producentem;
+ firma stale ulepsza swój produkt - już dostępne są nowe wersje, które eliminują podstawowe problemy;

- nie każdemu przydanie do gustu specyficzny design;
- nie wszystkie informacje na adresówce są potrzebne;
- brak możliwości dostosowania danych widocznych na adresówce do indywidualnych potrzeb.

Dwa ostatnie punkty mają zastosowanie w przypadku wersji adresówki, którą ma T., ale są już nieaktualne - wprowadzono nową wersję identyfikatora, która eliminuje te problemy!


Tekst powstał w ramach testów produktów biorących udział w plebiscycie TOP for DOG.

poniedziałek, 1 czerwca 2015

"Wszystko o obedience" z Magdą Łęczycką

Obedience’owe dokonania Magdy Łęczyckiej podziwiam od dawna, więc gdy dowiedziałam, że w Warszawie będzie prowadziła dwudniowe seminarium “Wszystko o obedience” z radości podskoczyłam tak wysoko, że mało brakowało, a przebiłabym głową sufit. Niestety, radość szybko zmieniła się we frustrację: okazało się, że warsztaty zaplanowano w wyjątkowo niesprzyjającym terminie i wyglądało na to, że będę musiała obejść się smakiem. Końcowym efektem walki emocji i rozsądku był udział w sobotnich wykładach i treningach oraz niedziela, która upłynęła mi pod hasłem “dlaczego mnie tam nie ma?!”.

***

W piątek wieczorem zafundowałam T. wyjątkowo długi, wyczerpujący spacer, a w sobotę rano po krótkiej przechadzce pomachałam jej na do widzenia, po czym zamknęłam za sobą drzwi. Seminarium “Wszystko o obedience” było pierwszym psim wydarzeniem, w którym wzięłam udział… bez psa. Zapisywałam się na nie w ostatniej chwili i nawet nie przyszło mi do głowy, aby zapytać, czy zostały jeszcze miejsca dla uczestników z psami. Z jednej strony, żałuję, bo jestem pewna, że uwagi Magdy bardzo pomogłyby mi w ogarnianiu rudej. Z drugiej jednak, muszę przyznać, że było to bardzo wygodne - mogłam skupić się na słuchaniu wykładów i obserwowaniu treningów, zamiast nieustannie myśleć o tym, jak w całym tym zamieszaniu poradzi sobie T. Cieszę się też, że oszczędziłam rudej drogi na plac ćwiczeń. Będąc stworzeniem miejskim ma dobrze opanowane metro, autobusy czy tramwaje, ale psy szczekające zza płotów to zupełnie inna bajka.

Seminarium dotyczyło obedience (cóż za zaskoczenie!), jednak tematyka wkładów koncentrowała się nie na konkretnych ćwiczeniach, ale na przygotowaniu młodego psa do tego wymagającego sportu. W sobotę odbyły się dwa treningi grupowe oraz wykłady o następującej tematyce:
  • Wychowanie psa do sportu, życie codzienne;
  • Podstawy obedience: motywacja, koncentracja, budowanie sesji, korygowanie;
  • Przez zabawę do trójki, planowanie treningów.


Jak się pewnie domyślacie, siedzibę Psich Smaków opuściłam naładowana wiedzą i motywacją, a także wyposażona w zeszyt pełen notatek. Teraz, kiedy go przeglądam mam wrażenie, że mimo iż starałam się naprawdę szybko ruszać ręką i tak nie zdołałam zapisać wszystkiego.
Praca z Magdą dosłownie zwala z nóg!

