Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seter w mieście. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seter w mieście. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 lipca 2015

Spacer z psem w Warszawie. Czy to w ogóle możliwe?

Dla opiekuna, który ze swoim czworonogiem mieszka w wielkim mieście codzienne zapewnienie psu odpowiedniej dawki ruchu to prawdziwe wyzwanie. Szczególnie, jeżeli człowiek ów chce postępować zgodnie z obowiązującymi przepisami. W stolicy kwestie psich spacerów i możliwości zwolnienia czworonoga ze smyczy określa Regulamin utrzymania porządku i czystości na terenie miasta stołecznego Warszawy. Niestety, dokument jest dość nieprecyzyjny, co sprawia, że raz Straż Miejska lub Policja mogą przykręcić psiarzom śrubę, a innym razem odpuścić. Przez to spacery, gdy pies biega bez smyczy zamiast dawać przyjemność stają się dla właściciela zwierzęcia źródłem stresu i niepewności. W zmianę sytuacji prawnej właścicieli psów i ich ulubieńców zaangażowała się Marta - mieszkanka warszawskiej dzielnicy Wola oraz opiekunka psa rasy border collie. Marta nie tylko zgodziła się poświęcić swój czas na rozmowę ze mną, ale też wciągnęła mnie w walkę o lepsze jutro warszawskich psów.

***

D.: Jak to się stało, że zdecydowałaś się zacząć działać na rzecz zmiany przepisów określających możliwość (a częściej jej brak) zwolnienia psa ze smyczy w mieście?
M.: Jak zawsze zadziałał przypadek. W październiku 2014 roku zaadoptowałam psa rasy border collie ze schroniska w Środzie Wielkopolskiej po śmierci mojej suni Pilvi, również BC. Znam tę rasę bardzo dobrze: jest to już trzeci taki pies w moim życiu. Border collie to psy pracujące, które wymagają dużej ilości ruchu i pracy, a nie tylko wychodzenia na smyczy w celu załatwienia swoich potrzeb fizjologicznych. Wyprowadzam Emila na skwer Gorzechowskiego w dzielnica Wola. W jednym z wieżowców tuż obok mieszka pani, która notorycznie przegania psiarzy twierdząc, iż teren skweru jest prywatną własnością. Przeganianie słowne nie dało rezultatów, więc pani zaczęła wzywać Straż Miejską, informując, że psy biegają bez smyczy. Na jedno z wezwań Straż Miejska wysłała funkcjonariuszy, którzy zapowiedzieli, że będą „lepić” mandaty…

D.: Wiem, że na skwerze Gorzechowskiego wiele osób pozwala swoim psom biegać swobodnie, a wieczorami odbywają się tam spotkania okolicznych psiarzy, które do tej pory nikomu nie zawadzały. Mimo to zostałaś ukarana mandatem za to, że Twój pies biegał po tym terenie bez smyczy?
M.: Tak, chociaż to nieco bardziej złożona historia. Po zapowiedzi SM bardzo dokładnie zapoznałam się z treścią uchwały regulującej kwestie zwalniania psa ze smyczy w Warszawie. Wychodząc na spacer z Emilem zawsze zabierałam ze sobą wydruk, w którym podkreśliłam najważniejsze ustępy. 18 czerwca puściłam psa na skwerze ze smyczą i rzucałam mu gumową zabawkę. Emil jest zafiksowany na aportowanie i biegał za nią z przypiętą smyczą, którą wlókł za sobą po ziemi. Takie rozwiązanie mi przyszło mi do głowy po zapoznaniu się z przepisami, które mówią, że “Dopuszcza się zwolnienia psa ze smyczy jedynie w miejscach mało uczęszczanych przez ludzi [...] pod warunkiem zapewnienia przez właściciela lub opiekuna pełnej kontroli zachowania psa”. W dniu zdarzenia funkcjonariusze SM podeszli do mnie i od razu stwierdzili, że pies jest bez smyczy, po czym pouczyli mnie, iż moim obowiązkiem jest wyprowadzanie psa na smyczy, bez innej alternatywy. Wskazałam wtedy, że mój pies jest cały czas na smyczy (co jeszcze bardziej pozwala kontrolować psa).

D.: Nie udało Ci się jednak wywinąć tym wybiegiem?
M.: Nie. Aby nie wdawać się w zbędne dyskusje poprosiłam strażników, aby wskazali mi w zapisie uchwały który punkt konkretnie złamałam. Skwer Gorzechowskiego jest przestrzenią o dużej powierzchni z trawą i drzewami. W chwili zatrzymania nie było wokół nas żadnych przechodniów - mogłoby się wydawać, że to idealny moment na swobodny spacer!


D.: Co mieli na ten temat do powiedzenia funkcjonariusze Straży Miejskiej?
M.: Panowie stwierdzili po prostu, że mieli wezwanie, dotyczące psów biegających bez smyczy i muszą wystawić mandat. Pies mimo że jest puszczony ze smyczą nie może biegać po tym skwerze, bo na skwerach nie można spuszczać psów.
W trakcie zajścia gromadzili się wokół nas inni właściciele psów, którzy brali czynny udział w dyskusji. Na pytanie jednej z pań “Dlaczego na Polu Mokotowskim psy mogą biegać bez smyczy, a tu nie?”, strażnik odpowiedział, że tam są pola, a tu skwer, tam Mokotów, a tu Wola. Najwyraźniej interpretacja uchwały przez Straż Miejską zależy od dzielnicy.

D.: Czyli w zależności od tego, w której części Warszawy przebywam puszczając psa ze smyczy łamię prawo lub nie, chociaż obowiązujące przepisy teoretycznie są wszędzie takie same?
M.: Dokładnie. Oczywiście, oświadczyłam, że nie zgadzam się z tym stwierdzeniem. Więcej nawet, świadomie powiedziałam, że chcę iść z tą sprawą do sądu, by zwrócić uwagę na skalę problemu i wyjaśnić zapis uchwały, który w moim rozumieniu zabezpiecza w 100% tylko część obywateli, która nie posiada zwierząt, a psiarze są pozostawieni na łasce i niełasce Straży Miejskiej. SM została utworzona by służy, pomagać, rozumieć potrzeby mieszkańców tego pięknego miasta, a nie widzieć w każdym obywatelu potencjalnego mandatobiorcę. Przede wszystkim jednak istotne jest to, że właściwie nie mamy żadnej możliwości zapewnienia psom odpowiedniej dawki ruchu. Wtedy zaczęłam szukać w Internecie opisów innych zajść tego typu. W ten sposób trafiłam na Twojego bloga i opisy terenów spacerowych na Woli


D.: A potem, po wymianie kilku maili i telefonów wylądowałyśmy razem na spotkaniu z wiceprezydentem Warszawy, panem Michałem Olszewskim. Jak udało Ci się zainteresować tą, wydawałoby się, błahą sprawą, kogoś na takim ważnym stanowisku?
M.: Po prostu napisałam do pana Michała Olszewskiego pismo w celu omówienia krzywdzącego psiarzy zapisu w uchwale. Spotkanie odbyło się dnia 7 lipca. Razem przestawiłyśmy swój punkt widzenia, mając na uwadze poszanowanie praw zarówno osób niemających zwierząt, jak i posiadaczy psów. Można podsumować je w dwóch punktach:
1. Sformułowanie „miejsce mało uczęszczane” daje niezwykle szerokie pole do interpretacji. Co to znaczy “miejsce mało uczęszczane przez ludzi”? 3 osoby dziennie, 10, 100? O której godzinie? A jak rano jest pusto, a wieczorem tłoczno? A w zimie czy w czasie deszczu?
2. Czym właściwie jest kontrola? Smycz, komenda słowna? Pies nieodwoływalny zwolniony ze smyczy z pewnością nie znajduje się pod kontrolą właściciela, ale pies odpowiednio ułożony, karny nie potrzebuje smyczy.

