Miło mi poinformować, że zdołałam zmusić P. do napisania relacji z rajdu na orientację, który niedawno odbył się w Puszczy Bolimowskiej. Wygląda na to, że klawiatura jest w stanie znieść więcej niż pańcina świadomość - wydawało mi się, że wiedziałam, jak na Dog Orient poradziła sobie moja ekipa, a tu proszę, tyle nowych szczegółów! Zapraszam do lektury!
***
Kiedy nieco ponad rok temu spisywałem moje wrażenia z pierwszego dogtrekkingu, zakończyłem je prostą tezą: “jeżeli nie zacznę biegać na 10 kilometrów, dogtrekking ma nam niewiele do zaoferowania”. Od tamtej pory temat zaczął do mnie wracać, a w ostatni weekend (6-7 czerwca) znowu trafiłem na rajd Dog Orient, kończąc go z wynikiem jednocześnie gorszym i lepszym niż poprzednio.
Rok to kawał czasu, sporo się w T. i moim życiu zmieniło, stało się też jasne, że rudy zwierz ochotę na ruch ma nie do zdarcia. W końcu więc na jesieni zaczęliśmy nieśmiało truchtać, zimę nieregularnie przebiegaliśmy, więc na wiosnę (o dziwo!) przebiegnięcie dystansu 10 kilometrów dla mnie i T. nie stanowiło wyzwania, choć T. po 8 kilometrze wyraźnie zaczynało się nudzić (co nie jest tożsame z brakiem sił!). Wreszcie z myślą o dogtrekkingu w ramach treningu zacząłem zabierać na biegi 3-kilogramowy plecak. Krótko potem pojawiły się pewne problemy. Najpierw T. zaliczyła nieudaną sterylizację, co ją na jakiś czas wyłączyło z uprawiania poważnego wysiłku fizycznego, potem ja przeciążyłem (głównie swoją niefrasobliwością) kolana. Przez to miesiąc przed zawodami dystans ponad 5 kilometrów przebiegłem tylko dwukrotnie: na warszawskim Ekidenie, a potem kilka dni przed startem, kiedy na 7 kilometrze dostałem kolki i musiałem zrobić sobie przerwę zanim dodałem brakujące 3 kilometry do domu. Nie da się ukryć, że moje przygotowanie fizyczne pozostawiało więc sporo do życzenia.
Lepiej natomiast byłem przygotowany do imprezy pod kątem organizacyjnym. Wiedziałem co i w jakiej ilości zabrać, a co sobie odpuścić, jak się ubrać. Dwa dni przed wyjazdem do Bud Grabskich przetestowałem też jeden z napojów “izotonicznych” polecanych przez Marmurkowego. Okazało się jednak, że T. była wprawdzie gotowa przełknąć wodę z miodem, za to banan został oceniony, jako niejadalny. Kiedy ostatecznie receptura została odrzucona, zostało stanowczo za mało czasu na dalsze eksperymenty i pozostaliśmy przy zwykłej wodzie. W piątek wrzuciłem wszystko czego potrzebowałem (poza klapkami) do plecaka, wsiedliśmy do pociągu i po nieco ponad godzinnej jeździe byliśmy w Skierniewicach-Rawce. Śmieszny zbieg okoliczności: gdy byłem w pociągu, mój operator GSM wysłał mi SMS-a z informacją, że zużyłem abonament internetowy. Z kolei plan dotarcia do ośrodka bazował na Google Maps. W efekcie zbłądziłem jeszcze przed startem.
W ośrodku zgarnąłem kluczyk do domku (jak się okazało - spałem sam) i poszliśmy się z T. rozpakować. Po sąsiedzku mieszkali m.in. Pestka z człowiekiem - przewodnikiem i Bohun z obstawą. Z drugiej strony mieszkało stado wyjców i szczekaczy, które boleśnie uświadomiło mi czemu ludzie mogą nie chcieć mieć psów w ośrodku na wakacjach. W towarzystwie sąsiadów i przy kilku piwach miło spędziliśmy z T. wieczór i początek nocy, ale koło północy zwinęliśmy się spać - następnego dnia o 10 startowaliśmy.
Obudziłem się o 7, zjadłem przygotowane w W-wie śniadanie, potem podrzemałem trochę, wstałem, przygotowałem się do zawodów (strój, elementy rozgrzewki, przepakować potrzebny bajzel z dużego plecaka podróżnego do małego plecaka sportowego etc.), po czym w towarzystwie “Bohunów” (Króla Wrocławskiego Chill Outu - przyp. D.) ruszyliśmy w kierunku linii startu. Dostałem mapę i 20 minut przed rozpoczęciem rajdu mogłem wreszcie spojrzeć na trasę i zdecydować jakie cele naprawdę chciałbym zrealizować podczas biegu. D. wcześniej sugerowała, że może po prostu powinienem przebiec minimalną trasę jak najszybciej, jednak ten pomysł zupełnie mi się nie podobał. 10 kilometrów zajmuje niecałą godzinę, nawet biorąc poprawkę na teren, pogodę i moją orientację, co oznaczało, że już o 12 mógłbym ruszyć z powrotem na stację kolejową. Bez sensu.