Najważniejsze wnioski? Pierwszy jest taki, że chyba każdy kto przygotowuje się do przyjęcia pod dach szczeniaka powinien w tego rodzaju warsztatach uczestniczyć. Nawet, jeżeli zupełnie nie interesuje go posłuszeństwo sportowe. Pies wychowywany zgodnie z radami Magdy to nie tylko świetny towarzysz w zmaganiach na ringu, ale przede wszystkim zwierzak, z którym miło jest żyć. To bardzo ważne, bo zwykła codzienność zajmuje w życiu znacznie więcej miejsca niż treningi i starty w zawodach.
Poza tym, z bolesną jasnością zobaczyłam wszystkie błędy, jakie popełniałam na początku swojej drogi z T., głównie te dotyczące jej kontaktów z obcymi ludźmi. Powinnam była od samego początku stanowczo i brutalnie hamować zapędy wszystkich osiedlowych cmokaczy, aby podczas powitania z obcymi ludźmi nigdy nie miała choćby najmniejszej okazji zahaczyć o emocjonalny kosmos, w którym tak często przebywa. Nie da się ukryć, że T. potrzebuje dużo pracy nad samokontrolą i wyciszenia.
Muszę też przyłożyć się do budowania motywacji pokarmowej - T. od jakiegoś czasu nie ma już miski, ale prawdę mówiąc nie zauważyłam szczególnych zmian w jej nastawieniu do pracy za jedzenie. Wygląda na to, że muszę podkręcić emocje jakie ruda kojarzy z codzienną porcją karmy. Potrzebujemy aktywnego karmienia: ścigania się do jedzenia, podrzucania go, gestów, które przekonają psa, że nie tylko o pasztet warto jest powalczyć. Bierne karmienie z ręki zdecydowanie nie rozwiąże naszych gastronomicznych problemów.
Ponadto, chyba przekonałam się do idei dzienniczków treningowych. Przy czym w przypadku T. nie chodzi o to, aby wiedzieć co i kiedy ćwiczyć, ale by udało się podkreślać małe sukcesy, które zmotywują mnie do dalszej pracy - bo, prawdę mówiąc, ostatnimi czasy ruda mocno daje w kość (druga cieczko, gdzie jesteś?!).

Każdy z wykładów był świetnie poprowadzony, Magda wpierała się prezentacją i naprawdę dużą liczbą filmów dokładnie obrazujących to, o czym w danej chwili była mowa. Część materiałów video, które oglądaliśmy możecie zobaczyć na jej kanale na Youtube. Poza tym, każdego dnia odbywały się dwa treningi grupowe. Uczestnicy z psami zostali podzieleni na dwie drużyny - mniej i bardziej zaawansowaną - które kolejno szlifowały swoje umiejętności. Niestety, treningi wypadły nieco gorzej od rewelacyjnej części teoretycznej, zwłaszcza w przypadku grupy początkującej. Ćwiczeń do przerobienia podczas jednej półgodzinnej sesji było sporo, co sprawiało, że osoba próbująca skutecznie pracować z psem i jednocześnie skupiać się na wyjaśnieniach oraz udzielanych wskazówkach łatwo mogła się trochę pogubić. Widać było, że mózgi zarówno czworonogów, jak i ludzi po prostu parują - mam wrażenie, że większą efektywność można by osiągnąć stawiając na mniejszą liczbę zadań przy dokładniejszym ich przepracowaniu. Duża ilość praktyki była natomiast bardzo fajna z perspektywy obserwatorów - ja zabrałam ze sobą do domu naprawdę sporo pomysłów na ćwiczenia z T.
Gosia i Baloo są powodem, dla których seminarium było nie tylko intelektualną, ale i towarzyską ucztą.
Jak widać "Wszystko o obedience" obfitowało w niebieską, australijską pleśń (tu w postaci Grandysa)...
...ale byli obecni również przedstawiciele innych ras.

***
Seminarium “Wszystko o obedience” to wydarzenie, o którym niezmiernie trudno jest opowiedzieć, właśnie dlatego, że jest w nim… wszystko. Od budowania porozumienia ze szczeniakiem, przez naukę sztuczek pomocnych w opanowaniu konkretnych ćwiczeń, po planowanie treningów i startów w zawodach. Na dodatek przekazane w przystępny, kompetentny sposób. Wśród informacji zawartych w wykładach chyba każdy znajdzie jakąś nowość, coś co pomoże poprawić porozumienie z psem i wniesie do treningów nową jakość. A przecież mowa tu tylko o jednym dniu! Mam nadzieję, że kiedy Magda zdecyduje się na powtórkę będę mogła uczestniczyć w całym wydarzeniu. Oczywiście, z psem.


Informacje praktyczne
Organizator: Psie Smaki
Prowadzący: Magdalena Łęczycka
Koszt: 180 zł (1 dzień bez psa)
Miejsce: Sępia 22, Warszawa
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...