D.: Krótko mówiąc, uchwała jest tak nieprecyzyjna i pozostawia tak szerokie pole do interpretacji funkcjonariuszom Straży Miejskiej, że aby nie narażać się na kary pieniężne należałoby nigdy nie pozwalać psu na swobodne bieganie bez smyczy. A to, nie ma co się oszukiwać, ogromny problem dla przedstawicieli ras z dużą potrzebą ruchu.
M.: Właśnie. Na szczęście, pan prezydent był bardzo otwarty na nasze argumenty. Zdaniem pana Olszewskiego oraz towarzyszących mu osób z BOŚ-u zapis w uchwale ewidentnie pozwala w sytuacjach niezagrażających otoczeniu ani ludziom spuścić psa pod pełną kontrolą właściciela ze smyczy na „otwartej przestrzeni”. Ustalono także, iż będą przeprowadzane szkolenia w Straży Miejskiej, aby funkcjonariusze właściwie oceniali skalę zagrożenia i mandaty wypisywali wtedy, kiedy pies bez smyczy rzeczywiście stwarza niebezpieczeństwo. Mamy również przesłać propozycję tego, jak według nas powinien wyglądać zapis w uchwale na ręce pani Grażyny Sienkiewicz z BOŚ.


D.: Szkoda, że ewentualnych zmian w uchwale można spodziewać się nie wcześniej niż w 2016 roku.
M.: Niestety, rada miasta wcześniej nie będzie obradować w tej sprawie. To wcale nie oznacza, że nie mamy nic do zrobienia w kwestii swobodnych spacerów! Obecnie zasięgam u wielu prawników opinii na temat nieprecyzyjnego zapisu uchwały w celu przedstawienia ich panu prezydentowi.

D.: Miejmy nadzieję, że dzięki temu rok 2016 będzie rokiem zmian na lepsze. Dziękuję Ci za rozmowę!


***

W stolicy obowiązki właścicieli psów tak względem czworonogów, jak i innych mieszkańców miasta reguluje Uchwała Rady m.st. Warszawy z dnia 17 stycznia 2013 r. w sprawie uchwalenia Regulaminu utrzymania czystości i porządku na terenie m. st. Warszawy. Niestety, brak precyzji w przepisach sprawia, że opiekunowie psów tak naprawdę nie wiedzą, kiedy mogą zgodnie z prawem zwolnić je ze smyczy, a kiedy nie. To w połączeniu z niedostateczną liczbą wybiegów dla psów sprawia, że trudno jest zapewnić czworonogowi odpowiednią dawkę ruchu. Czy w związku z tym Waszym zdaniem Regulamin utrzymania czystości i porządku powinien ulec zmianie? Jeżeli tak, jak dokładnie powinny brzmieć kontrowersyjne zapisy? Jak wygląda możliwość legalnego zwolnienia psa ze smyczy w Waszych miastach?


photo credit: prywatne archiwum Marty

piątek, 24 kwietnia 2015

Czasami mam ochotę się zbuntować

Właściciele psów nie należą do grup, cieszących się poważaniem i sympatią w społeczeństwie, dlatego zgodnie z Demokrytejską maksymą Słowo jest cieniem czynu staram się swoim postępowaniem dbać o dobry PR zwierzolubnej społeczności. Na każdy spacer wychodzę ze świadomością tego, że w moim ręku spoczywa nie tylko smycz, lecz również przyszłość - moja i każdego mieszkającego w kraju nad Wisłą psiego przewodnika.

Brzmi dumnie? Możliwe. W rzeczywistości jednak taka postawa - chociaż niesie ze sobą nieśmiałe poczucie dobrze spełnionego, obywatelskiego obowiązku - bardziej przeszkadza niż pomaga w codziennym życiu z psem. Bo bycie odpowiedzialnym, niestety, nie popłaca.

Co oznacza odpowiedzialność w ujętym w ten sposób, społecznym kontekście? Dla mnie to przede wszystkim szacunek dla wspólnej przestrzeni oraz wszystkich jej, także tych niezapsionych, użytkowników. W praktyce ten górnolotny frazes sprowadza się ostatecznie sprowadza się do kilku prostych gestów: sprzątania pozostawianych przez pupila śladów przemiany materii oraz przestrzegania przepisów i ogólnie przyjętych zasad funkcjonowania w mieście. Proste?

Nie do końca. Wszak już punkt pierwszy powyższej krótkiej listy nastręcza niemałych problemów.

Wydawać by się mogło, że zebranie z trawnika psiej kupy do żadna filozofia. Kupa do worka, zawiązany worek do kosza - nawet małe dziecko poradzi sobie z tą prostą czynnością, a dorosły, poważny, wyedukowany człowiek powinien wręcz czuć się urażony tym, że ktokolwiek chce mu o tym przypominać, czy wydawać dotyczące rzeczonego rytuału instrukcje w postaci kampanii społecznych. Wszak to, że po psie posprzątać należy to oczywista oczywistość. Ja, chcą tego obowiązku dopełnić, na spacer zabieram nie tylko specjalne worki, lecz również komórkę z latarką, aby gdy potrzeba przyciśnie sukę w ciemnościach móc pozostawioną przez nią pamiątkę wypatrzeć. Taka jestem pełna dobrej woli. Taką mam w sobie wielką chęć dbania o czystość miasta.

Szkoda, że ani władze miasta, ani pozostali jego mieszkańcy tej woli i chęci nie podzielają.

Bo jak inaczej rozumieć to, że w centrum europejskiej stolicy specjalnych koszy na psie odchody nie ma prawie wcale, a aby mój woreczek z psią pamiątką trafił do zwykłego kosza muszę przejść co najmniej dwie przecznice? Jak inaczej rozumieć to, że spółdzielnie mieszkaniowe z lubością grodzą wszystkie, najmniejsze nawet trawniki, trwając w przekonaniu, że psy brudzą, a jednocześnie nie zauważają resztek nadpsutej żywności wylatującej przez kuchenne okna? Jak inaczej rozumieć to, że przechodzący obok dżentelmen w ramach dbania o czystość naszej wspólnej przestrzeni uważa za stosowne skląć mnie bo “na pewno nie posprzątam po psie”, wyrzucając przy tym niedopałek na trawnik?

Wszystko to sprawia, że czasami mam ochotę się zbuntować. Po chwili jednak przypominam sobie, że tylko pokojowa walka z systemem może przynieść pożądane efekty. Bo prawdziwy psiarz powinien być jak Gandhi.

piątek, 13 marca 2015

Restauracja Barn Burger

Jedną z moich kulinarnych słabości są burgery w amerykańskim stylu, nic więc dziwnego, że to właśnie serwujące je restauracje odwiedzamy najczęściej. Przy okazji tworzymy nasz prywatny ranking najlepszych warszawskich burgerowni - takich, w których ludziom podaje się świetnie przyrządzoną wołowinę w chrupiącej bułce, a towarzyszącym im psom miskę z wodą. Ostatnio, rzecz jasna razem z T., odwiedziliśmy restaurację Barn Burger.

