Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psie wychowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psie wychowanie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 maja 2015

Reklamacji nie uznano

Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci; czego Jaś się nie nauczył tego Jan nie będzie umiał - przysłowia i ludowe mądrości dotyczące edukacji jasno dają nam do zrozumienia, że nauka w młodym wieku przynosi najlepsze efekty. Ta zasada równie dobrze, co w przypadku ludzi sprawdza się w kwestii szkolenia psów. Powszechny mit, mówiący o tym, że za wychowanie czworonoga należy zabrać się dopiero, kiedy ten skończy rok nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Naukę podstawowych komend oraz obowiązujących w codziennym życiu zasad trzeba zacząć natychmiast, gdy szczenię zawita do nowego domu, bowiem zaniedbania z tego ważnego, początkowego okresu potrafią się bardzo długo mścić.

T. to mój pierwszy pies, toteż na początku naszej wspólnej drogi popełniłam wiele podstawowych błędów, od których z pewnością zdołałby się ustrzec bardziej doświadczony przewodnik. W myśl zasady mówiącej, że uczyć należy się na błędach, najlepiej zaś na cudzych, postanowiłam podzielić się tutaj swoimi przemyśleniami, związanymi z tym, co powinnam była zrobić inaczej. Teraz, kiedy T. ma już prawie dwa lata jestem o wiele mądrzejsza - to trudny pies, który zafundował mi prawdziwą szkołę życia. Bez wątpienia, z każdym kolejnym czworonogiem będę popełniać błędy, nie ma bowiem na świecie idealnych trenerów i przewodników, jednak mam nadzieję graniczącą z pewnością, że będą to błędy… zupełnie nowe.

***

T., do mnie!

Chyba każdy opiekun psa myśliwskiego wie, jak trudno wypracować perfekcyjne przywołanie. Pies, który puści się w pogoń za zwierzyną lub zwęszy interesujący trop potrafi kompletnie ogłuchnąć, dlatego dobrze jest rozpocząć naukę przywołania możliwie jak najwcześniej. Każdy szczeniak, gdy jest jeszcze bardzo młody, przechodzi okres naturalnego podążania za przewodnikiem. Wtedy, aby przybiec na zawołanie nie potrzeba psu jakiejś szczególnej zachęty - wystarczy pochylić się, klasnąć w ręce, czy krzyknąć wesołym, wysokim głosem. To bardzo ważny okres, którego nie powinno się przegapić. Nie mogę powiedzieć, abym zupełnie przeoczyła ten istotny moment w życiu mojego psa, z pewnością jednak nie postarałam się, aby naprawdę silnie wzmocnić u T. podążanie za mną i przychodzenie na komendę. Moim błędem było nie używanie odpowiednio atrakcyjnych nagród, kiedy T. decydowała się do mnie przybiec - od początku powinnam była stosować w takich sytuacjach tuńczyka w puszcze, pasztet lub szynkę, zamiast dużo wygodniejszych, ale zdecydowanie mniej smacznych psich ciastek. Przez to, kiedy T. podrosła i stała się rozbrykaną nastolatką ciekawość świata i potrzeba eksploracji środowiska wygrały z tym, co miałam jej do zaoferowania. W ten sposób rozpoczęły się nasze problemy z przychodzeniem na komendę. Początkowo przywołanie działało nieźle w pozbawionych rozproszeń warunkach, ostatecznie jednak dobrnęłam do niechlubnego punktu, w którym T. całkowicie ignorowała tę komendę.

Problem udało mi się w sporym stopniu przepracować, jednak do tej pory zdarzają się w tej najważniejszej kwestii wzloty i upadki - obawiam się, że nigdy nie dojdziemy w tym względzie do poziomu posłuszeństwa, który satysfakcjonowałby mnie w pełni i pozwolił w 100% zaufać psu. Niemniej, na dzień dzisiejszy cieszę się w miarę akceptowalnym przywołaniem. Pomogły niesamowicie niewygodne spacery na długiej, 20-metrowej linie, dzięki której T. nie mogła zignorować komendy, ogrom entuzjazmu okazywanego psu po wykonaniu polecenia oraz naprawdę pyszne smakołyki. A także powtarzanie odpowiednich ćwiczeń tysiące razy - do tego założę się, że nim T. stanie się stateczną, dojrzałą damą całą sekwencję treningową zdążymy przewałkować razy milion.

Warto zaznaczyć, że wśród właścicieli wielu psów myśliwskich panuje przekonanie, iż przedstawicieli tych ras przywołania tak naprawdę nie da się nauczyć. W Internecie, na rozmaitych stronach i forach, można przeczytać, że jedynym sposobem, aby skutecznie takiego psa wyszkolić jest użycie obroży elektrycznej. To nieprawda. Aby pies chętnie wracał do właściciela na komendę trzeba po prostu odpowiednio wcześnie zacząć naukę, a do motywowania używać bardzo atrakcyjnych nagród.


Czekaj…!

Zarówno ciągnięcie, jak i chodzenie na luźnej smyczy to umiejętności, których psa trzeba (na własną zgubę lub dla swojej wygody) nauczyć - zwłaszcza, że psy naturalnie poruszają się szybciej niż ludzie. Szczenię wyrywające się w kierunku innego psa lub holujące właściciela w stronę ulubionego parku jest raczej urocze niż problematyczne, jednak takie samo zachowanie w przypadku dorosłego psa potrafi ze spaceru uczynić naprawdę wyczerpujące - zarówno fizycznie, jak i psychicznie - doświadczenie. Chodzenie na luźnej smyczy można ćwiczyć z bardzo młodym psem, nagradzając go i chwaląc, gdy znajduje się blisko człowieka oraz ucząc, że tylko spokojne zachowanie prowadzi do nagrody (w tym wypadku zabawy z innym psem lub biegania w parku). T. jako bardzo młody pies nie miała problemów z chodzeniem na luźnej smyczy, jednak dzięki życzliwości osób trzecich udało się jej do perfekcji opanować wchodzenie w tryb ciągnika. Oduczenie psa ciągnięcia na smyczy wymaga ogromu pracy i cierpliwości - zdecydowanie łatwiej jest po prostu nie dopuścić do opanowania takiego zachowania, dlatego przestrzegam przed używaniem na spacerach z młodymi psami smyczy automatycznych. W przypadku T. dało to po prostu tragiczne rezultaty.

Obecnie właściwie cały czas pracuję nad chodzeniem na luźnej smyczy. Chyba nie ma spaceru, na którym nie musiałabym T. przypomnieć, że galopowanie do przodu bez oglądania się na to, co dzieje się na drugim końcu smyczy za jej plecami nie popłaca. T. potrafi spokojnie maszerować obok mnie, gdy spacerujemy w nieznanym miejscu lub kiedy wie, że na końcu trasy nie czeka na nią nic wyjątkowo ekscytującego. Wciąż jednak zmienia się w lokomotywę, gdy idziemy na wybieg dla psów lub w inne jej ulubione miejsce spacerowe. Stąd też w naszym przypadku ważniejsza niż typowe ćwiczenia na utrzymanie luźnej smyczy jest praca nad kontrolowaniem emocji i słuchaniem przewodnika bez względu na poziom rozproszeń.


Ok, przywitaj się!

O tym, że w Polsce pies traktowany jest przez społeczeństwo niczym przedmiot użyteczności publicznej pisałam wielokrotnie. Ładnego psa każdy chce pogłaskać, a jeżeli na dodatek ów pies jest szczeniakiem powszechne zainteresowanie, jakie budzi wzrasta co najmniej dwukrotnie. Ludzie do psa cmokają, próbują go przywołać, głośno zachwycają się jego urodą, pozwalają na siebie skakać, gdy szczenię do nich podejdzie. Ze wstydem wyznaję, że nieświadoma potencjalnych konsekwencji początkowo pozwalałam T. na wszystkie tego typu interakcje tak długo, jak długo nie stanowiły dla niej bezpośredniego zagrożenia. To sprawiło, że teraz mam psa gotowego przywitać się z wielkim entuzjazmem z każdym napotkanym człowiekiem. Jednocześnie jednak dało mi psa niezwykle socjalnego, niesamowicie ufnego, którego bez problemu można wszędzie wprowadzić, a także zostawić pod opieką obcej osoby. Coś za coś.

Niestety, częściej na wierzch wychodzą wady niż zalety wypływające z początkowego etapu naszego miejskiego życia i nie raz życzyłam sobie mieć nieco mniej socjalnego psa, ale za to pozbawionego całego tego pełnego miłości bagażu. Spacer po mieście, podczas którego T. wyrywa się do każdej osoby, która na przykład lekko się do niej uśmiechnie potrafi być naprawdę męczący. W związku z tym, dużą wagę przykładam do możliwie najczęstszych ćwiczeń samokontroli i rezygnacji z witania się obcymi ludźmi, a smakołyki lub choćby sucha karma to nieodłączni towarzysze każdego spaceru. Mam nadzieję, że kiedyś zdołam przekonać T., iż praca ze mną jest znacznie bardziej interesująca niż witanie się z obcą osobą i warto ignorować tych wszystkich ludzi wokoło. Na razie jednak jasno widzę, że przed nami jeszcze długa droga.

Ty zostajesz!

Wypracowywanie spokojnego pozostawania w domu pod nieobecność właścicieli to w przypadku T. jego wielkie nieporozumienie. Tymczasem to bardzo ważna umiejętność - jeżeli pies szybko ją opanuje pozwoli nam uniknąć z jednej strony problemów z niszczeniem domowych sprzętów, z drugiej skarg sąsiadów na wycie i szczekanie. T. na szczęście jest osobnikiem cichym z natury, więc kłopoty związane z psimi koncertami nigdy nas nie dotknęły, przypuszczam jednak, że P. do tej pory nie może odżałować straty swojej ulubionej, super profesjonalnej klawiatury.

Na czym dokładnie polegał mój błąd w tym przypadku? Po pierwsze, zdecydowanie zbyt dużo czasu spędzałam z T., kiedy była szczenięciem, przez co przyzwyczaiła się, że zawsze w domu jest ktoś, z kim może się bawić. Po drugie, nie zdecydowałam się od odpowiednio wczesne wprowadzenie klatki kennelowej. Niestety, bardzo długo musiałam przekonywać P., że kennel to nie więzienie, ale bezpieczny azyl. Dodatkowo, ogromna seterowa klatka mogła pojawić się w domu dopiero po przeprowadzce - o zmieszczeniu w niewielkiej kawalerce takiej kolubryny nie było mowy.

T., na szczęście!, nigdy nie wykazywała objawów lęku separacyjnego, a wszystkie zniszczenia, których dokonała będąc rozbrykaną nastolatką wynikały z nudy i braku umiejętności samotnego spędzania czasu. Stąd też w jej przypadku problem właściwie rozwiązał się sam wraz z dorastaniem. Po prostu pewnego dnia T. doszła do wniosku, że pod naszą nieobecność najlepiej będzie skupić się na spaniu. Mimo to, szczerze żałuję, że ruda nie była w przemyślany sposób klatkowana od samego początku - jestem pewna, że oszczędziłoby nam to sporo nerwów i cennych książek.

