Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci; czego Jaś się nie nauczył tego Jan nie będzie umiał - przysłowia i ludowe mądrości dotyczące edukacji jasno dają nam do zrozumienia, że nauka w młodym wieku przynosi najlepsze efekty. Ta zasada równie dobrze, co w przypadku ludzi sprawdza się w kwestii szkolenia psów. Powszechny mit, mówiący o tym, że za wychowanie czworonoga należy zabrać się dopiero, kiedy ten skończy rok nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Naukę podstawowych komend oraz obowiązujących w codziennym życiu zasad trzeba zacząć natychmiast, gdy szczenię zawita do nowego domu, bowiem zaniedbania z tego ważnego, początkowego okresu potrafią się bardzo długo mścić.
T. to mój pierwszy pies, toteż na początku naszej wspólnej drogi popełniłam wiele podstawowych błędów, od których z pewnością zdołałby się ustrzec bardziej doświadczony przewodnik. W myśl zasady mówiącej, że uczyć należy się na błędach, najlepiej zaś na cudzych, postanowiłam podzielić się tutaj swoimi przemyśleniami, związanymi z tym, co powinnam była zrobić inaczej. Teraz, kiedy T. ma już prawie dwa lata jestem o wiele mądrzejsza - to trudny pies, który zafundował mi prawdziwą szkołę życia. Bez wątpienia, z każdym kolejnym czworonogiem będę popełniać błędy, nie ma bowiem na świecie idealnych trenerów i przewodników, jednak mam nadzieję graniczącą z pewnością, że będą to błędy… zupełnie nowe.
***
T., do mnie!
Chyba każdy opiekun psa myśliwskiego wie, jak trudno wypracować perfekcyjne przywołanie. Pies, który puści się w pogoń za zwierzyną lub zwęszy interesujący trop potrafi kompletnie ogłuchnąć, dlatego dobrze jest rozpocząć naukę przywołania możliwie jak najwcześniej. Każdy szczeniak, gdy jest jeszcze bardzo młody, przechodzi okres naturalnego podążania za przewodnikiem. Wtedy, aby przybiec na zawołanie nie potrzeba psu jakiejś szczególnej zachęty - wystarczy pochylić się, klasnąć w ręce, czy krzyknąć wesołym, wysokim głosem. To bardzo ważny okres, którego nie powinno się przegapić. Nie mogę powiedzieć, abym zupełnie przeoczyła ten istotny moment w życiu mojego psa, z pewnością jednak nie postarałam się, aby naprawdę silnie wzmocnić u T. podążanie za mną i przychodzenie na komendę. Moim błędem było nie używanie odpowiednio atrakcyjnych nagród, kiedy T. decydowała się do mnie przybiec - od początku powinnam była stosować w takich sytuacjach tuńczyka w puszcze, pasztet lub szynkę, zamiast dużo wygodniejszych, ale zdecydowanie mniej smacznych psich ciastek. Przez to, kiedy T. podrosła i stała się rozbrykaną nastolatką ciekawość świata i potrzeba eksploracji środowiska wygrały z tym, co miałam jej do zaoferowania. W ten sposób rozpoczęły się nasze problemy z przychodzeniem na komendę. Początkowo przywołanie działało nieźle w pozbawionych rozproszeń warunkach, ostatecznie jednak dobrnęłam do niechlubnego punktu, w którym T. całkowicie ignorowała tę komendę.
Problem udało mi się w sporym stopniu przepracować, jednak do tej pory zdarzają się w tej najważniejszej kwestii wzloty i upadki - obawiam się, że nigdy nie dojdziemy w tym względzie do poziomu posłuszeństwa, który satysfakcjonowałby mnie w pełni i pozwolił w 100% zaufać psu. Niemniej, na dzień dzisiejszy cieszę się w miarę akceptowalnym przywołaniem. Pomogły niesamowicie niewygodne spacery na długiej, 20-metrowej linie, dzięki której T. nie mogła zignorować komendy, ogrom entuzjazmu okazywanego psu po wykonaniu polecenia oraz naprawdę pyszne smakołyki. A także powtarzanie odpowiednich ćwiczeń tysiące razy - do tego założę się, że nim T. stanie się stateczną, dojrzałą damą całą sekwencję treningową zdążymy przewałkować razy milion.
