Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dog Games. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dog Games. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 czerwca 2015

Dog Games Summer: bo liczy się frisbee!

Od dawna byłam pewna, że kiedy nadejdzie ten dzień, w którym zdecyduję się wystartować z T. w zawodach rzecz będzie dotyczyła rally-o (lub w najlepszym wypadku mojego ulubionego obedience), a tuż przed tą wiekopomną chwilą na mózgu rudej zostaną wykryte nowe, głębokie bruzdy, warunkujące obecność nieznanych jej dotychczas procesów myślowych. I chociaż zdążyłam już przywyknąć do tego, że rzeczywistość wespół z T. nierzadko kpi sobie z moich planów, muszę przyznać, iż to, jak bardzo tym razem się przeliczyłam zdumiewa nawet mnie. Nie dość, że nasz pierwszy start odbył się w dyscyplinie, która z posłuszeństwem nie ma absolutnie nic wspólnego, to jeszcze ostatnimi czasy ruda sprawia wrażenie zwierzątka cierpiącego na ciężkie odfałdowanie mózgu - chorobę skutecznie pozbawiającą wyższych funkcji myślowych, która nienaruszone pozostawia jedynie ośrodki odpowiedzialne za polowanie. Aż trudno uwierzyć, że Dog Games Summer nie zmieniło się w naszym wykonaniu z jedną wielką tragedię.

***

Dog Games to seria zawodów sportów kynologicznych rozgrywana od 2012 roku. Jeszcze rok temu obok konkurencji frisbee na DG można było wystartować także w rally-o, toteż uważnie śledziłam wszystkie doniesienia o tegorocznych edycjach, w duchu planując debiut na wiosnę. Ostatecznie, posłuszeństwo na luzie wypadło z planu zawodów, zamiast niego natomiast pojawiła się nowa konkurencja - Speed Way, polegająca na pomiarze szybkości psa, który sprintem przebiega 10 metrów. Wprawdzie T., jak przystało na rasowego maratończyka, nie jest demonem prędkości, jednak doszłam do wniosku, że mimo wszystko doświadczenie wspólnego przebywania na zawodach w charakterze nie publiczności, a uczestników jest warte 30 zł opłaty startowej. W związku z tym w sobotę rano zapakowałam całą moją rodzinę w tramwaj i we trójkę wyruszyliśmy w stronę wschodzącego (no, prawie…) Słońca.

Pobudka w sobotę o 7 rano sprawiła, że T. natychmiast wyczuła, iż knuję coś niedobrego - w weekendy wszak śpi się co najmniej do 11 - toteż na tor łyżwiarski Stegny przybyliśmy z psem na poziomie pobudzenia 101%. Na szczęście, udało się nam sprawnie załatwić wszystkie formalności, dzięki czemu T. znalazła się na 10. pozycji listy startowej (raz jeszcze dziękuję za pomoc, Monika!). Dzięki temu nie musieliśmy czekać na start zbyt długo.

Pierwszy przebieg minął wprawdzie bez rażących błędów technicznych, ale widać było, że ani pies, ani my nie do końca się w tym sporcie odnajdujemy - a wydaje się, że Speed Way to taka prosta sprawa! P. trzymał T. za szelki, a ja uciekałam od niej z dyskami, drąc się przy tym wniebogłosy (jak wiadomo, gdy chodzi o psa pańcia nie zna wstydu). Po zwolnieniu T. wystrzeliła przed siebie jak z procy, ale nastąpiło ono zbyt wcześnie, a na domiar złego ruda zdecydowała się pobawić w border collie i zamiast biec po prostej zatoczyła niewielki łuk.

Drugi przebieg był lepszy i gorszy jednocześnie. Lepszy, T. udało się poprawić swój wynik, gorszy, bo wkradła się w niego pewna niesubordynacja. Mimo to jestem zadowolona, bo ruda zrobiła, co miała zrobić, zamiast w tuż przed bramkami odbić w bok i pokazać psom walczącym w Time Trail do kogo należą wszystkie dyski świata (o czym później). Między pierwszym i drugim przebiegiem P. zdążył się zmyć, dlatego funkcję asystenta pełniła niezastąpiona Monika. Myślę, że obecność osoby spoza kręgu absolutnie najbliższych i najukochańszych ludzi zadziałała na T. motywująco. Szkoda, że ja wyzerowałam ten podwyższony poziom motywacji odwracając się w stronę psa za drugą fotokomórką zamiast biec nieprzerwanie dopóki nie minie mnie ruda kupa futra. Po tym nastąpił wspomniany zgrzyt: T. stwierdziła, że skoro już po kwalifikacjach, a ja najwyraźniej nie zamierzam jej dzierżonych w dłoniach dysków rzucać nadszedł czas na zwiedzanie. Sytuację uratowała szynka, ale przez 15 sekund, które minęły od zakończenia przebiegu do odłowienia psa zdążyłam sobie wyobrazić naprawdę wiele strasznych rzeczy. Ostatecznie, z wynikiem 36,85 km/h zeszłyśmy z pola startowego, aby powrócić na strategiczną pozycję obserwacyjną pod drzewem.

Planowałam w cieniu wspomnianego drzewa spędzić długie godziny oddając się toczeniu uczonych konwersacji o psach (a jakże!) z Mają i przyglądaniu sportowym zmaganiom. Z planów, rzecz jasna, nic nie wyszło. Jakieś pół godziny później dokładnie przed naszym nosem zaczęło się Dog Dartbee, które sprawiło, że T. kompletnie zapomniała o tym, iż jest zmęczona, spragniona i głodna, a do tego żar leje się z nieba. Wszystko to było kompletnie nieważne w obliczu faktu, że ludzie rzucali frisbee INNYM PSOM! JAK ONI MOGLI?! Ruda dała taki popis połączonego z dzikim ujadaniem wyrywania się do zawodników, że pierwszy raz w życiu serio obawiałam się, czy smycz na pewno wytrzyma. Na szczęście miała na sobie szelki, za które mogłam złapać, by odciągnąć ją i tym samym sprawić, że przestanie udowadniać, że FRISBEE NALEŻY SIĘ TYLKO JEJ. Uff. W ten sposób nie później niż o 11.30 byłyśmy już w drodze do domu. Na autobus czekałyśmy dobre pół godziny, więc T. zdążyła się uspokoić, a ja mogłam bujać w obłokach i myśleć o kolejnym dniu zawodów…

...na który w końcu nie dotarłyśmy. Po tym, jak T. spuszczona ze smyczy na wieczornym spacerze tylko chodziła (!) wokół mnie doszłam do wniosku, że jedyna odpowiedzialna rzecz, jaką mogę zrobić to pozwolić jej następnego dnia zostać w domu i zbierać siły. Tak też się stało. Nad poprawą wyniku będziemy więc (mam nadzieję) pracować dopiero w czasie edycji jesiennej. Tymczasem jednak wnioski po Dog Games Summer są następujące: czas zamienić metalową klatkę na materiałową i poważnie wziąć się za uczenie psa odpoczywania w niej; pora poważnie wziąć się za frisbee, bo to zdecydowanie najbardziej atrakcyjna rzecz, jaką mogę T. zaoferować.


photo credit: Pola Dąbrowska
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...