***

Bez wątpienia na początku naszej wspólnej życiowej drogi narobiłam sobie sporo problemów, które teraz powoli, z wysiłkiem odpracowuję. Z pewnością będę o wiele mądrzejsza, gdy w moim życiu przyjdzie pora na pojawienie się kolejnego szczeniaka, a tymczasem zachęcam Was do dzielenia się swoimi doświadczeniami i przemyśleniami związanymi z tematem. Czy Wy, wychowując Wasze psy popełniliście jakieś błędy, które teraz wychodzą Wam bokiem?

piątek, 9 stycznia 2015

Jak zapobiec zaginięciu psa?

Za nami Sylwester. Dla ludzi okazja do hucznego świętowania, dla wielu psów z kolei czas ogromnego stresu ze względu na powszechne wykorzystywanie petard i fajerwerków. Jak co roku 1 stycznia psie zakątki Internetu zapełniły się ogłoszeniami o zaginionych czworonogach, które przestraszone hukiem wystrzałów uciekły swoim opiekunom. Niestety, psy gubią się nie tylko w okolicach Nowego Roku. Doroczna sylwestrowa kanonada z pewnością zwiększa liczbę uciekinierów, jednak prawda jest taka, że o zaginionych czworonogach słyszymy przez cały rok. Taka sytuacja to ogromna tragedia - zarówno dla psa, który musi jakoś poradzić sobie w często niebezpiecznym terenie, jak i dla właściciela, który za wszelką cenę stara się odnaleźć zgubę. Zamiast mierzyć się z koniecznością przeszukiwania okolicznych schronisk, rozwieszania ogłoszeń i puszczania wici w Internecie warto po prostu zadbać o to, aby psa nie zgubić. Bo łatwiej jest zapobiegać niż leczyć. Jak w takim razie zapobiec zaginięciu psa? Wbrew pozorom, to wcale nie jest jakaś wyjątkowo trudna sztuka.

W życiu bywa różnie, prawda jest jednak taka, że rzadko znajdujemy się w sytuacjach ekstremalnych, niemożliwych do przewidzenia i opanowania, a co za tym idzie większość zaginionych psów od swoich opiekunów odłącza się ze względu na niefrasobliwość tych ostatnich. Może to i smutne, ale niestety prawdziwe. Stąd, aby zapobiec zaginięciu czworonożnego przyjaciela należy po pierwsze wzmóc swoją czujność, a po drugie uświadomić sobie, że na bezpieczeństwo psa w trudnych sytuacjach pracuje się codziennie, przez cały rok. O co dokładnie chodzi? Spieszę z wyjaśnieniami.


Bezcenne bezpieczeństwo

Na początek, należy zadbać o to, aby pies był odpowiednio oznakowany i zawsze, kiedy wychodzi na zewnątrz miał na sobie obrożę lub szelki z adresówką, zawierającą numer telefonu właściciela. Dobrze jest przed zakupem wspomnianych gadżetów upewnić się, że te, które wybraliśmy są nie tylko ładne, ale również wytrzymałe i funkcjonalne - tak, aby na przykład w trakcie ataku paniki pies nie zdołał wysunąć się z obroży, czy szelek. Adresówkę trzeba wybierać równie uważnie. Powinna być wytrzymała i wyraźna, a co najważniejsze - mocno przytwierdzona do szelek lub obroży, tak, aby czworonóg nie zostawił jej za sobą na pierwszym lepszym krzaku. Niestety, popularne metalowe kółka mają zaskakująco małą wytrzymałość, co udowodniła T., trzykrotnie gubiąc swoją adresówkę podczas zwykłego spaceru. Zdecydowanie lepiej sprawdza się opaska zaciskowa zwana trytytką. Ów kawałek plastiku ma niewyobrażalną wręcz wytrzymałość i używając go, można być prawie pewnym, że raz zamocowana rzecz na zawsze pozostanie na swoim miejscu.
Każdorazowe ubierania psa w szelki/ obrożę z adresówką, kiedy wychodzi na zewnątrz jest ważne z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze, jeżeli zdarzy się, że pupila coś przestraszy i rzuci się on do ucieczki, ale będzie “w coś ubrany” są większe szanse, że komuś uda się go złapać. Po prostu szelki lub obroża sprawiają, że jest o co zaczepić palce. Druga sprawa to wszechobecna technologia. Obecnie mało kto spaceruje bez telefonu komórkowego, zatem prawie każdy, kto spotka na swojej drodze zagubionego psa z adresówką może od razu zadzwonić do opiekuna zwierzęcia. W ekstremalnych przypadkach czworonóg może nawet nie zorientować się, że odłączył się od przewodnika! Warto o tym pamiętać, wychodząc na “szybkie siku, na które nie potrzeba nawet obroży”.
Podstawowe środki bezpieczeństwa: mocna obroża z adresówką, zamocowaną trytytką.

Szelki i obroża mają jedną podstawową wadę - można je zdjąć, dlatego warto także psa zaczipować. Czip to niewielki układ scalony, wielkością odpowiadający mniej więcej ziarenku ryżu, który wszczepia się zwierzęciu pod skórę. Znajduje się na nim specjalny numer, dzięki któremu można odnaleźć dane właściciela czworonoga, takie jak imię i nazwisko, adres zamieszkania oraz numer telefonu. Ogromną zaletą czipu jest to, że nie da się go zgubić, a samo czipowanie jest prostym i niezbyt drogim zabiegiem. Dodatkowo, w większych miastach często organizowane są akcje darmowego czipowania psów i kotów. Niestety, czipowanie ma także wady. Przede wszystkim, decydując się na zaczipowanie pupila trzeba pamiętać, że aby czip spełniał swoją funkcję zwierzak musi być zarejestrowany w jakiejś bazie danych. Wbrew pozorom, nie jest to sprawa oczywista - bywa, że psiak spaceruje po mieście z pustym czipem, który w razie ucieczki zwierzaka nie będzie żadną pomocą w odnalezieniu właściciela. W Warszawie, w przypadku czipowania na koszt Urzędu Miasta czworonogi rejestrowane są w bazie Safe Animal, jednak cała procedura może trwać kilka tygodni. W przypadku czipowania na własny koszt, opiekun zwierzęcia musi zapłacić za rejestrację w bazie. Wadą czipa jest też to, że jego zawartości nie można przeczytać gołym okiem. Aby zapoznać się z danymi zakodowanymi na czipie potrzebny jest specjalny czytnik - w takie urządzania wyposażone są zazwyczaj lecznice weterynaryjne.

W przypadku psów rasowych identyfikację zguby umożliwia również znajdujący się na lewym uchu lub w pachwinie tatuaż. Składa się on z litery, oznaczającej oddział Związku Kynologicznego w Polsce na terenie którego szczenię przyszło na świat oraz z szeregu trzech cyfr - numeru porządkowego szczenięcia danej rasy w danym oddziale. Tatuaż odsyła więc przede wszystkim do hodowli - umożliwia identyfikację psa, ale w przypadku zwierząt pochodzących z jednego końca kraju, a mieszkających na drugim informacje odczytane z tatuażu mogą wprowadzić pewne zamieszanie. Nie warto więc w pełni polegać na tej opcji, szczególnie, że z czasem tatuaż może stać się trudny do rozszyfrowania.
T., jak widać, ma tatuaż na uchu.


Spacerowy rozsądek

Przykro mi to mówi, ale z moich obserwacji wynika, że wielu właścicieli psów podczas spacerów zachowuje się nieodpowiedzialnie, czasem wręcz doprowadzając do sytuacji, które zagrażają bezpieczeństwu pupila. Tymczasem dobrze jest podczas wszystkich spacerów stosować zasadę ograniczonego zaufania - zarówno wobec ukochanego pupila, jak i wobec innych ludzi.

Ograniczone zaufanie do psa to dla mnie nie wprowadzanie go w sytuacje potencjalnie bardzo niebezpieczne lub mogące wywołać ogromny strach. Brzmi poważnie, chodzi jednak o rzecz niezwykle prostą, mianowicie podchodzenie do czworonoga z pewną dozą zdrowego rozsądku. T. nie ma reakcji na strzał i zwykle ignoruje wszelkiego rodzaju wybuchy, bez względu na ich natężenie. Zdarzyło się nawet, że na spacerze zaskoczył nas pokaz sztucznych ogni - ja odrobinę się zdenerwowałam, niepewna, jak mój pies zareaguje na takie atrakcje, T. zaś nawet nie zauważyła, że w okolicy dzieje się coś, czego mogłaby się przestraszyć. Mimo to, w Sylwestra nie została spuszczona ze smyczy na żadnym spacerze - na wszelki wypadek. Podobnie nie zwalniam jej ze smyczy w pobliżu ulicy, czy nie pozwalam, aby bawiła się z każdym psem, jaki się na nas napatoczy, kontroluję jego aktywność podczas spaceru i nie spuszczam z niej oka.

Podobnie wygląda kwestia ograniczonego zaufania do ludzi. Nie wyobrażacie sobie, że ktoś może rzucić w psa petardą? Albo złośliwie odwiązać smycz, kiedy pupil zostanie sam pod sklepem? Kopnąć psa? Ukraść go i sprzedać do pseudohodowli? Takie rzeczy się zdarzają. Niestety, wcale nie rzadko. Nie warto ryzykować dla zaoszczędzenia kilku minut. Każdy pies - bez względu na rasę, wielkość, temperament i stopień posłuszeństwa - pozostawiony przez właściciela bez jakiegokolwiek nadzoru jest narażony na niebezpieczeństwo. Psy rasowe lub w typie rasy mogą paść ofiarami kradzieży, z kolei wszystkie czworonogi mogą spotkać z agresją ze strony innych zwierząt i ludzi, stać się ofiarami głupich kawałów, czy zabaw wracających z imprezy podbitych dowcipnisiów. Każdy właściciel, który zostawił swojego psa bez opieki i następnie nie zastał go na miejscu po powrocie jest winien nieszczęściu, które spotkało jego zwierzę. Dlatego zawsze, na każdym spacerze powinna obowiązywać żelazna zasada: spacer to czas, który w 100% poświęcamy psu, a zatem nie może się on odbywać przy okazji wyjścia do sklepu, banku, czy na pocztę.
Ten kolaż to tylko kropla w morzu podobnych ogłoszeń.


Budowanie relacji

Jak wspominałam na początku tekstu, na bezpieczeństwo psa opiekun pracuje wraz ze zwierzęciem przez cały rok. Wszystkie wymienione wyżej metody oznakowywania psów są bez wątpienia ważne i szalenie pomocne, kiedy dojdzie do tragedii, lepiej jednak skutecznie zadbać o to, aby nigdy nie doszło do zaginięcia czworonoga. Moim zdaniem, do osiągnięcia tego celu znacznie bardziej niż dobra, mocna smycz i obroża przydadzą się wzajemne zaufanie psa i jego przewodnika oraz ich zdrowa, pozytywna relacja.