Warto zaznaczyć, że wśród właścicieli wielu psów myśliwskich panuje przekonanie, iż przedstawicieli tych ras przywołania tak naprawdę nie da się nauczyć. W Internecie, na rozmaitych stronach i forach, można przeczytać, że jedynym sposobem, aby skutecznie takiego psa wyszkolić jest użycie obroży elektrycznej. To nieprawda. Aby pies chętnie wracał do właściciela na komendę trzeba po prostu odpowiednio wcześnie zacząć naukę, a do motywowania używać bardzo atrakcyjnych nagród.
Czekaj…!
Zarówno ciągnięcie, jak i chodzenie na luźnej smyczy to umiejętności, których psa trzeba (na własną zgubę lub dla swojej wygody) nauczyć - zwłaszcza, że psy naturalnie poruszają się szybciej niż ludzie. Szczenię wyrywające się w kierunku innego psa lub holujące właściciela w stronę ulubionego parku jest raczej urocze niż problematyczne, jednak takie samo zachowanie w przypadku dorosłego psa potrafi ze spaceru uczynić naprawdę wyczerpujące - zarówno fizycznie, jak i psychicznie - doświadczenie. Chodzenie na luźnej smyczy można ćwiczyć z bardzo młodym psem, nagradzając go i chwaląc, gdy znajduje się blisko człowieka oraz ucząc, że tylko spokojne zachowanie prowadzi do nagrody (w tym wypadku zabawy z innym psem lub biegania w parku). T. jako bardzo młody pies nie miała problemów z chodzeniem na luźnej smyczy, jednak dzięki życzliwości osób trzecich udało się jej do perfekcji opanować wchodzenie w tryb ciągnika. Oduczenie psa ciągnięcia na smyczy wymaga ogromu pracy i cierpliwości - zdecydowanie łatwiej jest po prostu nie dopuścić do opanowania takiego zachowania, dlatego przestrzegam przed używaniem na spacerach z młodymi psami smyczy automatycznych. W przypadku T. dało to po prostu tragiczne rezultaty.
Obecnie właściwie cały czas pracuję nad chodzeniem na luźnej smyczy. Chyba nie ma spaceru, na którym nie musiałabym T. przypomnieć, że galopowanie do przodu bez oglądania się na to, co dzieje się na drugim końcu smyczy za jej plecami nie popłaca. T. potrafi spokojnie maszerować obok mnie, gdy spacerujemy w nieznanym miejscu lub kiedy wie, że na końcu trasy nie czeka na nią nic wyjątkowo ekscytującego. Wciąż jednak zmienia się w lokomotywę, gdy idziemy na wybieg dla psów lub w inne jej ulubione miejsce spacerowe. Stąd też w naszym przypadku ważniejsza niż typowe ćwiczenia na utrzymanie luźnej smyczy jest praca nad kontrolowaniem emocji i słuchaniem przewodnika bez względu na poziom rozproszeń.
O tym, że w Polsce pies traktowany jest przez społeczeństwo niczym przedmiot użyteczności publicznej pisałam wielokrotnie. Ładnego psa każdy chce pogłaskać, a jeżeli na dodatek ów pies jest szczeniakiem powszechne zainteresowanie, jakie budzi wzrasta co najmniej dwukrotnie. Ludzie do psa cmokają, próbują go przywołać, głośno zachwycają się jego urodą, pozwalają na siebie skakać, gdy szczenię do nich podejdzie. Ze wstydem wyznaję, że nieświadoma potencjalnych konsekwencji początkowo pozwalałam T. na wszystkie tego typu interakcje tak długo, jak długo nie stanowiły dla niej bezpośredniego zagrożenia. To sprawiło, że teraz mam psa gotowego przywitać się z wielkim entuzjazmem z każdym napotkanym człowiekiem. Jednocześnie jednak dało mi psa niezwykle socjalnego, niesamowicie ufnego, którego bez problemu można wszędzie wprowadzić, a także zostawić pod opieką obcej osoby. Coś za coś.