Na burgerowej mapie Warszawy Barn Burger to miejsce kultowe, więc nie mogło zabraknąć tam naszej trójki. Restauracja mieści się w samym centrum miasta, przy ulicy Złotej, niedaleko Pałacu Kultury i Nauki. Z tego powodu - a także ze względu na zasłużoną dobrą sławę, jaką cieszy się lokal - wiecznie panuje tam spory tłok. To oraz fakt, że Barn dysponuje bardzo niewielkim wnętrzem sprawia, iż skonsumowanie burgera w towarzystwie sporych rozmiarów psa może okazać się nieco problematyczne. Stąd też czworonogi, które nadmiernie ekscytują się obecnością ludzi lub obawiają się tłumów i ciasnych przestrzeni powinny raczej zostać w domu - przemykanie się razem z nimi pomiędzy gęsto ustawionymi stolikami raczej nie będzie należało do przyjemnych doświadczeń.

T., mimo że od szczeniaka jest przyzwyczajana do bywania w rozmaitych stołecznych (i nie tylko) lokalach, miała pewne problemy z wyciszeniem się na miejscu. Wprawdzie obsługa oraz pozostali klienci zachowywali się bardzo poprawnie, więc nikt nie próbował do niej cmokać lub jej przywoływać, jednak tłok w połączeniu z naprawdę niewielkim skrawkiem podłogi, na którym mogła się położyć zrobiły swoje. Pies długo kręcił się i nie mógł znaleźć sobie miejsca, szczególnie, że siedzieliśmy nie przy stoliku, a przy barze, co pewnie dodatkowo utrudniało mu sprawę. Poza tym jednak burgerownia jest przygotowana na przyjęcie czworonożnych gości - na psich klientów czeka miska na wodę, którą do woli mogą rozlewać na podłodze, kiedy ludzie delektują się wołowiną w bułce.
W ciasnym wnętrzu robienie zdjęć jest dość trudne, jednak udało się nam uwiecznić rytuał ryjczenia.

A - zaprawdę, powiadam Wam! - jest czym się delektować. Barn Burger posiada dość rozbudowane menu, w którym jest miejsce zarówno na szereg stałych pozycji, jak i na pojawiające się raz na jakiś czas burgery z edycji limitowanych. We wszystkich znajdziemy przepyszną, świetnie doprawioną wołowinę Charolais i przeróżne, smakowite dodatki - od klasycznego bekonu, przez guacamole, po panierowany camembert. Rzecz jasna, podobnie, jak we wszystkich innych podobnych knajpach, do burgera dodawane są surówka Colesław i frytki, będące standardowym uzupełnieniem tego typu dań.

Warto dodać, że na posiadaczy żołądków bez dna, którzy cenią sobie ekscytującą, a przy tym (niekoniecznie) zdrową rywalizację Barn Burger przygotował dodatkową atrakcję - Pasiburzcha. To cykliczny konkurs, polegający na jedzeniu burgera na czas. Brzmi banalnie? Nie dajcie się zwieść pozorom, bo burger to nie byle jaki, a słynny ByPass, zwany Rozjemcą Tasiemca, który zawiera… między innymi prawie pół kilo wołowego mięsa! Dokładne zasady konkursu oraz czasy biorących w nim udział pasiburzchów znajdziecie tutaj. Aktualnie trwa dziewiąta już edycja, która zakończy się w niedzielę 15 marca - na dołączenie do rywalizacji i napchanie żołądków macie więc jeszcze cały weekend. Nie wiem, jakim cudem rekordzistom udało się zejść poniżej dwóch minut, a tym, którzy chcieliby wziąć udział w zabawie polecam strategiczną, co najmniej jednodniową głodówkę przed podjęciem wyzwania, bo P. ledwie dał radę ByPassowi. Na koniec - jeżeli jeszcze się zmieści - można poprawić colą lub piwem. Polecam szczególnie tę drugą opcję, bo w Barnie czeka na gości całkiem spory wybór niezbyt znanych trunków z małych browarów. Warto skorzystać z okazji i spróbować czegoś nowego.
Jak widać, ByPass jest mniej więcej wielkości butelki piwa.

Z czystym sumieniem mogę polecić Barn Burger wszystkim zapsionym mięsożercom - wegetarianie, niestety, nie mają tam czego szukać. Jeżeli zdecydujecie się na wizytę w lokalu w towarzystwie małego psa, z pewnością czeka Was wspaniała uczta. Odwiedzenie Barna z dużym czworonogiem może okazać się nieco skomplikowane, ze względu na niewielkie wnętrze i tłok, jednak również jest do zrobienia - w końcu T. do mikropsów nie należy, a dała radę. I było pysznie!


Zalety i wady:

+ pyszne jedzenie;
+ normalne ceny;
+ konkurs Pasibrzuch;
+ miska na wodę dla czworonożnych gości;
+ spory wybór mało znanych piw;

- bardzo małe wnętrze;
- tłok, który może utrudnić wizytę z psem.


Podstawowe informacje:

Nazwa lokalu: Barn Burger
Adres: Złota 9, 00-019, Warszawa
Strona internetowa: barnburger.pl


Photo credit: logo Barn Burger

piątek, 21 listopada 2014

Psiodpowiedzialność

Bez wątpienia dużo piszę o nieodpowiedzialnych zachowaniach osób, które nieproszone wyciągają ręce do głaskania cudzych psów, siebie narażając na niebezpieczeństwo, zwierzaka na dyskomfort, a właściciela - na nieprzyjemności. Można było wręcz odnieść wrażenie, że psiarze na każdym kroku zmuszeni są mierzyć się z przeciwnościami losu, a każdy, kto mieszka w dużym mieście i decyduje się kupić lub adoptować psa powinien automatycznie dostawać certyfikat męczennika. Tymczasem psiarze wcale nie są święci - przeciwnie, niejeden z nas ma sporo grzeszków na sumieniu. Nie tak dawno pisałam również o tym, że poza apelowaniem do cywili o rozsądek i kulturę warto spojrzeć krytycznie na swoje postępowanie, bo przecież zmiany na lepsze najlepiej jest zacząć od siebie. Wcześniej jednak koncentrowałam się przede wszystkim na relacjach i tarciach, które występują na linii cywil-psi przewodnik. Tym razem natomiast chciałabym skreślić kilka słów dotyczących relacji psiarz-psiarz.

To gdzie zaczyna się i gdzie kończy odpowiedzialność za swojego czworonoga względem pozbawionych czworonożnych towarzyszy członków społeczeństwa wydaje mi się oczywiste. Podstawami budowania dobrego wizerunku grupy społecznej, jaką stanowią właściciele psów oraz poprawnych relacji z innymi mieszkańcami miasta są dbanie o czystość przestrzeni publicznej oraz komfort jej pozostałych użytkowników. Z zaskoczeniem zauważyłam, że ów “podział obowiązków” nie jest równie jasny, kiedy na przeciw siebie staje dwóch ludzi z psami.
Czasem łatwiej jest porozumieć się z cywilami niż z właścicielami innych psów.

Nie wszystkie psy są idealne, to oczywiste. Często jednak właściciele nie do końca zdają sobie sprawę z problemów behawioralnych, jakie mają ich zwierzaki. Bywa też, że widzą je w życiu codziennym z pupilem, ale nie potrafią się do nich przed sobą przyznać, a ewentualne niewłaściwe zachowania psa zrzucają na karb prowokacji ze strony otoczenia. Zwykle kiedy na spacerach mam kontakt z takimi osobami nie do końca wiem, jak się zachować. Zakładam bowiem (może niesłusznie?), że osoba będąca przewodnikiem problemowego psa i tego świadoma stara się ze zwierzakiem pracować - czy to samodzielnie, czy współpracując ze specjalistą. Jednocześnie wyobrażam sobie, że podczas spaceru ostrzega napotkanych właścicieli innych psów przed możliwymi krytycznymi sytuacjami, jakie mogą mieć miejsce w związku z np. jej agresywnym psem. Krótko mówiąc, uważam, że osoba odpowiedzialna będzie starała się unikać sytuacji potencjalnie kłopotliwych lub niebezpiecznych. Liczę na to, że na przykład podczas mijania kogoś z psem w trakcie spaceru przytrzyma swojego pupila krótko, by uniemożliwić mu rzucenie się na innego czworonoga. Jeżeli natomiast będzie chciała użyć innego psiarza i jego czworonoga w celach szkoleniowych poinformuje o tym.