Zarówno w przypadku szczeniąt, jak i dorosłych psów już od pierwszych dni spędzonych z pupilem warto poświęcić wiele uwagi socjalizacji, czyli zapoznawaniu czworonoga z nowymi zjawiskami i sytuacjami. Dzięki temu, kiedy przyjdzie mu w przyszłości zmierzyć się z czymś nowym i strasznym powinien znieść to lepiej niż osobnik “chowany pod kloszem”. Podczas całego procesu dobrze jest uważnie obserwować reakcje psa, aby zorientować się, jak reaguje na potencjalne stresory - które są mu obojętne, a które wywołują niepokój. Trzeba przy tym zdać sobie sprawę, że unikanie tych ostatnich to kręcenie na siebie bicza. Zamiast chronić psa przed kontaktem z tym, co wywołuje u niego strach lepiej spróbować przepracować z nim jego lęki. To wprawdzie długi i męczący proces, jednak naprawdę warto poświęcić czas i energię, by zwierzak stał się bardziej pewny siebie, spokojniejszy i po prostu bardziej dostosowany do codziennego życia w mieście.

Kolejna kwestia to poznanie swojego psa pod kątem instynktów oraz zachowania w nowych miejscach. Są osobniki, które na nieznanym terenie kompletnie głuchną i dopóki nie powąchają każdego, najmniejszego nawet źdźbła trawy nic do nich nie dociera. Są i takie, które pewnie czują się jedynie w swoim ulubionym parku, z kolei w nieznanym miejscu trzymają się blisko przewodnika i są doskonale odwoływalne. Zdarzają się psy, które zachowują się wzorcowo dopóki nie poczują zapachu zwierzyny. W przypadku T. różnicę zachowania w zależności od tego, gdzie idziemy na spacery widać bardzo wyraźnie. Na Polu Mokotowskim, które jest jej doskonale znane, nie waha się odbiegać daleko ode mnie - często zupełnie tracę ją z oczu. Natomiast, kiedy jedziemy na spacer w nowe miejsce nawet gdy wokoło jest mnóstwo szalenie interesujących, nowych zapachów trzyma się bliżej swoich ludzi. Dobrze jest mieć świadomość, jaki typ psa mieszka z nami pod jednym dachem i na podstawie wymieniowych wyżej zachowań podczas spaceru decydować, czy zwolnienie ze smyczy w danym miejscu to na pewno dobry pomysł. Zgodzicie się chyba, że spuszczenie w lesie psa myśliwskiego, który w obliczu zapachu zwierzyny kompletnie lekceważy polecenia przewodnika i po prostu rzuca się w pogoń to proszenie się o kłopoty.

W tym miejscu dochodzimy do sprawy absolutnie kluczowej dla każdego psa i jego przewodnika - nauki przywołania. Komenda “do mnie” to najważniejsza umiejętność, jaką nie tyle może, ale wręcz musi opanować każdy czworonóg. Niestety, często łatwiej jest psa nauczyć tysiąca skomplikowanych, widowiskowych sztuczek niż wracania na zawołanie w każdej sytuacji. Często nauka przywołania okazuje się prawdziwą katorgą: długie miesiące spacerowania na niewygodniej, wiecznie plączącej się linie treningowej, obtarte i ubrudzone smakołykami ręce to coś, co potrafi skutecznie zniechęcić do prowadzenia edukacji w tym zakresie. A nie powinno. Bo, trzeba powiedzieć sobie jasno, przywołanie wypracowane na 101% może kiedyś psu uratować życie. Obroża, szelki oraz smycz - nawet te wyprodukowane przez najbardziej solidną firmę - mogą okazać się zawodne. Gdy obroża się rozepnie, smycz zerwie lub pęknie karabińczyk przywołanie to jedyne, co może utrzymać psa przy przewodniku. Jednocześnie, właściciel, który jest pewien, że jego pupil wróci do niego na komendę może pozwolić swojemu psu na więcej swobody podczas spacerów. Zatem perfekcyjne przywołanie zapewnia więcej komfortu obu członkom zespołu człowiek-pies.

Z pewnością znajdą się osoby, twierdzące, że danego psa po prostu nie da się nauczyć przychodzenia na komendę, bo to przedstawiciel jednej z niezależnych ras północnych lub wyżeł z bardzo silnym instynktem łowieckim. Co wtedy? Czy spacerowanie wyłącznie na smyczy jest dobrym rozwiązaniem? Na podstawie własnych doświadczeń mogę powiedzieć, że rasa to tylko wymówka. Może dość przekonująca, ale jednak wymówka. T., seter irlandzki z naprawdę silnym instynktem łowieckim, zdołała opanować sztukę meldowania się przy mnie na komendę, mimo że były momenty, kiedy zaczynałam tracić nadzieję, a nauka zajęła naprawdę sporo czasu i tak naprawdę wciąż trwa. Biorąc pod uwagę wszystkie moje przygody z T., o których pisałam na blogu czuję się uprawiona do tego, by napisać: zawsze się da, ale czasem trzeba w naukę włożyć naprawdę wiele wysiłku. Jednocześnie uważam, że o ile można ze względu na zbyt duży nakład koniecznej pracy zrezygnować z nauczenia psa ósemki tyłem, o tyle z nauki przywołania nie powinno się rezygnować nigdy. Wieczne prowadzanie psa na smyczy również nie wydaje się dobrym pomysłem. Widziałam nigdy nie zwalniane ze smyczy czworonogi, które gdy udało im się jakimś cudem wyrwać smycz z ręki opiekuna dostawały amoku, zachłyśnięte nagle zdobytą wolnością. W ten sposób znów wracamy do nauki przywołania.

Na koniec chciałabym podkreślić pewną kwestię - coś, co uważam za niemal równie ważne, jak wypracowanie perfekcyjnego przywołania. Pies to nie tylko fizjologiczne spacery i pełna miska. To wspólna zabawa z pupilem, wygłupy w parku, mizianki i oglądanie telewizji na kanapie. Każdego dnia, świadomie lub nie, budujemy z psem pewną relację. Warto zadbać o to, aby każda cegiełka, którą dokładamy do tej budowli kojarzyła się zwierzakowi pozytywnie - tak, aby wiedział, że w swoim człowieku zawsze znajdzie oparcie. Mój pies, kiedy się boi ucieka do mnie. A Twój?


Jak zapobiec zaginięciu psa?
  • identyfikacja: adresówka, czip, tatuaż;
  • ograniczone zaufanie do psa i innych ludzi;
  • nauka przywołania;
  • budowanie pozytywnej relacji. 

piątek, 14 listopada 2014

Walka o luźną smycz: na drodze do sukcesu

Jak zapewne pamiętacie, tydzień temu pisałam o swoich porażkach szkoleniowych w kwestii nauki chodzenia na luźnej smyczy, związanej z nimi frustracją, a także niebezpieczeństwach, jakie mogą grozić człowiekowi, gdy zwierzak zupełnie nie potrafi współpracować z nim na spacerach. Dziś natomiast przyszedł czas na to, na co wszyscy czekali: opisanie sposobu, którego użyłam, aby doprowadzić tę kwestię do porządku i uczynić spacery przyjemnością. Proszę Was jednak, abyście czytając poniższy tekst pamiętali, że nie jestem dyplomowanym psim trenerem czy behawiorystą, a jedynie pasjonatem-amartorem. Poniższy wpis jest raczej opisem metod, które podziałały na mojego psa niż poradnikiem szkoleniowym. Mimo to, mam nadzieję, że tym z Was, którzy mają jakieś problemy przyda się i pomoże w codziennych spacerowych zmaganiach.

***

Skoro już powiedziałam sobie, że to ostatnia granica, wóz albo przewóz, miłość lub nienawiść było wiadomym, iż do kwestii chodzenia na luźnej smyczy muszę podejść z ogromną ostrożnością i rozwagą. Syndrom lokomotywy sprawiał bowiem, że na spacerach byłam przede wszystkim sfrustrowana i obolała, a przecież w tym najważniejszym dla T. momencie dnia chciałam być co najmniej równie radosna i pełna entuzjazmu, co ona. Przecież kontakt z ewidentnie wrogo nastawionym do świata człowiekiem nigdy nie będzie bardziej atrakcyjny od wąchania tej hen daleko położonej kępki trawy. W związku z tym naukę chodzenia na luźnej smyczy zaczęłam od… siebie.

Po pierwsze, obiecałam sobie, że to już koniec. Koniec z frustracją, koniec z ciągłym irytowaniem się, koniec z przewracaniem oczami i załamywaniem rąk. Nie mówię, że już w ogóle mi się to nie zdarza, bo bez względu na to, jak poważnie traktujemy swoje postanowienia czasem emocje biorą nad nami górę. Teraz jednak bardzo staram się zawsze kiedy w jakikolwiek sposób pracuję z T. być pełna radości i entuzjazmu, które wyrażam zwykle z ekspresją godną co najmniej kilkumiesięcznego pobytu na zamkniętym oddziale szpitala psychiatrycznego. Niech sobie przechodnie popatrzą, a co.

Po drugie zaś (rzecz w kontekście li tylko chodzenia na luźnej smyczy zapewne znacznie ważniejsza) zaczęłam zastanawiać się, czego tak właściwie od swojego zwierza oczekuję, a także do czego właściwie jest mi to wszystko potrzebne. W ten sposób doszłam do wniosku, że wcześniej źle podchodziłam do sprawy, w zasadzie nie rozróżniając dwóch zupełnie rozbieżnych kwestii - chodzenia na luźnej smyczy oraz chodzenia przy nodze na kontakcie wzrokowym (komenda “równaj”). Zdałam sobie sprawę z tego, że moje wcześniejsze działania były skierowane na nauczenie raz jednej (metoda “na drzewko”), innym razem zaś drugiej (klikanie i nagradzanie spojrzeń w moją stronę) z wymienionych wyżej umiejętności. Oczywiście, był to błąd. Stąd ważnym krokiem na drodze leczenia syndromu lokomotywy u pacjentki T. było wyraźne rozgraniczenie obu zachowań i uczenie każdego z nich osobno. Domyślam się, że nikomu nie trzeba wyjaśniać, czym jest równanie, uważam jednak, iż dla porządku warto porównać je tutaj właśnie z chodzeniem na luźnej smyczy, mam bowiem wrażenie, że te dwie umiejętności bywają mylone lub też jedną z nich się lekceważy i próbuje zastąpić drugą.

Chodzenie na luźnej smyczy to dla mnie możliwość odbycia spokojnego spaceru, podczas którego zarówno pies, jak i jego przewodnik zajmują się swoimi sprawami. Pies może wtedy robić co chce i iść gdzie chce, po dowolnej stronie swojego przewodnika, trochę z przodu od niego lub trochę z tyłu, bez utrzymywania z nim kontaktu wzrokowego, a smycz przez cały ten czas ma pozostać luźna. W sytuacji idealnej wygląda to tak, że ja bujam w obłokach, a T. szoruje nosem po ziemi wciągając w płuca smakowite zapachy osiedlowych trawników - między nami zaś wlecze się luźna smycz.
Chodzenie na luźnej smyczy; jak widać idę za T., która wybiera kierunek spaceru dopóki smycz jest luźna.
Chodzenie na luźnej smyczy przydaje się do:
  • spokojnych spacerów na smyczy w miejscach, gdzie nie wolno puszczać psów luzem;
  • spacerów w trakcie cieczki w przypadku suk lub w trakcie rekonwalescencji, gdy puszczenie psa luzem może się źle skończyć zarówno dla psa, jak i jego przewodnika;
  • dotarcia bez bólu rąk w oddalone miejsce, w którym można bezpiecznie spuścić psa ze smyczy.