Niestety, częściej na wierzch wychodzą wady niż zalety wypływające z początkowego etapu naszego miejskiego życia i nie raz życzyłam sobie mieć nieco mniej socjalnego psa, ale za to pozbawionego całego tego pełnego miłości bagażu. Spacer po mieście, podczas którego T. wyrywa się do każdej osoby, która na przykład lekko się do niej uśmiechnie potrafi być naprawdę męczący. W związku z tym, dużą wagę przykładam do możliwie najczęstszych ćwiczeń samokontroli i rezygnacji z witania się obcymi ludźmi, a smakołyki lub choćby sucha karma to nieodłączni towarzysze każdego spaceru. Mam nadzieję, że kiedyś zdołam przekonać T., iż praca ze mną jest znacznie bardziej interesująca niż witanie się z obcą osobą i warto ignorować tych wszystkich ludzi wokoło. Na razie jednak jasno widzę, że przed nami jeszcze długa droga.
Ok, przywitaj się!
O tym, że w Polsce pies traktowany jest przez społeczeństwo niczym przedmiot użyteczności publicznej pisałam wielokrotnie. Ładnego psa każdy chce pogłaskać, a jeżeli na dodatek ów pies jest szczeniakiem powszechne zainteresowanie, jakie budzi wzrasta co najmniej dwukrotnie. Ludzie do psa cmokają, próbują go przywołać, głośno zachwycają się jego urodą, pozwalają na siebie skakać, gdy szczenię do nich podejdzie. Ze wstydem wyznaję, że nieświadoma potencjalnych konsekwencji początkowo pozwalałam T. na wszystkie tego typu interakcje tak długo, jak długo nie stanowiły dla niej bezpośredniego zagrożenia. To sprawiło, że teraz mam psa gotowego przywitać się z wielkim entuzjazmem z każdym napotkanym człowiekiem. Jednocześnie jednak dało mi psa niezwykle socjalnego, niesamowicie ufnego, którego bez problemu można wszędzie wprowadzić, a także zostawić pod opieką obcej osoby. Coś za coś.
Niestety, częściej na wierzch wychodzą wady niż zalety wypływające z początkowego etapu naszego miejskiego życia i nie raz życzyłam sobie mieć nieco mniej socjalnego psa, ale za to pozbawionego całego tego pełnego miłości bagażu. Spacer po mieście, podczas którego T. wyrywa się do każdej osoby, która na przykład lekko się do niej uśmiechnie potrafi być naprawdę męczący. W związku z tym, dużą wagę przykładam do możliwie najczęstszych ćwiczeń samokontroli i rezygnacji z witania się obcymi ludźmi, a smakołyki lub choćby sucha karma to nieodłączni towarzysze każdego spaceru. Mam nadzieję, że kiedyś zdołam przekonać T., iż praca ze mną jest znacznie bardziej interesująca niż witanie się z obcą osobą i warto ignorować tych wszystkich ludzi wokoło. Na razie jednak jasno widzę, że przed nami jeszcze długa droga.
Ty zostajesz!
Wypracowywanie spokojnego pozostawania w domu pod nieobecność właścicieli to w przypadku T. jego wielkie nieporozumienie. Tymczasem to bardzo ważna umiejętność - jeżeli pies szybko ją opanuje pozwoli nam uniknąć z jednej strony problemów z niszczeniem domowych sprzętów, z drugiej skarg sąsiadów na wycie i szczekanie. T. na szczęście jest osobnikiem cichym z natury, więc kłopoty związane z psimi koncertami nigdy nas nie dotknęły, przypuszczam jednak, że P. do tej pory nie może odżałować straty swojej ulubionej, super profesjonalnej klawiatury.