Jednocześnie ktoś kto uważa swojego psa za zbiór cnót i zalet, którego świat po prostu nie jest w stanie dostrzec, a tym samym dostatecznie docenić może być zwyczajnie niebezpieczny. Zapewne każdy z Was ma kogoś takiego w swoim miejscu zamieszkania: sympatycznego starszego pana z agresywnym kundelkiem czy wyjątkowo dobrze umięśnionego młodzieńca, spacerującego z kompletnie niewychowanym pitbullem. Historie o nich są przekazywane w trakcie rozmów, odbywających się podczas spotkań osiedlowych psiarzy. Wtedy przynajmniej wiadomo, kogo omijać szerokim łukiem. Gorzej, gdy na spacerze spotka nas niespodzianka.
Spacery w miejsca, gdzie raczej nie uświadczy się innych ludzi z psami też mogą być fajne.

Nie tak dawno temu podczas jednego ze spacerów miałam (nie)przyjemność minąć się w wąskim przejściu między budynkiem a parkingiem z dwójką ludzi z psami, w wieku, że tak powiem, mocno średnim. Ona wyprowadzała na spacer raczej cichego kundelka, on natomiast - beagle’a. Oczywiście, na smyczy automatycznej. Oczywiście, nieprzyjaźnie nastawionego do innych czworonogów. Pies zaczął ujadać i wyrywać się w moją i T. stronę, gdy tylko nas zobaczył. Jego właściciel najwyraźniej był przyzwyczajony do takich sytuacji, bo poinformował mnie spokojnie, że mogę przejść po trawniku (chodnik, ma się rozumieć, zarezerwowany jest dla agresora i jego psiego kumpla), jeżeli tylko będę swojego psa trzymać krótko. T., która obawia się głośno ujadających psów wcale nie musiała być jakoś szczególnie zachęcana do ominięcia całej czwórki szerokim łukiem. Wiedząc, że mój pies z pewnością nie wda się w żadną awanturę pozwoliłam sobie na słowo komentarza. “Wie pan, to chyba nie mój pies powinien być trzymany krótko w takiej sytuacji”, ośmieliłam się powiedzieć. W odpowiedzi zostałam zwyzywana od (tu cytat) głupich suk. Z zasady nie wydaję się w takich sytuacjach w długie dyskusje, aby dodatkowo nie stresować T., więc nie odpowiedziałam na wyzwiska, tylko ruszyłam w swoją stronę. Najwyraźniej jednak moje zachowanie okazało się być dla wspomnianej pary wyjątkowo zajmującym tematem, bo echa ich krzyków jeszcze długo niosły się pomiędzy blokami.

To się nazywa psiodpowiedzialność.


piątek, 24 października 2014

Paradoks miasta, cz. 3. Co można zmienić?

Jak mogliście się przekonać podczas lektury dwóch poprzednich wpisów (część o skwerach zajdziecie tutaj, a część o parkach tu) warszawska Wola - chociaż niezwykle zielona, jak na dzielnicę znajdującą się w centrum dużego miasta - to miejsce niezbyt przyjazne dla właścicieli psów. Wprawdzie regulaminy korzystania ze skwerów i parków w większości przypadków nie wykluczają osób, spacerujących w towarzystwie czworonogów, na pewno jednak nie ułatwiają im korzystania z miejskiej zieleni. Zastanówmy się, co można by w tej sprawie zrobić.

Osobiście uważam, że kwestia obecności psów w przestrzeni publicznej oraz ich prawa do korzystania z miejskiej zieleni to sprawa nie tylko właścicieli czworonogów, lecz również urzędników, a także wszystkich innych mieszkańców stolicy, wśród których szczególne miejsce zajmują rodzice z dziećmi. Jednocześnie wyznaję zasadę, że nim zacznie się wymagać od innych, trzeba najpierw wymagać od siebie, a - niestety! - zachowanie wielu psiarzy pozostawia sporo do życzenia. Dlatego, nim więc wyjawię swoje zastrzeżenia względem zachowania urzędników i warszawiaków, trochę ponarzekam na nas samych - właścicieli psów.

***

Bez wątpienia psy oraz ich właściciele są coraz częściej pozbawiani prawa do korzystania z miejskiej zieleni. Czasem na trawniku z dnia na dzień pojawia się tabliczka o zakazie wyprowadzania psów, innym razem miasto decyduje się wybudować niewielki, ogrodzony wybieg, mając nadzieję, że zastąpi on możliwość wejścia z psem na teren ogromnego parku. Co możemy zrobić, aby zapobiec takim sytuacjom? Przykro mi to pisać, sądzę jednak, że powinniśmy zacząć od pokazania innym, że potrafimy szanować wspólną przestrzeń oraz jej użytkowników, a dopiero potem rozpocząć zdecydowaną walkę o swoje prawa.
  • Pamiętajmy o tym, aby zawsze, bez względu na to, jaki jest stan trawnika, sprzątać pozostawione przez naszych pupili nieczystości. Woreczki na odchody trzeba zabierać ze sobą na każdy, nawet pięciominutowy, spacer.
  • Nie pozwalajmy, aby nasze psy wchodziły na tereny ogrodzonych placów zabaw dla dzieci, czy do piaskownic.
  • Poświęćmy czas na szkolenie naszych psów, tak, abyśmy mogli mieć pewność, że mimo iż są spuszczone ze smyczy mamy nad nimi kontrolę. Aby trenować z psem komendy wcale nie trzeba zapisywać się z nim na kosztowne szkolenie - podstaw posłuszeństwa każdy może z powodzeniem nauczyć swojego pupila samodzielnie.
  • Odważmy się krytycznie spojrzeć na nasze czworonogi, dostrzegajmy nie tylko ich liczne zalety, ale również problemy. Wiem, że uświadomienie sobie, iż ukochany pupil jest agresywny, czy kompletnie nie reaguje na przywołanie nie jest miłe, ale właśnie od tego zaczyna się praca z psem.
  • Jesteśmy odpowiedzialni za nasze psy i ich zachowanie. Oczywiście, staramy się, aby to ostatnie było idealne, ale nawet najwspanialszym psim studentom zdarzają się wpadki. Jeżeli pies do kogoś podbiegnie i nie można go odwołać podejdźmy, weźmy go na smycz i zabierzmy kawałek dalej. Przed odejściem obowiązkowo przeprośmy. Dla kogoś kto boi się psów standardowe “ale on nic nie zrobi” to puste słowa.
  • Walczmy o swoje, nie pozwalajmy zepchnąć się na społeczny margines. Bierzmy udział w konsultacjach społecznych, dotyczących rewitalizowanych obiektów zielonych w mieście. Zwracajmy uwagę właścicielom, którzy źle traktują swoje psy, nie sprzątają po nich i ogólnie rzecz ujmując, robią złą prasę całej psiarskiej społeczności. Nie bójmy się również zwracać uwagę niezapsionym, którzy nieodpowiedzialnie zachowują się wobec naszych psów (o tym zjawisku więcej możecie przeczytać tutaj i tu).