"Równaj" w wykonaniu T.
“Równaj” z kolei, w przeciwieństwie do chodzenia na luźnej smyczy, to precyzyjne ćwiczenie, którego poprawne wykonanie wymaga przestrzegania ściśle określonych reguł. Wykonując komendę “równaj” pies utrzymuje z przewodnikiem kontakt wzrokowy, idzie po jego lewej stronie, w bardzo niewielkiej od niego odległości, a łopatka psa znajduje się w tej samej linii co ludzkie kolano. Maszerowanie w taki sposób przez dłuższy czas jest dla psa męczące, wymaga od niego bowiem naprawdę ogromnego skupienia. “Równaj” nijak ma się więc do swobodnego spaceru - dla czworonoga chodzenie przy nodze na kontakcie wzrokowym to wykonywanie komendy ciągłej, a więc po prostu praca. “Równaj” przydaje się do:
  • brylowania na zawodach posłuszeństwa (obedience, rally-o);
  • przechodzenia z psem przez ulicę;
  • mijania się z innymi ludźmi, bądź psami w zatłoczonych miejscach lub wąskich przejściach.

Osobiście uważam, że komenda “równaj” jako sposób na po prostu dojście z psem w jakieś miejsce to trochę niefortunne rozwiązanie. Nie widzę powodu, dla którego pies musiałby ciężko pracować na dystansie na przykład kilku ulic lub osiedlowych podwórek tylko po to, aby w końcu znaleźć się w ulubionym parku. Wolę, aby zamiast tego załatwił po drodze swoje potrzeby fizjologiczne.

W ten sposób doszłam do wniosku, że równanie jest umiejętnością fajną, a w kontekście treningów rally-o wręcz kluczową, jednak do zwykłego, codziennego życia z psem potrzebne jest przede wszystkim to zwyczajne, czasem pomijane chodzenie na luźnej smyczy i to właśnie na tym powinnam skoncentrować swoje wysiłki. Nie znaczy to, rzecz jasna, że porzuciłam uczenie T. chodzenia przy nodze na kontakcie wzrokowym. Po prostu ćwiczenie tej umiejętności ograniczyłam do treningów, czy to z trenerem, czy takich “domowych”, które od A do Z planuję samodzielnie. Z kolei nauka chodzenia na luźnej smyczy odbywa się przy okazji każdego wyjścia z domu, na każdym spacerze i składa się z kilku współgrających ze sobą elementów.

Pierwszym, co zrobiłam wraz z rozpoczęciem poważnej nauki chodzenia na luźnej smyczy było zrezygnowanie z używania uprzęży podczas spacerów. Znam, oczywiście, zalety wiążące się z wykorzystywaniem szelek, jednak mimo to zdecydowałam się na ten krok. Używana wcześniej pasowa uprząż IDC firmy Julius K9 była - jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi - po prostu zbyt wygodna. Ubrana w nią T. rwała do przodu nie jak jedna lokomotywa, ale co najmniej dwie i to spod znaku Pendolino. Jednocześnie, nie znaczy to, że uprząż zupełnie poszła w odstawkę. Wprowadziłam natomiast do naszego codziennego życia jasny podział związany z funkcjami tak obroży, jak i szelek, który miał przekonać T., że wspomniane akcesoria mają inne zastosowania, przez to wymuszają na niej oferowanie odmiennych zachowań. Obroża oznacza spokojny spacer i konieczność utrzymywania przez psa luźnej smyczy. Uprząż z kolei wiąże się jedynie z wyjątkowymi sytuacjami, w których ciągnięcie jest dozwolone: bieganie z psem przy użyciu pasa biodrowego, puszczanie psa na łąkę/wybieg z przypiętą do szelek liną treningową, podróż samochodem. Taki podział oznacza, że zwykła, spacerowa smycz (bez amortyzatora) nigdy nie jest przypinana do uprzęży.
W przypadku T. przydała się obroża regulowana na dziurki z mocnego sztucznego tworzywa. Regulowana za pomocą przesuwanej plastikowej klamry wcześniejsza obroża potrafiła niepokojąco powiększyć się podczas jednego spaceru.

Wielki powrót obroży został połączony ze zmianą spacerowych rytuałów. Wcześniej początek każdego spaceru wyglądał dokładnie tak samo, bez względu na to, czy wybierałam się z T. na skwer Gorzechowskiego, czy w zupełnie nowe miejsce. Na standardową sekwencję spacerową składały się zakładanie butów, przypinanie smyczy, wyjście z domu, przejście korytarzem do windy, zjazd na parter, wyjście z bloku, zejście po schodach na chodnik, skręt w prawo i przecięcie betonowego placu pomiędzy blokami. W zasadzie żadna z czynności wykonywanych w mieszkaniu i budynku nie sprawiała mi problemów - udało mi się już wcześniej nauczyć T. spokojnego czekania na komendę zwalniającą przed drzwiami mieszkania, czy windy. Kłopoty zaczynały się wraz z wyjściem z klatki schodowej. T. jak szalona zbiegała po schodach, odbijała na prawo i wyrywała do swojego ukochanego skweru lub, co gorsza, kłębiących się na placu przed blokiem gołębi. Jak rozwiązałam tę kwestię? Po prostu przestałam skręcać w prawo. Nie znaczy to, że zrezygnowałam z bywania na naszym osiedlowym skwerze i uczestniczenia w odbywających się na nim psich spotkaniach. Zaczęłam natomiast bardzo dbać o to, aby z jednej strony na skwer docierać zawsze nieco inną drogą, raz lawirując między garażami, innym razem na przykład obchodząc nasz blok dookoła. W harmonogramie dnia pojawił się też nowy typ spacerów - spacery smyczowe. Codziennie starałam się (i wciąż się staram) zabrać T. na jeden dłuższy (ok. 30-40 minut) spacer, podczas którego pies jest cały czas na smyczy i odwiedza jakieś zupełnie nowe miejsce. Wbrew pozorom nie wymaga to wiele zachodu i jeżdżenia z czworonogiem po całym mieście, a jedynie dbałości o to, by codziennie w okolicy poruszać się nieco innymi drogami. Ja na przykład zaczęłam lawirować między blokami, codziennie obierając sobie za cel nieco inny kierunek - raz pętlę autobusową, innym razem centrum handlowe lub Pałac Kultury i Nauki. Nie chodziło mi o to, aby dojść w konkretne miejsce, ale by podkręcić w okolicy, wykorzystując w tym celu za każdym razem inny chodnik i inny trawnik. Taka zmiana była podyktowana tym, że szarpanie na smyczy pojawiało się przede wszystkim wtedy, kiedy T. doskonale wiedziała gdzie idzie, a celem spaceru było bardzo lubiane przez nią miejsce.

Dwa wspomniane wyżej elementy połączyłam z metodą “na zawracanie”. Początkowo spodziewałam się, że czeka mnie sporo fizycznie trudniej do zniesienia szarpaniny, okazało się jednak, że z jednej strony T. w miarę szybko załapała o co chodzi, z drugiej zaś, że zawrócenie psa wcale nie wymaga tak wiele siły, jak można by się spodziewać. Osobiście lubię myśleć, że sposób “na zawracanie” polega nie tyle, na uczeniu psa nowej umiejętności, co na pokazaniu mu, że rzeczywistość rządzi się pewnymi określonymi zasadami, których zwierzak musi przestrzegać. Dla mnie oznaczało to, że podczas nauki chodzenia na luźnej smyczy nie stosowałam nagród, komend, cmokania do psa, czy w ogóle jakichkolwiek prób zwrócenia na siebie uwagi T. Po prostu w chwili, kiedy mój łokieć leciał na przód, a na smyczy pojawiało się napięcie cofałam się trochę, pochylałam i kierowałam smyczą tak, aby zawrócić do siebie ciągnącą T. i skłonić ją do obejścia mnie wokoło. W ten sposób wysyłałam jej komunikat “ciągniesz - nie idziesz tam gdzie chcesz”. Gdy pies znalazł się tuż przy mnie momentalnie luzowałam smycz. Chciałabym podkreślić dwie kwestie. Po pierwsze, nie chodzi o szarpanie psa i pokazanie mu kto tu rządzi. Zawrócenie psa polega raczej na wykorzystaniu siły, którą zwierzę wkłada w napięcie smyczy i zmianie jej kierunku oraz zwrotu, nie ma tam więc szarpania, jest natomiast stały nacisk, który powoduje pies. Po drugie, kiedy smycz jest luźna pies idzie tam, gdzie chce, wąchać tamto położone daleko źdźbło trawy, które z niewiadomych względów jest takie interesujące. Ważne jest zatem, aby gdy smycz już będzie luźna skierować się z psem tam, gdzie wcześniej chciał dostać się ciągnąc smycz i w ten sposób pokazać mu, że warto spieszyć się powoli.

Te trzy elementy, stosowane z absolutną konsekwencją nieźle sprawdziły się w przypadku T., z tym, że ich użycie jest ograniczone do warunków, które można by nazwać laboratoryjnymi, czy też idealnymi - gdy nikt nie zaczepia psa, nie próbuje do niego wołać i nie wypuszcza na niego swojego zwierzaka, który “przecież tylko chce się przywitać”. To jak często zdarzają się takie sytuacje, które warunki idealne do ćwiczeń zmieniają w problematyczne zależy zwykle od miejsca zamieszkania. W moim przypadku, wspomniane rozproszenia występują na tyle często, że od razu należało pomyśleć nad sposobem odpowiedniego radzenia sobie z nimi. Dzięki wcześniejszym doświadczeniom spacerowym wiedziałam, że jest “pozamiatane” nim zdążę wytłumaczyć komuś jak obchodzić się z psem lub poprosić o zabranie obcego czworonoga, który przeszkadza w treningu. Dlatego zdecydowałam się na metodę zabierania psa z sytuacji. Teraz, kiedy ktoś woła moja psa, powodując tym samym, że napina smycz po prostu wołam T. i bez słowa odchodzę. Gdy tylko pies pojawia się przy mnie są wybuchy radości i smakołyki, a następnie ostrożne obchodzenie kłopotliwego delikwenta. Zdaję sobie sprawę z tego, że pewnie wychodzę przy okazji na niewychowanego gbura, mam jednak nadzieję, że z czasem takie zachowanie przełoży się na większe zdyscyplinowanie T. w kontaktach z obcymi - tak ludźmi, jak i psami.