Na czym dokładnie polegał mój błąd w tym przypadku? Po pierwsze, zdecydowanie zbyt dużo czasu spędzałam z T., kiedy była szczenięciem, przez co przyzwyczaiła się, że zawsze w domu jest ktoś, z kim może się bawić. Po drugie, nie zdecydowałam się od odpowiednio wczesne wprowadzenie klatki kennelowej. Niestety, bardzo długo musiałam przekonywać P., że kennel to nie więzienie, ale bezpieczny azyl. Dodatkowo, ogromna seterowa klatka mogła pojawić się w domu dopiero po przeprowadzce - o zmieszczeniu w niewielkiej kawalerce takiej kolubryny nie było mowy.
T., na szczęście!, nigdy nie wykazywała objawów lęku separacyjnego, a wszystkie zniszczenia, których dokonała będąc rozbrykaną nastolatką wynikały z nudy i braku umiejętności samotnego spędzania czasu. Stąd też w jej przypadku problem właściwie rozwiązał się sam wraz z dorastaniem. Po prostu pewnego dnia T. doszła do wniosku, że pod naszą nieobecność najlepiej będzie skupić się na spaniu. Mimo to, szczerze żałuję, że ruda nie była w przemyślany sposób klatkowana od samego początku - jestem pewna, że oszczędziłoby nam to sporo nerwów i cennych książek.
Bez wątpienia na początku naszej wspólnej życiowej drogi narobiłam sobie sporo problemów, które teraz powoli, z wysiłkiem odpracowuję. Z pewnością będę o wiele mądrzejsza, gdy w moim życiu przyjdzie pora na pojawienie się kolejnego szczeniaka, a tymczasem zachęcam Was do dzielenia się swoimi doświadczeniami i przemyśleniami związanymi z tematem. Czy Wy, wychowując Wasze psy popełniliście jakieś błędy, które teraz wychodzą Wam bokiem?
Na czym dokładnie polegał mój błąd w tym przypadku? Po pierwsze, zdecydowanie zbyt dużo czasu spędzałam z T., kiedy była szczenięciem, przez co przyzwyczaiła się, że zawsze w domu jest ktoś, z kim może się bawić. Po drugie, nie zdecydowałam się od odpowiednio wczesne wprowadzenie klatki kennelowej. Niestety, bardzo długo musiałam przekonywać P., że kennel to nie więzienie, ale bezpieczny azyl. Dodatkowo, ogromna seterowa klatka mogła pojawić się w domu dopiero po przeprowadzce - o zmieszczeniu w niewielkiej kawalerce takiej kolubryny nie było mowy.
T., na szczęście!, nigdy nie wykazywała objawów lęku separacyjnego, a wszystkie zniszczenia, których dokonała będąc rozbrykaną nastolatką wynikały z nudy i braku umiejętności samotnego spędzania czasu. Stąd też w jej przypadku problem właściwie rozwiązał się sam wraz z dorastaniem. Po prostu pewnego dnia T. doszła do wniosku, że pod naszą nieobecność najlepiej będzie skupić się na spaniu. Mimo to, szczerze żałuję, że ruda nie była w przemyślany sposób klatkowana od samego początku - jestem pewna, że oszczędziłoby nam to sporo nerwów i cennych książek.
***
Bez wątpienia na początku naszej wspólnej życiowej drogi narobiłam sobie sporo problemów, które teraz powoli, z wysiłkiem odpracowuję. Z pewnością będę o wiele mądrzejsza, gdy w moim życiu przyjdzie pora na pojawienie się kolejnego szczeniaka, a tymczasem zachęcam Was do dzielenia się swoimi doświadczeniami i przemyśleniami związanymi z tematem. Czy Wy, wychowując Wasze psy popełniliście jakieś błędy, które teraz wychodzą Wam bokiem?