Ostatecznie stanęło na tym, że plan minimum to ~⅔ trasy, a reszta w zależności jak mi będzie szło. Będąc dobrej myśli przepchnąłem się na start do biegaczy i po chwili ruszyliśmy. T. tylko na to czekała i jak zwykle na początku wyrwała na przód niczym Shadowfax pod Gandalfem. Kilkaset metrów za linią startu biegłem razem z parą nieznanych ludzi dość wysokim tempem w kierunku punktu czwartego. Był on nieoczywisty do znalezienia, przez co szukaliśmy go może 4 minuty, ale już po chwili z podbitymi kartami startowymi, we trójkę, ruszyliśmy w kierunku następnego punktu - trzeciego. Po drodze mój niezmordowany ogar zahaczył o podpięte do prądu ogrodzenie okalające pastwisko dla konia. Psina wpadła w lekką panikę, ale po chwili nic nie było po niej widać (zobaczcie, wystarczy spuścić ich na chwilę z oka i od razu takie historie! - przyp. D.). W punkcie trzecim zameldowaliśmy się z, jak sądzę, bardzo dobrym czasem. Jednak w tym miejscu stało się dla mnie jasne, że tempo osób, z którymi biegłem jest trochę za dobre jak na moje nogi i dłużej nie zdołam go utrzymać. Rozdzieliśmy się, dalej biegłem i maszerowałem sam. Z fatalnym skutkiem.
Najpierw minąłem o przynajmniej pół kilometra punkt dwunasty, potem punkt drugi (nie sam zresztą) i zacząłem krążyć po leśnych działkach. Tu o tyle dobrze się złożyło, że zawodnicy, których spotkałem po drodze mieli swoją własną mapę, dzięki której odkryli jak bardzo nadłożyliśmy drogi. W efekcie kiedy dotarłem do dwunastki, mnóstwo osób już ją opuściło lub opuszczało. Wystarczyły w sumie cztery punkty, abym nabiegał się niemało. Byłem co najwyżej w środku stawki i sytuacja nie wyglądała zbyt różowo. Udało mi się nie pomylić trasy do jedenastki. Po drodze minąłem ekipę z Bohunem, z czego jasno wynikało, że na odcinku, na którym miałem najwięcej pary w nogach, narobiłem tyle głupot, że z punktu widzenia zawodów mój wynik był gorszy niż równy, dobry marsz. Stąd - skuszony prostą drogą - marszobiegiem ruszyłem w kierunku punktu dziewiątego, gdzie czekał na nas poczęstunek. Po drodze T. zaliczyła kąpiel w jedynym niewyschniętym strumieniu na całej - według mapy, bogatej w strumyki - trasie.
W punkcie żywieniowym nie wylądowaliśmy z całą pewnością jako pierwsi, ale chyba jeszcze z czasem w miarę przyzwoitym. T. wzgardziła wodą (przed chwilą była w strumieniu) i arbuzem, ja z kolei sobie kilku rzeczy nie odmówiłem, pobawiłem się kilka minut łamigłówkami i ruszyłem dalej na północ, żeby dotrzeć do punktu ósmego. Wciąż nie wykluczyłem obiegnięcia całej trasy, bo przecież ten kawałek udało mi się ogarnąć bardzo sprawnie. Tak się jednak składa, że potem wpadłem na swój ostatni głupi pomysł. Najgłupszy.
Ruszyłem - mniej lub bardziej na przełaj przez las - w kierunku punktu 10. Myślę, że zanim dotarłem do równo wyznaczonych działek leśnych, zmarnowałem sporo czasu oraz sił - zarówno swoich jak i psa. Do celu dotarliśmy wyraźnie zmęczeni. Zbliżała się czwarta godzina na trasie, a moje bieganie można było na tym etapie wsadzić między bajki. To co przyspieszyłem podbiegając kilkaset metrów, marnowałem zmęczonym marszem. Nadszedł czas wyboru, który ostatecznie wykluczył mnie z klasyfikacji. Mogłem skierować się do punktu pierwszego i być w miarę pewnym dotarcia do mety. Mogłem też udać się do punktu siódmego i zachować szanse zaliczenia wszystkich dwunastu punktów kontrolnych, nie wiedząc, czy wystarczy mi na to sił i czasu.