***

Wprowadzenie wszystkich opisanych tu zmian przyniosło całkiem niezłe efekty. Oczywiście, wciąż nie jest idealnie i pewnie przede mną jeszcze długie miesiące pracy. T., kiedy jest podekscytowana wycieczką w ukochane miejsce, które kojarzy się jej z dobrą zabawą potrafi wciąż zachowywać się bardziej jak ruda lokomotywa niż jak grzeczny pies. Problematyczne bywa też gorączkowe szukanie odpowiedniego miejsca na kupę. Mimo to jestem naprawdę zadowolona z efektów i mam nadzieję, że z czasem będzie już tylko lepiej. Po tym, jak pies załatwi już wszystkie swoje potrzeby fizjologiczne jesteśmy w stanie spacerować dość długo na luźnej smyczy, a konieczność zawrócenia T. występuje tylko raz na jakiś czas. Muszę przyznać, że kiedy po półgodzinnym spacerze na smyczy wracam do domu bez bólu ramion świat wydaje mi się odrobinę piękniejszy niż zwykle.


Fot. nr 2 autorstwa Ewy Bednarek

piątek, 7 listopada 2014

Walka o luźną smycz: pasmo porażek

Jakiś czas temu na seterowym Facebooku (zachęcam do polubienia!) pojawiły się zdjęcia autorstwa Ewy Bednarek z jednego z naszych niedzielnych treningów rally-o. Przy okazji wywiązała się krótka dyskusja, dotycząca chodzenia na luźnej smyczy. Opanowanie tej umiejętności czyni spacery o niebo przyjemniejszymi, tymczasem okazuje się, że wiele psów i ich przewodników ma z tym problem. Jako, że do niedawna ja i T. również należałyśmy do tej grupy zobowiązałam się napisać kilka słów o tym, jak wyglądała moja walka o luźną smycz. Przed Wami obiecany tekst, a właściwie jego pierwsza część.

***

Problem ciągnięcia na smyczy spędzał mi sen z powiek od dawna. Pojawił się stosunkowo wcześnie, bo pod koniec sierpnia zeszłego roku, a więc kiedy T. była niespełna czteromiesięcznym szczeniakiem. Nie znaczy to jednak, że do pewnego momentu spacery były czystą przyjemnością, a jednego dnia T. nagle stwierdziła, że zacznie zachowywać się, jak mała lokomotywa. Ciągnięcie - podobnie, jak chodzenie na luźnej smyczy - to umiejętność, której można psa łatwo nauczyć. W przypadku T. edukacja została przeprowadzona przez osobę, która “przez całe życie miała psy i wie lepiej” za moimi plecami. Szczeniak, zostawiony pod jej opieką na okres wakacyjnego wyjazdu, na spacery wyprowadzany był na smyczy automatycznej. Rzecz jasna, wbrew mojej woli i mimo wielokrotnego tłumaczenia, że to naprawdę zły pomysł w przypadku tego konkretnego egzemplarza. Nauka okazała się tak skuteczna, że z pierwszego spaceru po powrocie do kraju wracałam ze łzami w oczach.

O tym, że łatwiej jest psa nauczyć od podstaw pożądanego zachowania, niż wykorzenić zachowanie problematyczne i zastąpić je innym wiedzą pewnie wszyscy, którzy mają jakiekolwiek doświadczenie w pracy z czworonogiem. Między innymi z tego powodu problematyczny syndrom lokomotywy był długo bagatelizowany i zamiatany pod dywan. Początkowo, kwestia nie wydawała się szczególnie paląca: T. była jeszcze młodziutka, a więc niewyrośnięta i pozbawiona swojej obecnej siły. Poza tym, smycz była raczej rzadko używanym narzędziem: służyła głównie po to, aby doprowadzić psa do windy, a następnie wyprowadzić z bloku na zewnątrz, gdzie mógł swobodnie biegać na skwerze Gorzechowskiego. Kiedy natomiast użycie smyczy było absolutnie konieczne kupiona w międzyczasie pasowa uprząż Julius K9 skutecznie zabezpieczała tchawicę T. przed uszkodzeniem, z kolei na sytuacje awaryjne wyciągałam z psiego pudła szelki Easy Walk. Do tego dochodził szczenięcy entuzjazm, miłość do całego świata, która sprawiała, że podczas spaceru T. chciała powąchać każde źdźbło trawy, przywitać się z każdym psem i połasić do każdego człowieka. Z jednej strony, wydawało się więc, że napięta smycz nie jest jakimś wyjątkowo palącym problemem i nie trzeba się tą kwestią jakoś szczególnie przejmować. Z drugiej natomiast, skutecznie wmawiałam sobie, że z czasem sytuacja sama się unormuje, kiedy pies wydorośleje, a hormonalna burza i bunt krnąbrnego nastolatka odejdą w niepamięć.
Stare zdjęcie. Jeszcze niedawno, kiedy musiałam wybrać się z psem gdzieś dalej tylko szelki Easy Walk ratowały mnie przed wyrwaniem rąk ze stawów. Jeżeli dobrze się przyjrzycie, zobaczycie, że T. jest tu w nie ubrana.

Nie muszę pewnie mówić, że był to ogromny błąd, myślenie tyleż naiwne, co życzeniowe. T. rosła, a problem rósł razem z nią. Wkrótce okazało się, że spacer na smyczy to dla nie mnie tylko fizyczna katorga, związana z bólem ramion i kolan, ale też sytuacja zwyczajnie niebezpieczna. T. ciągnęła jak szalona, a ja za każdym razem schodząc po schodach na betonowy placyk przed blokiem zastanawiałam się na którym stopniu roztrzaskam sobie potylicę. Była już najwyższa pora, aby zacisnąć zęby i stawić czoła problemowi.

Zaopatrzyłam się w odpowiednie książki, przeczytałam setki mniej i bardziej mądrych porad w Internecie i wzięłam się do pracy. Próbowałam zatrzymania się momentalnie, kiedy następuje napięcie smyczy. Próbowałam sadzania psa gdy jest nadmiernie podekscytowany i przeczekiwania wybuchów jego emocji. Próbowałam klikania i nagradzania luźnej smyczy i spojrzeń w moim kierunku podczas marszu naprzód. Próbowałam zawracania i maszerowania w przeciwnym kierunku, gdy pies ciągnął. Nic z tego. Syndrom lokomotywy wygrywał za każdym razem. Przez jakiś czas na spacery z T. chodziłam, używając smyczy z amortyzatorem, aby ratować swoje stawy. Po jakimś czasie złamałam się i chciałam wspomóc swoją walkę kantarem, ale P. absolutnie nie zgadzał się na takie rozwiązanie. Do tej pory trudno mi zrozumieć, dlaczego w takim razie zaakceptował obrożę półzaciskową. Byłam zdesperowana i nie zamierzałam podejmować prób zrozumienia tej dziwnej logiki. Zamiast tego, szybciutko wymierzyłam T. i zamówiłam szyty na miarę półzacisk. Kiedy paczka dotarła poczułam się bez mała, jakby otworzyły się nade mną wrota do niebios - czułam, że sukces jest na wyciągnięcie ręki. Oczywiście, rzeczywistość kolejny raz musiała kopnąć mnie w tyłek i pokazać, jak bardzo się mylę. Obroża, chociaż śliczna, okazała się zupełnie nie spełniać swojej funkcji szkoleniowej: metalowe kółeczko, do którego przyczepia się smycz zamiast płynnie sunąć po materiale zatrzymywało się na szwach, co sprawiało, że półzacisk mógł służyć jedynie za zwykłą obrożę. Nigdy, poza pierwszą przymiarką, niezałożony do tej pory pałęta się po mieszkaniu, przekładany z jednego kąta w drugi. Tak oto nastąpiła moja kolejna klęska.
Stare zdjęcie, obrazujące próby nagradzania T. za trzymanie się blisko mnie. Jeżeli przyjrzycie się uważanie, zauważycie, że smycz jest napięta i muszę odciągać ramię w tył, aby hamować prącą do przodu T.

Gdzieś pomiędzy wszystkimi tymi zmaganiami zawieruszyły się pory roku: minęła jesień, szybko przeszła zima, skończyła się wiosna i nagle znów były wakacje, a co za tym idzie - kolejne wyjazdy. Myśleliśmy, że kwestię pet sitterów mamy już rozpracowaną, dlatego ze spokojnym sercem poleciałam do Londynu. Rzecz jasna, po powrocie ponownie miałam przekonać się, iż mylić się jest rzeczą ludzką, a jestem 100-procentowym człowiekiem.

Okazało się, że podczas naszej nieobecności T. odzwyczaiła się od nas zupełnie. Owszem, cieszyła się na nasz widok jak szalona, była chętna do mizianek i wspólnych zabaw, ale zupełnie zapomniała, że jest coś takiego, jak praca z przewodnikiem. O tym, jak poważna była ta amnezja najdobitniej przekonałam się w dwóch sytuacjach. Po pierwsze, gdy pod koniec sierpnia, dzień po powrocie z wakacji, stawiłam się z T. na wykupioną wcześniej weekendową szkółkę rally-o. Nasza wspólna praca wyglądała tak fantastycznie, że trenerzy poprosili nas o odejście na bok, a następnie starali się głównie nie pamiętać o naszym istnieniu. Po drugie zaś, kiedy na początku września rozpoczęliśmy regularne treningi rally-o w naszej ulubionej psiej szkole. Podczas gdy inne psy grzecznie pracowały nad podstawowymi elementami ja musiałam walczyć o każdą sekundę uwagi T., która mniej więcej raz na kwadrans zauważała, że jestem gdzieś na drugim końcu smyczy i raczyła obdarzyć mnie tyleż krótkim, co poirytowanym spojrzeniem.
Zdjęcie ze szkółki rally-o, pokazujące, jak wiele byłam w stanie zrobić z T. Smycz owinięta wokół nóg to nie fanaberia, ale ratunek dla rąk w chwilach, gdy pies stwierdza, że nagle musi być gdzieś tam, daleko.

Ów koszmar - bo nie czarujmy się, tamta godzina zajęć była dla mnie istnym koszmarem - był momentem przełomowym. Znowu podjęłam walkę. Po pierwsze, bardzo pomogło mi wspaniałe, indywidualne podejście naszej trenerki. Całe zajęcia była w stanie nie tylko skupiać się na kursantach, którzy potrafili ze swoimi psami coś zrobić, ale też na naszej zdesperowanej drużynie, szukając wciąż nowych sposobów na przyciągnięcie uwagi T. Po drugie, powiedziałam sobie, że jeżeli teraz nie przepracuję tego wszystkiego z rudą to nienawidzę ją i umrę z frustracji, bo przecież T. jest miłością mojego życia. Syndrom lokomotywy, wspierany przez zespół chronicznej dekoncentracji i ja stanęliśmy na ringu.

Na trzecich zajęciach, a więc dwa tygodnie później, T. była zupełnie innym psem. Taka zmiana wymagała jednak sporej ingerencji w codzienną rutynę i systematycznej pracy, o której będziecie mogli przeczytać za tydzień.


Zdjęcie ze szkółki rally-o dzięki uprzejmości czytelnika o pseudonimie Jabol.

piątek, 5 września 2014

T., jak Pańcine Załamanie Nerwowe

Wychowanie młodego psa - takiego, co to już dawno ma za sobą okres szczenięcy i składa się z energii, buzujących hormonów oraz odrobiny mięśni i sierści - przypomina wychowanie nastolatka. Oczywiście, pies ma nieco mniejszy zasób słów, niż typowy polski gimnazjalista i nie może wykrzyczeć z desperacją w głosie “Mamo, nienawidzę cię!”, niech to Was jednak nie zwiedzie. Pies dysponuje bowiem bardzo szerokim arsenałem innych środków, które pozwolą mu pokazać, że nie jest z pańciostwa zadowolony, a wszystkie zakazy i nakazy ma głęboko pod ogonem. To właśnie ostatnio dobitnie dała mi do zrozumienia T.