***

W największej mierze odpowiedzialni za ograniczające właścicieli psów regulacje i zakazy są urzędnicy: przedstawiciele Rad Dzielnic, administratorzy terenów zielonych, osiedli, a nawet budynków. Niestety, mam wrażenie, że wielu z nich w swojej pracy kwestie psów traktuje po macoszemu, zupełnie się nad nimi nie zastanawiając, a regulaminy korzystania z parków i skwerów tworzone są na zasadzie “kopiuj-wklej”, bez uwzględnienia specyfiki danego miejsca.
  • Warszawa to miasto, w którym jest wyjątkowo dużo psów - aby się o tym przekonać, wystarczy rozejrzeć się wokoło. Warto przypomnieć sobie, że za każdym psem stoi człowiek (a czasem kilkoro ludzi!), a zatem potencjalny wyborca i pełnoprawny obywatel miasta, który również chciałby móc korzystać ze wszystkich jego uroków.
  • Decydując się na budowę wybiegów dla psów pamiętajcie, proszę, że to obiekty, z których nie każdy czworonóg może skorzystać, dlatego budowa wybiegu w zamian za zamknięcie wstępu do parku to nie do końca dobry pomysł. Wprowadzenie w grupę innych psów znajdującą się na zamkniętym terenie osobnika lękliwego, bądź agresywnego to naprawdę zły pomysł, a przecież takie zwierzaki również muszą wychodzić z domu.
  • Kiedy następnym razem będziecie planowali rewitalizację jakiegoś parku, czy skweru, przyjrzyjcie się temu, jak takie obiekty wyglądają w Wielkiej Brytanii. W londyńskich parkach jest miejsce dla wszystkich miłośników miejskiej zieleni, także dla osób z psami. Czworonogi mogą tam biegać swobodnie, jednak w na terenie parków znajdują się specjalne miejsca, w których powinny być prowadzone na smyczach, a także takie, gdzie w ogóle nie mają wstępu. Warto podkreślić, że trawniki ogólnodostępne i bezsmyczowe przeważają pod względem powierzchni. Więcej o Royal Parks i psach można przeczytać tutaj.
  • Starajcie się, aby wprowadzane przez Was przepisy nie dzieliły obywateli na grupy, które powinny trzymać się od siebie z daleka (przykładowo, psiarze vs. rodzice z dziećmi). Spróbujcie zaufać członkom lokalnych społeczności i zamiast wprowadzać podziały w regulaminach stawiajcie na wzajemny szacunek dla innych użytkowników publicznej przestrzeni i wspólne dbanie o cenny, zielony teren.
  • Nim zasiądziecie do układania regulaminu korzystania z danego obiektu, spróbujcie poznać jego specyfikę i dowiedzieć się od okolicznych mieszkańców, jak dotychczas wyglądało funkcjonowanie tego terenu. Nakładanie na ogromny skwer zakazu spuszczania psów ze smyczy tylko dlatego, że na dalekim krańcu trawnika powstał ogrodzony plac zabaw lub siłownia na świeżym powietrzu jest po prostu krzywdzące.
  • Pisząc regulaminy, bierzcie pod uwagę pory roku. Zwróćcie uwagę na to, że właściciele psów to jedni z niewielu mieszkańców miasta, którzy z terenów zielonych korzystają nie tylko w czasie letnich upałów, ale o każdej porze roku, często w “oryginalnych” godzinach. Park, który jest mocno uczęszczany latem, w czasie mrozów może świecić pustkami, może więc warto w okresie jesienno-zimowym udostępnić go ludziom z psami?
  • Pamiętajcie, że psy nie kradną sadzonek kwiatów, nie łamią ławek i nie zostawiają na trawnikach rozbitych szklanych butelek. Zrzucanie odpowiedzialności za zniszczenie danego obiektu na czworonogi jest nieco absurdalne.
***

Na koniec, krótki apel do rodziców z dziećmi. Wiem, że jedyne, czego pragniecie to szczęście oraz bezpieczeństwo swoich pociech. Szanuję to i zapewniam, że Wasze dzieci będą bezpieczniejsze, a także lepiej przygotowane na spotkanie z psem, jeżeli wpoicie im oraz pokażecie świecąc przykładem, że kontakt z obcym czworonogiem następuje dopiero po tym, jak jego właściciel wyrazi na to zgodę. Kiedy odmawia, należy tę decyzję uszanować, bo z pewnością ma ku temu powody.

Nie straszcie, proszę, swoich dzieci psami, mówiąc im, że z pewnością zostaną pogryzione. Podkreślajcie za to, że pies to nie zabawka, ale czująca i myśląca istota, a w kontakcie z nią obowiązują szacunek i delikatność. Psa nie można ciągnąć za ogon, czy uszy lub rzucać w niego dla zabawy patykami. Jeżeli na to pozwalacie to, przykro mi to mówić, ale rzeczywiście narażacie swoje dzieci na niebezpieczeństwo ugryzienia. Jeżeli zaś załapaliście się za głowę to wiedzcie, że nie wymyśliłam podanych tu za przykład sytuacji - wszystko jest z życia wzięte.

photo credit: gagilas via photopin cc
photo credit: Douglas Brown via photopin cc

piątek, 17 października 2014

Paradoks miasta, cz. 2. Parki Woli

Nadszedł czas na drugą (pierwszą znajdziecie tutaj), bardziej rozbudowaną, bo dotyczącą parków część zestawienia, opisującego tereny zielone warszawskiej dzielnicy Wola. Na Woli znajduje się 6 parków oraz XIX-wieczny Ogród Ulricha, co daje w sumie 7 obiektów, z których większość w zasadzie stłoczona jest w jednym miejscu. Ich lokalizacje można odnaleźć na mapie inwestycyjnej dzielnicy Wola.

Parki

Pies spaceruje wyłącznie na smyczy

Osobom przebywającym na terenie skweru zabrania się w szczególności:
[...]
4. Prowadzenia psów bez zachowania zwykłych lub nakazanych środków ostrożności. Psy powinny być wyprowadzane na smyczy, a zwierzęta agresywne lub mogące stanowić zagrożenie dla otoczenia, również w kagańcach i pod opieką osób dorosłych, które zapewnią sprawowanie nad nimi kontroli.
Lasek na Kole to ogromny zielony teren - ma aż 44 hektary. Mieści się pomiędzy alejami Obrońców Grodna i Prymasa Tysiąclecia. Nie ma w nim żadnych dodatkowych atrakcji - tylko spokój, cisza i leśne ścieżki, wzdłuż których rozmieszczono niezbyt gęsto ławki oraz kosze na śmieci. Teoretycznie na terenie leśnym psy powinny poruszać się wyłącznie na smyczy, zauważyłam jednak, że mało kto tego przepisu przestrzega. Przeciwnie, większość opiekunów puszcza wolno swoich pupili natychmiast po przekroczeniu granicy lasu. O zasadności takiego zachowania można by długo dyskutować, muszę jednak przyznać, że nie do końca mnie ono dziwi. Do Lasku na Kole nie przychodzą raczej matki małymi dziećmi, nie ma w nim bowiem żadnego placu zabaw, a monotonny spacer po ubitej ścieżce dla mało którego dziecka będzie atrakcją. Z tego powodu obiekt ów wydaje się świetnym miejscem na wybieganie psa. Trzeba natomiast mieć się na baczności, gdyż przez sam środek terenu biegną jak najbardziej używane tory kolejowe - stali bywalcy przyzwyczaili się już do swobodnego przekraczania ich w niedozwolonych miejscach, osobiście jednak nie polecam takich partyzanckich metod. Lepiej trzymać się ścieżek.