W punkcie siódmym zameldowałem się 100 minut przed końcem zawodów. Wyłowiłem wraz ze stojącym już tam zawodnikiem to co trzeba z tablicy informacyjnej i ruszyłem do punktu szóstego. Tutaj znowu wpadłem na ekipę z Bohunem, która kierowała się do jedynki, obawiając się się przekroczenia limitu czasu. Ponieważ jednak cała moja obecność tutaj była już podyktowana próbą obiegnięcia całej trasy, ruszyłem w kierunku położonego gdzieś nad rzeczką punktu piątego. Kiedy mniej więcej dotarłem na miejsce, byłem już naprawdę bardzo zmęczony. Nawet nie bardzo miałem siłę kręcić się po okolicy, jak teraz zresztą o tym myślę, to nie jestem nawet pewien czy rozglądaliśmy się (bo nie tylko ja tu byłem) w dobrym miejscu. Kilka osób (które dotarły tu przede mną) stwierdziło, że już dostatecznie dużo czasu zmarnowało i ruszyło w drogę powrotną. Kilka minut po nich T. i ja również opuściliśmy okolicę. Po może kwadransie dopadłem jakiejś grupy, dziarsko maszerującej ku jedynce. Z ochotą do nich dołączyliśmy.
Nie byliśmy w stanie im dotrzymać kroku. Musieliśmy co jakiś co chwilę podbiegać, żeby się nie oddalić, jednocześnie nawet niezmordowana T. nie próbowała trzymać tempa tylko z wyraźnym zmęczeniem szła koło mnie. Ostatecznie, zostałem z tyłu z zawodniczką, której pies odmówił dalszego uczestnictwa i czekała na brata, aby zwiózł ją z trasy. Uświadomiłem sobie, że na pewno nie mam siły, żeby się sprężyć i skończyć rajd. Wątpiłem również czy T. dałaby radę. Na szczęście, okazało się, że zmotoryzowany brat może podrzucić nas do ośrodka.
Ostatecznie w drogę powrotną zabrał nas inny samochód i inni ludzie. Byłem tak zmęczony, że mimo iż dwukrotnie pytałem o ich imiona, nie wiem kto mnie i T. podrzucił na miejsce. Ale dziękujemy!
W ten sposób minęliśmy linię mety z boku, nie zostaliśmy nawet sklasyfikowani, zgłosiliśmy tylko, że nie zginęliśmy na trasie i po jakimś czasie udaliśmy się na ogłoszenie wyników, aby dowiedzieć się, że - Kasia, Daniel i Bohun zajęli trzecie miejsce w kategorii par (wow!). Może półtorej godziny później wylądowałem na stacji kolejowej i skierowałem się do domu, kończąc przygodę w Puszczy Bolimowskiej.
Tegoroczny start podobał mi się dużo bardziej niż ten poprzedni. Po pierwsze, widzę owoce nieregularnego, ale jednak, trenowania. Endomondo nie kłamie - ponad 34 kilometry z Księżyca się nie wzięły. Jednocześnie wiem też, że zeszłoroczna teza o bieganiu na 10 kilometrów nie do końca się sprawdziła. Taki dystans przebyty biegiem wystarczy, żeby T. poczuła zmęczenie, ale nijak się ma do pokonania 30 kilometrów inaczej niż maszerując lub głównie maszerując. Do niedawna mówiłem, że bieganie dłuższych dystansów mnie nie interesuje, bo zjada za dużo czasu. Jednocześnie nie jestem fanem maszerowania i podoba mi się dogtrekking. Cele te w oczywisty sposób są ze sobą na jakimś poziomie sprzeczne.
Druga sprawa to moja orientacja w lesie. Jest do dupy. Muszę pomyśleć jak popracować nad tym problemem. Jeżeli nie kończąc 30-kilometrowej trasy mam na liczniku o 4 kilometry więcej, to można przyjąć że jakieś 6-7 straciłem na błądzeniu. 20%. Bezbożnie dużo. Z perspektywy tych zawodów była to różnica między skończyć i nie skończyć. Szaleństwo.
Wreszcie sprawa trzecia - taktyka. Czemu ja biegłem od startu? Wiedziałem przecież, że nie przebiegnę tej 30-kilometrowej pętli, czemu więc nie ruszyłem marszem i nie zacząłem biec np. od połowy?
![]() |
| P. w tle planuje treningi, a T. łypie z dezaprobatą. |
Rajd po Puszczy Bolimowskiej sprawił mi wiele radości. Radości wynikającej z wystawienia się na próbę i dania z siebie niemal wszystkiego (przynajmniej fizycznie - mentalnie ugrzązłem tragicznie), co miałem. Te zawody jednocześnie były laboratorium testowym dla dalszych tego startów i punktem przejściowym między tym, co z T. i sobą robiłem do teraz i co będę robił od teraz. Póki co jednak jeszcze odpoczywamy. I nieśmiało planujemy co dalej.
photo credit: Kasia, pańcia Bohunowa