Oczywiście, nasza praca szkoleniowa od zawsze obfitowała w rozmaite wzloty i upadki, te ostatnie jednak nigdy jeszcze nie były tak dotkliwe. Fakt, że dla mojego psa chodzenie przy nodze bez smyczy to - chyba, że akurat ma dobry dzień - koncepcja zupełnie abstrakcyjna wywołuje u mnie jedynie łagodną rezygnację. To, czy zrobi poprawne “waruj”, czy po prostu leniwie położy się na ziemi, słysząc odpowiednią komendę jest mi z kolei zupełnie obojętne. To, że po ponad tygodniowym pobycie u pet sittera T. zapomniała, co to znaczy słuchać poleceń i skupiać się na przewodniku rekompensuje mi jej znacznie większa, niż niegdyś pewność siebie i zaskakująco szybkie, jak na jej wcześniejsze możliwości, opróżnianie miski. Doszłam do wniosku, że większy entuzjazm w kontaktach z innymi psami i brak wiecznych problemów z jedzeniem to rzeczy nie do przecenienia, a całą resztę spokojnie na nowo sobie przepracujemy. W końcu nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. A jednak! Ostatni popis niesubordynacji T. uderzył w mój czuły punkt i sprawił, że zaufanie, jakim do tej pory darzyłam swojego psa zostało mocno nadszarpnięte. Co się stało? Nim o wszystkim opowiem, muszę złożyć pewne oświadczenie.

Otóż uważam, że przywołanie jest absolutnie najważniejszą umiejętnością, jaką może opanować pies i każdy czworonóg, a już na pewno ten mieszkający w wielkim mieście, powinien zostać nauczony przychodzenia na zawołanie do swojego przewodnika. Dlatego też od początku bardzo przykładaliśmy się do pracy nad przywołaniem, zarówno na gwizdek (awaryjnie), jak i komendę słowną (na co dzień), a kiedy wreszcie udało się nam osiągnąć sukces ćwiczyliśmy właściwie na każdym spacerze. Dzięki temu ja mogłabym być spokojna o bezpieczeństwo T., ona z kolei cieszyła się na spacerach naprawdę dużą swobodą.
20 metrów liny. Ciężkie to to i niewygodne jak diabli, ale czego się nie robi w imię bezpieczeństwa psa.

Niestety, koniec tego dobrego, czasy się zmieniły, T. bowiem na ostatnim spacerze dała popis jak nigdy - przez 2 godziny biegała kompletnie ignorując i komendy słowne i gwizdek. Owszem, cały czas sprawdzała gdzie się znajduję i czy aby na pewno nie zamierzam się gdzieś przemieścić, ale była przy tym kompletnie niemożliwa do przywołania. Więcej nawet, słysząc komendę zaczynała odbiegać w dokładnie przeciwnym kierunku. Szkoleniowe wzloty i upadki to jedno, ale taka akcja, szczególnie, kiedy wydawało się, że pod tym względem jest już naprawdę bardzo dobrze… Załamałam się, wpadłam w głęboką depresję, po czym doszłam do wniosku, że jedyne, na co zasługuje T. to wycieczka do chińskiej restauracji. W jedną stronę.
Stary gwizdek idzie w odstawkę, zastąpi go sprawdzony przez wielu myśliwych Billik.
Przed spełnieniem tej groźby cudem powstrzymał mnie P., nie zmienia to jednak faktu, że T. czekają teraz ciężkie czasy. Koniec ze spuszczaniem ze smyczy. Koniec ze swobodnym bieganiem i wąchaniem znajdujących się w ogromnym oddaleniu krzaków. Koniec z pańcinym zaufaniem, które bezpośrednio przekładało się na te najbardziej interesujące spacery. Wracamy do 20-metrowej liny treningowej, zmieniamy komendę, kupujemy nowy gwizdek i zupełnie od nowa zaczynamy mozolną pracę nad przywołaniem. Nie mamy innego wyjścia, w końcu żaden szanujący się chiński kucharz nie zgodziłby się przyjąć tak żylastego psa. Nawet za dopłatą.

piątek, 1 sierpnia 2014

Miejski spacer

Kilka dni temu miałam przyjemność odebrać z dworca jednego z krakowskich znajomych, który akurat wpadł na krótko do Warszawy. Postanowiłam wykorzystać tę okazję nie tylko, aby przedstawić mu Najpiękniejszego Psa Świata, który na co dzień ukrywa się pod pseudonimem T., lecz również aby zorganizować dłuższy spacer szkoleniowy w iście bojowych warunkach.

K. - gościnny, acz niezbyt wygodny korytarz pociągu TLK relacji Kraków-Warszawa - opuszczał tuż przed 16, toteż na początek spaceru wybrałam 14.30. Trening zaczął się zupełnie zwyczajnie - T. wcale nie podejrzewała, że knuję coś niedobrego. Zapakowałam do psiej saszetki pyszne smakołyki, ubrałam psa w uprząż i, podobnie jak każdego dnia, wyszłyśmy na osiedlowy skwer. Tam T. mogła oddawać się swojej ulubionej czynności - pozornie bezsensownemu bieganiu z jednej strony na drugą - przez około pół godziny.

Po tym, jak zużyła już pierwsze, powierzchowne pokłady energii zapięłam jej smycz i ruszyłyśmy wzdłuż Alei Jana Pawła II w kierunku Dworca Centralnego. To zaledwie 3 kilometry spaceru po prostej drodze, wydawałoby się więc, że na miejscu powinnyśmy znaleźć się w mgnieniu oka, tymczasem przebycie tego odcinka zajęło nam około 50 minut. Co więcej, każda minuta została naprawdę owocnie wykorzystana: ćwiczyłyśmy chodzenie na luźnej smyczy oraz proste komendy (przede wszystkim siad i leżeć) w trudnych, pełnych rozproszeń, miejskich warunkach.

Aleja Jana Pawła II nie należy do najbardziej zatłoczonych miejsc w mieście, jednak bez względu na porę dnia kręci się tu sporo ludzi, wzdłuż ulicy bowiem mieszczą się liczne knajpki i punkty usługowe. Jednocześnie to ważna droga komunikacyjna, więc nawet w nocy funkcjonuje tu jakiś ruch uliczny. Poza tym, obok chodnika biegnie dość intensywnie eksploatowana ścieżka rowerowa. Ten krótki opis daje dobry obraz “zamieszania” w środku którego znalazła się T. i z którym musiała się zmierzyć: podczas marszu po lewej miałyśmy pełną samochodów ulicę oraz ścieżkę rowerową, po prawej zaś kawiarniane ogródki oraz zachęcająco otwarte drzwi rozmaitych punktów usługowych i biur. Do tego wszystkiego trzeba doliczyć jeszcze całkiem licznie kręcących się wszędzie przechodniów. Poziom rozproszeń? Hard.
T. grzecznie siedzi, najwyraźniej nieświadoma, że za plecami ma miejsce, z którego biorą się gicze wołowe.

Ku mojemu zaskoczeniu, T. radziła sobie całkiem nieźle. Nie wymagałam od niej chodzenia przy nodze, a jedynie braku napięcia smyczy, mogła więc swobodnie wąchać sobie interesujące ją miejsca, pod warunkiem, że nie były integralną częścią akurat mijanego człowieka, a zapoznanie się z nimi było możliwe bez wchodzenia do jakiegoś lokalu. Jednocześnie starałam się, aby T. przez cały czas pamiętała o tym, że jestem na drugim końcu smyczy i była mniej lub bardziej skoncentrowana na tym fakcie. Aby to osiągnąć, w zasadzie co kilka kroków nagradzałam ją za grzeczne poruszanie się w bezpośredniej bliskości mnie, starając się zachęcać ją do chodzenia przede wszystkim po swojej lewej stronie. Jednocześnie, zamiast nieprzerwanie maszerować przed siebie, poruszałyśmy się krótkimi odcinkami, pomiędzy którymi następowały przerwy na kilkusekundowe siedzenie lub leżenie, bowiem koncentracja T. najwyższe możliwe poziomy osiąga właśnie w parterze.

Do zdobycia zaszczytnego tytułu idealnego psa miejskiego jeszcze sporo nam brakuje, jednak nie było źle. T. przez większość czasu w zasadzie szła przy nodze. W chwilach, kiedy wyrywała do przodu albo zatrzymywałam się i czekałam, aż sama wpadnie na to, żeby usiąść albo przywoływałam ją do siebie i wracałam (niezbyt rozsądnie idąc tyłem) kilka kroków, starając się utrzymywać z psem kontakt wzrokowy. Co więcej, T. udawało się ignorować mijających nas ludzi, co uważam za spore osiągnięcie, bo zwykle ma ochotę przywitać się z każdym przechodniem. Inna sprawa, że spacerowicze zachowywali się wobec nas bardzo w porządku (co swoją drogą dość rzadko się zdarza, kiedy jestem na spacerze bez P.): widzieli, że robię “coś” z psem, więc nie starali się go przywoływać, czy do niego cmokać, więc zamiast tego serdecznie się do nas uśmiechali. Chciałabym, aby nasze spacery wśród ludzi zawsze wyglądały w podobny sposób! Wyjątkiem od tej reguły była tylko jedna pani, która zaczęła cmokać do T., tym samym powodując, że przez chwilę ruda próbowała wyrwać mi ręce ze stawów. W końcu życie nie może być zbyt piękne.
Przejście przez ulicę - zawsze przy nodze.
Po dotarciu na miejsce przyszło nam trochę poczekać przed budynkiem dworca, co było świetną okazją do przećwiczenia leżenia dłuższego, niż 3 sekundy. Lekcja była o tyle łatwa, że T. zdążyła się już nieźle zmęczyć mnogością różnorodnych bodźców i sama z siebie chętnie pozostawała w parterze. Po tym nastąpiło grzeczne, a przy tym bardzo entuzjastyczne przywitanie z szanownym gościem: przytulanie się do nóg K. i radosne obieganie go wokoło (trochę w stylu podstępnego Pongowego oplątywania smyczą). Po tym zamierzaliśmy udać się na szybką kawkę, na drodze stanęła nam jednak dziewczynka, pragnąca zapoznać się z T. Już sam fakt, że zapytała, czy może pogłaskać psa sprawił, iż byłam kupiona, potem zaś było tylko lepiej: nastolatka wysłuchała moich instrukcji i postępowała zgodnie z nimi. Dzięki temu udało się nam osiągnąć sytuację, w której T. siedzi i grzecznie czeka, aż obca osoba do niej podejdzie, po czym pozwala się głaskać, wciąż trwając w siadzie. Rzecz niezwykła, bo zwykle w takich sytuacjach ludzie starają się nakręcać psa i zachęcają go wylewnego okazywania radości, co w naszym przypadku skutkuje utrwalaniem niewłaściwego zaczepiania obcych. Naprawdę rzadko zdarza mi się spotykać takich miłych głaskaczy, toteż (chociaż pewnie nigdy tego nie przeczyta) w tym miejscu dziękuję dziewczynce za chęć współpracy i przyłożenie ręki do uczenia mojego psa poprawnych zachowań.
Jak pańcia ładnie prosi to i poleżeć można.
Droga do kawiarni była nieco trudniejsza, niż na dworzec, co było spowodowane przede wszystkim tym, że w towarzystwie K. nie mogłam poświęcić 100% swojej uwagi T., częściej zdarzało się więc, iż smycz była napięta. W lokalu z kolei przez większość czasu T. zachowywała się wzorowo: nie zaczepiała innych gości i głównie posypiała na podłodze, odpoczywając po wcześniejszych atrakcjach.