Park im. księcia Janusza niewielki teren zielony, który w zasadzie bezpośrednio sąsiaduje ze wspomnianym wcześniej Laskiem na Kole. Znajdują się w nim piaskownica, wyjątkowo rozbudowany plac zabaw i sporo ławek, które zwykle okupują matki z wózkami, osoby starsze, a także lokalni miłośnicy piwa pod chmurką. O popularności parku doskonale, acz negatywnie świadczy liczba petów i kapsli od butelek porozrzucanych na ziemi w okolicy ławek, szczególnie tych bliżej Obozowej. Na szczęście, część parku oddalona od ulicy, a przylegająca do Lasku na Kole jest znacznie czystsza, a także mniej zagospodarowana. Ławki znajdują się w większym oddaniu od siebie, alejki są wąskie i niewybetonowane, a trawniki rozległe i w miarę równe. Taka okolica zdecydowanie sprzyja treningom. 

Park Moczydło, znany również, jako Górka Moczydłowska, znajduje się pomiędzy ulicami Górczewską, Prymasa Tysiąclecia, Czorsztyńską i Deotymy. To aż 20 hektarów zieleni, które zagospodarowano w różnorodny sposób: w parku mieszczą się plac zabaw dla dzieci, siłownia na świeżym powietrzu, stawy rybne oraz rozległe trawniki. To bardzo różnorodne miejsce, w którym każdy znajdzie dla siebie ciekawy sposób spędzania wolnego czasu - oczywiście, poza psami, te bowiem mogą przebywać na terenie parku jedynie na smyczy (a egzemplarze agresywne również w kagańcu). Czy słusznie? To kwestia dyskusyjna. W przypadku czworonogów nie do końca zdyscyplinowanych, obdarzonych silnym instynktem myśliwskim zwolnienie ze smyczy w pobliżu zbiorników wodnych to rzeczywiście kiepski pomysł - w okolicy stawów jest mnóstwo kaczek i mew, ich brzegi zaś często i gęsto obsiadają wędkarze. Pies w łowieckim amoku mógłby, łagodnie rzecz ujmując, napsuć ludziom nieco krwi, a ptaki mocno zestresować. Uważam jednak, że nic nie powinno stać na przeszkodzie przed spuszczeniem psa ze smyczy na którymś z rozległych trawników, położonych bliżej obrzeży parku od strony ulicy Deotymy lub na samej Górce Moczydłowskiej. Od części ze stawami są one oddzielone wysokim żywopłotem oraz drzewami, tak, że zajęty zabawą pies nawet nie zauważy, iż gdzieś dalej mógłby spotkać ptactwo, na które można zapolować. Warto zaznaczyć, że tamtejsi psiarze doskonale zdają sobie z tego sprawę i w pobliżu wody istotnie prowadzą swoich pupili na smyczach.

Park im. generała Józefa Sowińskiego mniejszy, ale za to ogrodzony teren, na którym znajduje się sporo przeznaczonych dla ludzi atrakcji: amfiteatr, gdzie odbywają się koncerty, boisko do gry w koszykówkę, ogrodzony plac zabaw oraz piaskownica. Poza tym, rzecz jasna, znajdziemy tu sporo całkiem dużych trawników, po których pies mógłby swobodnie pobiegać, gdyby nie obowiązujący na terenie obiektu zakaz. Zieleń parkowa jest zadbana i uporządkowana, więc spuszczenie psa ze smyczy w okresie kwitnienia kwiatów może nie być najlepszym pomysłem, jestem jednak pewna, że bawiące się czworonogi nikomu nie przeszkadzałyby zimą. Szkoda, że z przeznaczonych dla dzieci atrakcji jedynie plac zabaw posiada własne ogrodzenie. Wydaje mi się, że postawienie niewielkiego płotu również wokół piaskownicy i boisk znacznie ułatwiłoby pokojowe funkcjonowanie obok siebie psiarzy i osób pragnących wypoczywać w parku bez towarzystwa czworonogów.

Park Szymańskiego mieści się w sąsiedztwie wspomnianego wyżej parku Sowińskiego, między ulicami Górczewską i Wolską. To bardzo interesujący obiekt, a przy tym naprawdę duży - jego teren to aż 22 hektary. Wielkość parku pozwoliła zagospodarować go w interesujący, a przy tym przemyślany sposób. Mamy więc sztuczką rzekę, fontanny i urocze, czerwone mosty. Mamy osobne ścieżki dla rowerzystów i rolkarzy oraz przestronne chodniki. Mamy ogrodzone place zabaw dla dzieci. Mamy też ujęcia wody pitnej (!), z której mogą skorzystać wszyscy spragnieni po wysiłku fizycznym lub zabawie. Wreszcie zaś, gdzieś w centrum tego wszystkiego, mamy ogromny, płaski trawnik, który samą swoją obecnością zachęca do spuszczenia psa ze smyczy i zorganizowania treningu frisbee - czego, oczywiście, zgodnie z przepisami nie można zrobić.

Park powstańców Warszawy niewielki teren zielony o powierzchni 8 hektarów, mieszczący się w okolicy cmentarzy Wolskiego i Powstańców Warszawy. Ładna centralna aleja prowadząca do pomnika “Polegli - Niepokonani” Gustawa Zmeły nieco kontrastuje z pozostałymi, raczej “nieuczesanymi” częściami parku (aktualnie trwają w nim jednak prace rewitalizacyjne). Na rozległym trawniku od strony ulicy Wolskiej znajduje się siłownia na świeżym powietrzu oraz sporo wolnej przestrzeni, w sam raz, aby wybiegać psa. Park nie jest ogrodzony, więc (poza tym, że niezgodne z regulaminem) spuszczenie ze smyczy czworonoga zainteresowanego samochodami, czy tramwajami może nie być najlepszym pomysłem. Jednak psy odpowiednio wychowane, czy po prostu skoncentrowane na swoim przewodniku lub piłce mogą świetnie się tam bawić, raczej nikomu nie wadząc.

Przykre jest to, że chociaż regulamin nie zakazuje czworonogom wstępu na teren wyżej wymienionych parków to w żadnym z nich nie widziałam koszy na psie odchody, czy też psich stacji, które można napotkać idąc wzdłuż Parku Krasińskich na tamtejszy wybieg.


Pies zostaje przed bramą

Ogrody Ulricha to specyficzny obiekt, historyczna spuścizna po założonym w 1805 roku gospodarstwie ogrodniczym. Ów niewielki teren mieści się tuż przy centrum handlowym Wola Park. Jak głosi regulamin umieszczony na tablicy przy bramie, większość znajdujących się w tym parku drzew to pomniki przyrody, a on sam podlega ochronie Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków. Podczas wizyty w ogrodzie należy przestrzegać szeregu zakazów, a brak możliwość odwiedzenia go z psem to tylko jeden z nich. Zabronione jest też, między innymi, wchodzenie na trawniki, czy wyjeżdżanie na teren parku rowerami - w ogrodzie można doprawdy poczuć się jak w muzeum. Biorąc pod uwagę, jak wielu (niestety!) jest nieodpowiedzialnych właścicieli psów, wierzę, że zakaz odwiedzania parku w towarzystwie czworonogów jest uzasadniony i rzeczywiście obecność psów mogłaby przysłużyć się zniszczeniu na przykład rosnących tam wiosną kwiatów, czy destrukcji objaśniających nazwy roślin tabliczek. Zresztą, park jest na tak mały, że nie jestem pewna, czy w ogóle nadaje się na spacery z przedstawicielem rasy większej niż miniaturowa, więc z psiej perspektywy nie jest to szczególna strata.