Po tym, jak o 18.00 oddałam K. w ręce jego znajomych udałyśmy się w drogę powrotną: po dłuższym odpoczynku w przyjemnie klimatyzowanym pomieszczeniu T. znów była pełna energii, a o skupieniu i grzecznym marszu przy nodze nie było mowy. Z szacunku dla pańciowych stawów do domu wróciłyśmy autobusem, po czym pies padł na posłanie. I leżał. Długo.

Stanowczo musimy to powtórzyć.

piątek, 20 czerwca 2014

P. I. E. S. czy pies? Cz. 2

Jakiś czas temu poruszałam kwestię tego, jak społeczeństwo traktuje mnie i mojego psa, kiedy pojawiamy się w przestrzeni publicznej. Później temat podjęła w nieco innym kontekście autorka bloga Pies w Warszawie. Reakcja na teksty była bardzo żywa, wielu właścicieli czworonogów zeznało, że ma podobne, nieprzyjemne doświadczenia, a także przeżywa stres i irytację, kiedy natrętni głaskacze, nieproszeni wyciągają ręce prosto w stronę pysków ich czworonogów. Nie znaczy to jednak, że kontakt z obcym psem jest zawsze zagrożeniem, a każdy właściciel najchętniej gołymi rękami udusiłby każdego, kto próbuje wejść w interakcję z jego ulubieńcem. Zainteresowanie, jakim obdarzany jest przez obcych czworonóg może być miłe i pożyteczne dla wszystkich trzech stron interakcji - psa, jego opiekuna i osoby dozującej nadprogramowe głaski - trzeba jednak pamiętać o kilku prostych zasadach. Poniżej przedstawiam krótki poradnik obsługi właściciela i jego psa.


Psiarz i jego zwierz: instrukcja obsługi

1. Najpierw człowiek

Chcesz pogłaskać cudzego psa? Zacznij od poproszenia jego właściciela o pozwolenie. Zwróć się bezpośrednio do opiekuna zwierzęcia i zapytaj, czy będzie miał coś przeciwko, jeżeli chwilę pobawisz się z jego czworonogiem. Uwaga: rzucanie w przestrzeń komplementów dotyczących urody psa albo zwracanie się do zwierzęcia, zamiast do człowieka się nie liczy! Niestety, nierzadko spotykam się z właśnie takim zachowaniem, które zresztą bardzo mnie irytuje. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego niektórym ludziom wydaje się, że niegrzeczne ignorowanie mnie kosztem psa lub mamrotanie pod nosem powinno nastroić mnie pozytywnie i zachęcić do rozpoczęcia z nimi rozmowy. Nie zachęca - przeciwnie. Jak w takim razie zacząć? Zwyczajnie. “Przepraszam, czy to pani/ pana pies? Czy mogłabym/ mógłbym go pogłaskać?” wypowiedziane przyjaznym tonem i poparte spojrzeniem w twarz właściciela futrzaka to naprawdę świetny starter.

2. Właściwy czas, odpowiednie miejsce

Nie każda sytuacja sprzyja zapoznawaniu się z obcym psem, dlatego zanim zwrócisz się do właściciela zwierzaka spróbuj użyć wyobraźni i zastanowić się, czy to aby na pewno właściwe miejsce i czas na rozdawanie głasków. Komunikacja miejska, przejścia dla pieszych, restauracje i kawiarnie to nie są miejsca sprzyjające zapoznawaniu się z czworonogiem. Większość opiekunów psów chce, aby wtedy ich czworonogi zachowywały się spokojnie i nie przeszkadzały innym, bo w przeciwnym razie są narażeni na nieprzyjemności i pretensje (często uzasadnione) otoczenia. Pies, który w tramwaju zagradza przejście innym pasażerom entuzjastycznie witając się z przyjaźnie nastawionym obcym lub kluczy pomiędzy stolikami w restauracji, by dać się pogłaskać jest zaprzeczeniem spokoju. Dlatego lepiej nie próbować się z nim bratać. Gdy widzisz, że opiekun się spieszy pozwól mu iść w swoją stronę, a kiedy ćwiczy z psem posłuszeństwo lub inne sporty kynologiczne - nie przeszkadzaj. Jeżeli masz chwilę, możesz poczekać na koniec treningu i wtedy spróbować zapoznać się z psiakiem, nie próbuj jednak przerywać sesji szkoleniowej.
Wydawałoby się, że wybranie właściwego momentu na zapoznanie się z czworonogiem to nic trudnego - wystarczy odrobina rozsądku. Najwyraźniej jednak rozsądek łatwo zagłuszyć widokiem lśniącej psiej sierści, czy roześmianego pyska. Przekonałam się o tym niejeden raz. Największe zaskoczenie? Przechodzę z T. przez ulicę, kiedy dokładnie na samym jej środku (!) zaczepia mnie młody mężczyzna:
- O Boże, ona jest taka piękna, przepraszam, czy mogę jej dotknąć?
- Proszę, ale może najpierw zejdziemy na chodnik?
Nie bierzcie z tego pana przykładu.

3. Szacunek i zrozumienie

Pamiętaj: to właściciel najlepiej zna swojego psa i dobrze wie, co jego pupil lubi, a jakie sytuacje są dla niego stresujące - przecież żyje z nim na co dzień. Jeżeli opiekun odmówi interakcji z psem, wyjaśniając, że zwierzak nie lubi głaskania lub obawia się obcych nie próbuj negocjować. Nie oczekuj dodatkowych wyjaśnień, nie mów “Co też pani/ pan mówi, psy przepadają za głaskaniem!”, czy “Miałem kiedyś setera irlandzkiego i on wcale nie bał się ludzi”. Po pierwsze, nie zapominaj, że każdy pies jest inny, dlatego porównywanie czworonoga spotkanego w parku do Pimpusia, którego pamiętasz z dzieciństwa nie ma sensu. Po drugie, weź pod uwagę, że właściciel z pewnością bardzo kocha swojego psa, więc stara się dbać o jego komfort i bezpieczeństwo. Bezwzględnie uszanuj jego decyzję.

4. Daj się wykorzystać!

Możesz poświęć psu dłuższą chwilę? Pomóż właścicielowi w szkoleniu czworonoga i odczulaniu jego lęków. Uczenie psiaków poprawnych zachowań wobec obcych ludzi lub pokazywanie, że mężczyźni w czarnych płaszczach wcale nie są tacy straszni to często długi i trudny proces. Sprawę dodatkowo pogarsza fakt, że do tego rodzaju ćwiczeń zwykle brakuje niezbędnych statystów.
Zawsze, kiedy ktoś zapyta mnie, czy może pogłaskać mojego psa (szkoda, że zdarza się to tak rzadko) proszę, aby pomógł mi w szkoleniu go. Wyjaśniam, jak należy się z nim poprawnie przywitać, na co nie można pozwolić, jak go nagrodzić za pożądane zachowanie, a co zrobić, gdy robi coś, czego sobie nie życzę. Czasem spotykam się z sympatią, zrozumieniem i chęcią współpracy, innym razem ze zniechęceniem. Jeżeli zostaniesz poproszony o pomoc w szkoleniu psa - daj się wykorzystać. Nie stracisz więcej, niż 5 minut, a przyłożysz rękę do wychowania psiaka. W końcu wszyscy chcemy spotykać w parkach tylko łagodne, dobrze ułożone czworonogi, prawda?
Okazuje się, że na obecność T. można reagować obojętnością i nie odrywać się od swoich spraw.


PS. Doszły mnie słuchy, że czytanie blogów wykorzystujących szablony dynamiczne na urządzeniach mobilnych to katorga, stąd zmiana. Może kiedyś dorobię się bardziej seterowego wystroju wnętrza, tymczasem powinno być w miarę wygodnie.

piątek, 13 czerwca 2014

Chciałaby, a boi się

Tytuł dzisiejszego posta doskonale opisuje stosunek T. do pływania - z jednej strony, woda wydaje się jej czymś nad wyraz interesującym i przyjemnym, z drugiej zaś zdradliwym i niebezpiecznym, co rzecz jasna odbija się na jej zachowaniu w okolicy rzek, jezior i innych zbiorników wodnych. Można rzec, że spuszczona ze smyczy na brzegu, T. najbardziej przypomina szarpany przez zmienne, porywiste wiatry latawiec: to wbiega do wody, uradowana tym, jak bardzo jest chłodna i mokra, to ucieka na suchy ląd, kiedy tylko dojdzie do wniosku, że istnieje ryzyko utraty gruntu pod łapami.

Pierwszy poważny kontakt z wodą głębszą, niż przeciętnej wielkości osiedlowa kałuża T. miała podczas spaceru w Przylasku Rusieckim. Mimo że - wziąwszy pod uwagę ludzkie standardy - pogoda zdecydowanie nie zachęcała do kąpieli, T. natychmiast zainteresowała się zaskakujących rozmiarów kałużą i pogalopowała do brzegu, by na własnej skórze przekonać się, co to jest jezioro i czym je się całe to pływanie, o którym tyle się mówi w domu. Niestety, akcję wywiadowczą przeprowadziła z wdziękiem i subtelnością średniowiecznego tarana, po prostu wskakując do wody ze śliskiego, w połowie zanurzonego w toni jeziora powalonego drzewa. Efekt? Wyjście z kąpieli okazało się wymagać niemałej gimnastyki i przysporzyło T. nieco stresu. W konsekwencji woda w rozsądnie małej ilości została przez nią zaklasyfikowana, jako rzecz pożądana, ale pływanie było na wieki pozbawione jakichkolwiek szans na trafienie na listę atrakcji spacerowych.

T., rzecz jasna, szybko zapomniała o całej sprawie, ja z kolei zaczęłam się niepokoić - w końcu jakoś musimy zdać próby polowe. By odrobinę przybliżyć się do tego sukcesu wybraliśmy się w długi weekend majowy na Mazury. P. do tej pory oszukuje się, że po prostu chcieliśmy wyrwać się z miasta i odpocząć na łonie natury, ale ja dobrze wiem, iż naszym podstawowym celem było spławienie psa.

Prawie się nam udało.