Jak pewnie zdążyliście zauważyć, w parkach na Woli psów i ich przewodników nie wita się z otwartymi ramionami. Owszem, właściciele czworonogów mogą odwiedzać je wraz pupilami, jednak korzystanie z uroków miejskiej zieleni mają utrudnione ze względu na restrykcyjne regulaminy. Co z tego wynika i jak moglibyśmy zmienić tę sytuację? O tym będę pisała za tydzień, w kolejnej części cyklu.

piątek, 10 października 2014

Paradoks miasta, cz. 1. Skwery Woli

Ostatnio zaczęłam szukać nowych miejsc na spacery z T., aby z jednej strony pozwolić jej poznać więcej ciekawych, dotąd niespotykanych zapachów, z drugiej natomiast, by poprzez ćwiczenia na nieznanym terenie wzmocnić te komendy, które już znamy. Okazuje się jednak, że to nie taka prosta sprawa - zwłaszcza, jeżeli wziąć pod uwagę, iż dla setera spacer bez spuszczenia ze smyczy jest spacerem straconym, a skupienie na przewodniku bez wcześniejszego wybiegania nie istnieje. Co odkryłam? Paradoks miasta.

Zgodnie z danymi Urzędu miasta, Warszawa dysponuje na dzień dzisiejszy 76 parkami, które w sumie składają się na obszar o powierzchni 715 hektarów. Do tego dochodzi jeszcze 160 skwerów i zieleńców o sumarycznej powierzchni 160 hektarów oraz 7 258 hektarów terenów leśnych. Wydawać by się mogło, że całkiem sporo, jak na tak duże, zatłoczone miasto i w tej sytuacji zorganizowanie ciekawego spaceru z psem nie powinno być problemem. Niestety, nic bardziej mylnego.

Aby jasno zobrazować sytuację, w jakiej znajdują się właściciele psów mieszkający w stolicy przygotowałam zestawienie wszystkich terenów zielonych mieszczących się w obszarze “naszej” dzielnicy, czyli Woli. Uwzględniłam w nim możliwość wprowadzania czworonogów (lub jej brak) na teren wspomnianych obiektów, a także to, jak w rzeczywistości wygląda korzystanie z nich. Zgodnie z oficjalnym przewodnikiem “Parki Woli. Przewodnik po najpiękniejszych miejscach dzielnicy Wola” na terenie dzielnicy o powierzchni 19,26 km kw., znajduje się 6 parków, 4 skwery oraz jeden XIX-wieczny ogród. Warto przy tym podkreślić, że w przewodniku nie zostały opisane wszystkie wspominane obiekty, a w przypadku tych, którym poświęca się w nim więcej miejsca ani razu nie pada słowo “pies”.

Przed Wami pierwsza część mojego zestawienia, opisującego tereny zielone dzielnicy Wola, w której omawiam skwery. Ich lokalizację widać wyraźnie na tej mapie inwestycyjnej Dzielnicy Wola.

Skwery

Pies spaceruje wyłącznie na smyczy

Osobom przebywającym na terenie skweru zabrania się w szczególności:
[...]
4. Prowadzenia psów bez zachowania zwykłych lub nakazanych środków ostrożności. Psy powinny być wyprowadzane na smyczy, a zwierzęta agresywne lub mogące stanowić zagrożenie dla otoczenia, również w kagańcach i pod opieką osób dorosłych, które zapewnią sprawowanie nad nimi kontroli.
Skwer im. M. Apfelbauma mieści się pomiędzy ulicami Dzielną, Smoczą i Pawią. To niewielki, a przy tym nie taki znowu zielony teren. Jego główne składowe to ogrodzony plac zabaw dla dzieci, chodniki oraz centralnie położona przestrzeń pokryta kostką brukową, wokół której znajdują się ławki i stoły do gier. Trawników jest niewiele, dodatkowo rozmieszczone są przede wszystkim na obrzeżach skweru, a zatem tuż przy ulicy. Spacer w tym miejscu nie jest dla czworonoga atrakcją, a spuszczanie psów ze smyczy rzeczywiście jest niewskazane - ze względów bezpieczeństwa. Jeżeli zabieram tu T. na spacer jest prowadzona na smyczy. Oczywiście, zdarzyło się kilka wyjątków, wszystkie te sytuacje miały jednak miejsce późno w nocy, kiedy w okolicy nie było ani ludzi, ani samochodów.

Skwer im. Jana “Jura” Gorzechowskiego praktycznie sąsiaduje ze skwerem im. M. Apfelbauma, od którego oddziela go ulica Smocza. Nasza stała miejscówka spacerowa, która wielokrotnie gościła na seterowym Facebooku. To duży teren, zagospodarowany w różnorodny sposób: od strony Smoczej znajdują się ogrodzony plac zabaw dla dzieci, siłownia na świeżym powietrzu i stół do ping-ponga, natomiast od strony Alei Jana Pawła II mieści się rozległy trawnik, na którym z niewiadomych względów umieszczono kosze do gry w koszykówkę. Po środku zaś, odgradzając od siebie dwie wspomniane części, mieści się niewielka górka. Skwer to stałe miejsce spacerów tutejszych psiarzy. Psy zwykle biegają bez smyczy, co więcej nie wchodzą w drogę innym użytkownikom terenu. Jak łatwo się domyślić, wykształcił się naturalny podział przestrzeni, zgodnie z którym część od górki do Smoczej należy do matek z dziećmi, a część od górki do Jana Pawła - do psów i ich właścicieli. Obie grupy żyją w pokoju i nie wchodzą sobie w drogę. Wyjątkiem są okresy upałów, kiedy na trawnik wylegają rzesze plażowiczów, których koce gęsto pokrywają wtedy każdy kawałek zieleni i po prostu nie ma gdzie wyjść z psem. Co ciekawe, mimo że w okolicy mieszka sporo czworonogów wokół skweru nie umieszczono ani jednego kosza na psie odchody.

Skwer im. A. Pawełka znajduje się między terenami pokolejowymi, a ulicą Kasprzaka. Jest zdecydowanie największy z omawianych tu zieleńców - bardziej, niż skwer przypomina mały park. Podobnie, jak skwer im. Gorzechowskiego jest zagospodarowany różnorodnie: znajdziemy na nim zarówno ogrodzony plac zabaw i siłownię, jak i rozległe trawniki, zarówno puste, jak i mocno zadrzewione. Skwer mieści się w spokojnej okolicy, oddalonej od ruchliwych ulic - aż prosi się, aby spuścić psa ze smyczy i nie wątpię, że okoliczni psiarze właśnie tam wychodzą na “swobodne bieganie” ze swoimi pupilami. Problemem są kosze na śmieci - tych przeznaczonych specjalnie na psie odchody nie ma w ogóle, a te ogólnego przeznaczenia rozmieszczone są przede wszystkim na obrzeżach terenu.

Brak osobnego regulaminu


W takim wypadku kwestie psie reguluje “Regulamin utrzymania czystości i porządku na terenie miasta stołecznego Warszawy”. Zgodnie z literą tego dokumentu:
6. Na terenach przeznaczonych do wspólnego użytku psy powinny być wyprowadzane na smyczy, a zwierzęta agresywne lub mogące stanowić zagrożenie dla otoczenia, również w kagańcach i pod opieką osób dorosłych, które zapewnią sprawowanie nad nimi kontroli.
7. Dopuszcza się zwolnienie psa ze smyczy jedynie w miejscach mało uczęszczanych przez ludzi oraz na obszarach oznaczonych jako wybiegi dla psów, pod warunkiem zapewnienia przez właściciela lub opiekuna pełnej kontroli zachowania psa.
    Skwer Ks. Kard. Wyszyńskiego mieści się przy skrzyżowaniu Okopowej z Aleją Solidarności, a więc w sąsiedztwie dwóch ruchliwych ulicy. To dość rozległy, zupełnie niezagospodarowany trawnik, na obrzeżach którego znajduje się kilka drzew. Nie tylko nie ma osobnego regulaminu - terenu nie wyposażono nawet w tabliczkę z nazwą miejsca. Oczywiście, okoliczni psiarze wyprowadzają tu na spacery swoje czworonogi, przypuszczam jednak, że mało kto decyduje się na zwolnienie psa ze smyczy, mimo że to właśnie tu w pewnych wyjątkowych okolicznościach jest to zgodne z przepisami. Ja z pewnością nie pozwoliłabym, aby T. swobodnie biegała w takim miejscu - bliskość ruchliwych ulic jest zdecydowanie zbyt dużym zagrożeniem. Tradycyjnie już w okolicy brakuje koszy przeznaczonych na psie odchody, a także tych ogólnego przeznaczenia.