Niestety, pogoda spłatała nam figla - było tak zimno, że plany wejścia wraz z T. do wody, aby pokazać jej, że pływanie nie boli, spaliły na panewce. Na szczęście z pomocą przyszły smaczne mazurskie patyki i para kaczek. Zwłaszcza ten ostatni element okazał się wyjątkowo skutecznym motywatorem. Powoli pracujemy nad odczarowaniem głębokiej wody.

piątek, 30 maja 2014

P. I. E. S. czy pies?

Bywa, że sposób, w jaki traktują mnie ludzie, kiedy w towarzystwie T. pojawiam się w miejscach publicznych jest dla mnie trudny do zniesienia. Prawdę mówiąc, częściej zdarza mi się - przynajmniej w tej konkretnej kwestii - czuć źle i niekomfortowo, niż dobrze. Umieszczony w tytule wpisu skrót wymyśliłam w chwili przemożnej irytacji, po powrocie z kolejnego ciężkiego spaceru. Domyślacie się już, co oznacza P. I. E. S.?

Przypuszczam, że dla kogoś, kto miał okazję podróżować ze swoim czworonożnym przyjacielem komunikacją miejską lub spacerować z nim w zatłoczonym parku w pierwszy ciepły dzień wiosny rozszyfrowanie skrótu nie będzie problemem. To nic innego, jak Przedmiot Intensywnej Eksploatacji Społecznej. Skrót wziął się stąd, że mam wrażenie, iż wiele osób traktuje mojego psa, jak dobro publiczne, porównywalne, na przykład, z przystankiem autobusowym, słupem ogłoszeniowym lub koszem na śmieci, z których każdy może swobodnie korzystać, kiedy tylko ma na to ochotę.

Przypuszczam, że nie wszystkich spotyka to, co mnie - słyszałam, że właściciele czarnych psów mają pewną taryfę ulgową, bo ich pupile są uznawani za niebezpiecznych - jednak z rozmów ze znajomymi psiarzami wiem, iż problem, o którym piszę jest bardziej, niż mniej powszechny. Otóż, osoby nie posiadające psów (w dalszej części wpisu będę używać określenia “cywile”) nie wiedzą, jak zachowywać się, kiedy na swojej drodze napotkają czyjegoś czworonoga. Co więcej, nie zdają sobie sprawy ze swojej niewiedzy, a każdego psa, który wyda się im dostatecznie ładny traktują, jak dobro publiczne, narażając zarówno siebie, jak i zwierzę.
Krótka chwila spokojnego spaceru.
***

Przez kilka pierwszych spacerów powszechne zainteresowanie, jakie wzbudzała T. traktowałam, jak komplement - niczym dumna ze swojej latorośli matka cieszyłam, że świat dostrzega piękno i urok mojego “dziecka”. Szybko jednak zaczęło mnie drażnić, że obce osoby cmokają i wołają mojego psa, zupełnie mnie przy tym ignorując, zwłaszcza, w sytuacjach, gdy zdecydowanie wolałam, aby T. pozostała przy mnie. Miałam nadzieję, że po tym, jak minie okres szczenięcy sytuacja ulegnie zmianie. Nic z tego. Historiami o bezczelności i głupocie ludzkiej mogę sypać z rękawa, niczym magik kartami. Co gorsza, z każdym dniem moja kolekcja się powiększa. Poniżej przedstawiam dwie dla pełnego ilustrowania problemu.

1. Jestem z T. w tramwaju, w drodze na Pole Mokotowskie. To starszy model, z wysokimi schodami, które dla młodego psa są barierą nie do pokonania. Stoję na samym końcu, w ostatnim wagonie, żeby nie przeszkadzać innym pasażerom. T. grzecznie siedzi przy nodze. Kiedy pojazd zatrzymuje się na przystanku drzwi się otwierają; z chodnika widać nas jak na dłoni. Trzy młode dziewczyny, na oko nastolatki, siedzące na ławce na przystanku i czekające na inny tramwaj zaczynają natychmiast wołać T. i cmokać, żeby zwrócić jej uwagę. T. podnosi się i ciągnie smycz, usiłując wyrwać się do schodów, na chodnik. Zatrzymuję ją i staram się skoncentrować na sobie. Nastolatki dalej robią swoje.

2. Rutynowy spacer na osiedlowym skwerze. T. radośnie biega po trawniku nie zwracając uwagi na ludzi wokoło. Nagle jakaś starsza kobieta siedząca z koleżanką na ławce zaczyna ją wołać. T., oczywiście, podbiega do niej i zaczyna witać się z nią z właściwym sobie entuzjazmem. Złote popołudnie przerywają krzyki: “proszę natychmiast zabrać tego psa!”. Oczywiście, przywołuję T., ale przeklinam przy tym w duchu - bo przecież to nie ja kazałam jej do tej ławki podejść.

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz ktoś zapytał mnie, czy może T. pogłaskać (P. ma w tym względzie więcej szczęścia; najwyraźniej moje 163 cm wzrostu nie budzą szczególnego respektu w narodzie). Co więcej, nigdy nikomu nie przyszło do głowy, aby przed wyciągnięciem ręki do psa upewnić się, czy nie gryzie lub nie jest agresywny wobec obcych. Dla 99% osób, które spotykam i które wchodzą w jakieś interakcje z T. nie istnieję dopóty, dopóki pies nie zacznie robić czegoś, co się im nie podoba. Wtedy zaczynają się krzyki. Dodam też, że gdy nie pozwalam T. się z kimś przywitać, sadzam ją przy sobie i przechodzień musi minąć nas bez wylewnych powitań z T. bywa, że spotykam się z pretensjami. Pytanie “A co, on niby taki agresywny?” wypowiedziane raczej pogardliwym tonem to chyba najłagodniejsze, co zdarzyło mi się usłyszeć.

Pomijając ewidentny brak kultury, traktowanie psów, jakby zamiast do jednej rodziny należały do całego świata może się kiedyś źle skończyć - nie tylko dla człowieka. Przyjrzyjmy się obu stronom problemu.

Człowiek

1. Nie każdy ładny pies jest przyjaźnie nastawiony do obcych. Czworonogi z trudną przeszłością potrafią zachowywać się wzorowo, kiedy nikt ich nie zaczepia, ale widząc rękę uniesioną do głaskania mogą zaatakować, kierowane agresją lękową. Poza tym, trzeba pamiętać, że nie wszyscy psiarze to rozsądni, odpowiedzialni ludzie: zdarza się, że agresywny pies podczas spacerów biega bez smyczy i kagańca. Każdy, kto bez konsultacji z właścicielem zaczepia cudzego psa ryzykuje pogryzienie.

2. Dla psa dobry spacer często wiąże się z bieganiem po kałużach i błocie oraz tarzaniem się w trawie. Osoba, która przywołuje cudzego psa, radośnie hasającego po trawniku naraża swoje ubranie na bliskie spotkanie z brudnymi psimi łapami i zaślinionym pyskiem podczas wylewnego, często skocznego powitania.

3. Dzieci często kopiują zachowania dorosłych. Można się więc spodziewać, że widząc, jak bez obaw ich rodzice, wujkowie i ciocie podchodzą do nieznanych psów wkrótce zaczną zachowywać się tak samo. Nie każdy pies lubi i akceptuje dzieci. Poza tym, przedstawiciele dużych ras mogą przez przypadek na przykład przewrócić dziecko, chcąc się z nim przywitać. Biorąc pod uwagę prawie zupełny brak edukacji kynologicznej w placówkach oświatowych dorośli nie mogą pozwolić sobie na dawanie dzieciom złego przykładu w tak ważnej kwestii.

4. Zaczepianie czyjegoś psa - chociaż, niestety, najwyraźniej akceptowalne społecznie - jest w gruncie rzeczy niekulturalne. Przeprowadźmy eksperyment myślowy: w wyobraźni podmieńmy uroczego czworonoga na damską torebkę, spoczywającą na ramieniu zmierzającej przed siebie właścicielki. Czy widzieliście kiedyś aby ktoś - bez względu na to, jak bardzo zauroczony rzeczoną torebką - bez słowa podszedł do obcej kobiety, wyrwał jej przedmiot, obejrzał, pomacał, a następnie oddał i odszedł, jak gdyby nigdy nic? Właśnie. Ja również nie. Pies jednak nie jest po prostu rzeczą, dlatego proponowany eksperyment myślowy przeprowadzimy raz jeszcze, tym razem panią z torebką zamieniając na młodą matkę z maleńkim dzieckiem w wózku. Jestem pewna, że ktoś, kto bez słowa wyjąłby niemowlę ze spacerówki, by chwilę się z nim pobawić spotkałby się z uzasadnioną złością ze strony matki, a nawet - przedstawicielem władz.


Pies

Zachowanie, o którym tu mowa nie wpływa dobrze na psy, nawet te najbardziej sympatyczne i przyjazne, czego doskonałym przykładem jest T.

1. Próby przywołania psa lub zwrócenia na siebie jego uwagi mogą narazić go na niebezpieczeństwo, jeżeli zdecyduje się odpowiedzieć na wołanie. Opisana wyżej sytuacja z tramwajem jest najlepszym przykładem takiego nieodpowiedzialnego zachowania.

2. Niestety, mało który cywil zdaje sobie z tego sprawę, ale każdy kto zaczepia psa przykłada rękę do jego edukacji. Staram się uczyć T. ignorowania obcych i właściwego witania się z tymi, z którymi pozwalam się przywitać, ale niewiele to daje, skoro cała reszta świata pokazuje jej, że może każdego bezkarnie zaczepiać. 9 na 10 przypadków, w których T. podbiegnie do kogoś nie wiąże się z żadnymi nieprzyjemnościami. Trzeba jednak pamiętać o tym, że są osoby, które nie lubią psów lub się ich boją i widząc biegnącego w ich stronę dużego psa zdecydują się użyć np. gazu pieprzowego. Próby zaczepiania obcego czworonoga to z jednej strony niszczenie pracy, jaką właściciel wkłada w wychowanie psa, z drugiej narażanie na nieprzyjemności tych, którzy obawiają się tych zwierząt i nie chcą mieć z nimi do czynienia.


Pies to nie P. I. E. S. Chcesz pogłaskać - zapytaj!


Ps. Do wszystkich opiekunów psów lękliwych: swego czasu po anglosaskiej stronie Internetu krążyła infografika The Yellow Dog Project (możecie zobaczyć ją tutaj). Idea polega na tym, aby każdy pies, który potrzebuje więcej przestrzeni ze względu na agresję lękową, okres rehabilitacji, czy cieczkę miał przy obroży/ smyczy przypiętą żółtą wstążeczkę, aby swój problem z daleka zasygnalizować innym. W Polsce wprawdzie akcja się nie przyjęła, ale Monika Pikulik, trenerka współpracująca z psią szkołą Kamiga i właścicielka strachliwej Lary wpadła na świetny pomysł: zamówiła swojej suczce żółtą kamizelkę z napisem "I need space". Podobno uczestnikom jednej z kamigowych grup przedszkolnych pomysł tak się spodobał, że wszyscy sprawili swoim pupilom podobne kamizelki z napisem: "Nie przeszkadzaj, pracuję". Wprawdzie takie ubranko to tylko półśrodek, ale będąc opiekunem psiaka z dużym bagażem doświadczeń z pewnością warto go wypróbować.

Drugą część tekstu znajdziecie TUTAJ.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...