    Jak widać, zgodnie z literą prawa znajdujące się na Woli skwery to obszary niezbyt przyjazne dla psów: na trzech z nich czworonogi mogą spacerować jedynie prowadzone na smyczach (i w szczególnych przypadkach w kagańcach), na jednym natomiast pies może zostać spuszczony, ale tylko w pewnych wyjątkowych, niejasnych okolicznościach. Oczywiście, jak wynika z moich obserwacji oraz spacerowej praktyki, regulaminy sobie, a rzeczywistość sobie - psy są spuszczane ze smyczy w miejscach niedozwolonych, co więcej okoliczni mieszkańcy zwykle nie mają nic przeciwko temu. Mimo że dzielnica jest mocno zapsiona przy żadnym z wymienionych skwerów nie ma koszy na psie odchody.

    Jak widzicie Wola to piękna, zielona dzielnica - szkoda tylko, że nie wszyscy mieszkańcy mogą w majestacie prawa korzystać z tych zalet tak, jakby sobie tego życzyli. To jest właśnie paradoks miasta. Jak wygląda sytuacja w wolskich parkach? Tego dowiecie się w kolejnej części cyklu.


    Część druga: "Paradoks miasta. Parki Woli".
    Część trzecia: "Paradoks miasta. Co można zmienić?".

    piątek, 3 października 2014

    Restauracja Ziggi Point

    Tak się składa, że jestem wielką fanką burgerów. Nie tych nafaszerowanych cukrem, miękkich, dziwnych w smaku wynalazków rodem z McDonald’s, ale takich prawdziwych, przyrządzanych ze świeżych warzyw i wołowiny dobrej jakości, podawanych w chrupiącej bułce. Takich pyszności można spróbować w Ziggi Point, burgerowni mieszczącej się przy Pańskiej 59 w Warszawie. Właściciel lokalu, Zbyszek “Ziggi” Elszt nie ma nic przeciwko wpuszczaniu do środka czworonożnych ulubieńców złaknionych burgerów gości, nic więc dziwnego, że od jakiegoś czasu Ziggi Point to jedno z moich ulubionych miejsc w stolicy.

    Ziggi Point to na pierwszy rzut oka typowa lunchownia, nastawiona na przede wszystkim na klientów, pracujących w licznych biurowcach rozrzuconych w okolicy Ronda ONZ. Nie dajcie się jednak zwieźć pozorom, bowiem jakość serwowanego tu jedzenia znacznie odbiega od obiadków, jakimi zwykle raczą się korpo-szczury. Burgery są przepyszne, podawane w zestawach z frytkami i surówką. Mięso jest zawsze świetnie przyprawione, kompozycja składników bezbłędna, a wspomniany zestaw wypełnia żołądek równie skutecznie, co dwudaniowy obiad. Dodatkowo, wszystkie te przyjemności dostajemy za zupełnie rozsądną cenę. Mniam!
    Samo dobro.

    Gdzie w tym wszystkim miejsce na psa? Oczywiście, gdzieś pod stołem zajadającego się burgerami przewodnika, z tym, że wybierając się do Ziggiego w towarzystwie czworonoga trzeba wziąć poprawkę na porę dnia. Lokal jest fajnie urządzony, lecz niewielki, a w godzinach lunchu panuje tam zwykle spory tłok. W prostokątnym pomieszczeniu nie ma żadnych dyskretnych kącików, czy stolików położonych raczej na uboczu, dlatego jeżeli nie chcemy ryzykować, że pies zostanie przez kogoś nadepnięty lub po prostu będzie przeszkadzał innym gościom na burgera najlepiej wybrać się późnym popołudniem albo wieczorem.
    T. ogląda wnętrze i szuka dla siebie miejsca.

    Dotychczas dwukrotnie odwiedziłam z T. Ziggi Point i muszę przyznać, że za każdym razem byłam zachwycona podejściem obsługi do psa. Domyślam się, że to raczej intuicja, niż jakieś specjalne szkolenie dla pracowników, nie zmienia to jednak faktu, iż kelnerzy i bariści z innych przyjaznych czworonogom restauracji oraz kawiarni powinni stawiać sobie ten lokal za wzór. Pani obsługująca kasę zawsze była dla mnie szalenie miła, powstrzymywała się natomiast od zaczepiania T. w jakikolwiek sposób. Dzięki temu mój pies mógł szybko obwąchać najbliższe krzesła, a następnie znaleźć sobie ten właściwy kawałek podłogi, położyć się i wyciszyć przez nikogo nie niepokojony. Zwracam na to szczególną uwagę, bo zwykle kiedy już decyduję się na “bywanie” z T. to zaraz po wejściu do lokalu muszę “przyjąć na klatę” falę zachwytów “pięknym pieskiem”, zarówno ze strony obsługi, jak i gości oraz związane z nią cmoknięcia i próby przywołania. Z jednej strony jest to, oczywiście, miłe, z drugiej jednak nakręca emocjonalnie psa, którego trudno jest potem uspokoić, a co za tym idzie trudno spokojnie zjeść.
    Najwygodniej jest, oczywiście, pod stolikiem obok pańci, która mizia po zadku.

    Wbrew pozorom Ziggi Point nie jest idealny. Do burgerowni można wprawdzie przyjść z psem, nie jest ona jednak przygotowana na przyjęcie czworonożnych gości. W wielu lokalach przyjaznych psom na pupili klientów czekają miski na wodę, o które nie trzeba nawet prosić. Uważam, że to powinno być standardowe minimum, zwłaszcza w czasie upałów. Niestety, podczas ostatniej przekonaliśmy się, że do tego wciąż jeszcze daleko. Kiedy poprosiliśmy o miskę z wodą dla T. okazało się, że restauracja takim luksusem nie dysponuje. Szkoda. Jednocześnie miło mi donieść, że obsługa szybko znalazła rozwiązanie problemu. Po chwili przy naszym stoliku wylądowało wypełnione wodą plastikowe wiadereczko po majonezie. Można więc powiedzieć, że chociaż zawiniły procedury, to ludzie spisali się na medal. Mam nadzieję, że Ziggi szybko zainwestuje w dwie miski (jedną dla małych, a jedną dla dużych psów) i nie będę mieć więcej powodów do marudzenia.

    Wady i zalety

    + pyszne jedzenie;
    + fajne wnętrze;
    + rozsądne ceny;
    + miła obsługa;
    + podejście obsługi do psów;

    - brak miski na wodę dla psów;
    - brak ogródka z prawdziwego zdarzenia.

    Podstawowe informacje

    Nazwa lokalu: Ziggi Point
    Adres: Pańska 59, 00-830, Warszawa
    Strona internetowa: http://ziggipoint.pl/

    piątek, 19 września 2014

    Wybieg dla psów przed Ogrodem Krasińskich

    Rewitalizacji Ogrodu Krasińskich od samego towarzyszyło mnóstwo kontrowersji. Jedną z dyskusyjnych kwestii był regulamin korzystania z parku, a konkretnie możliwość (lub jej brak) wprowadzania psów na teren obiektu. Ostatecznie Rada Miasta zdecydowała o wprowadzeniu zakazu odwiedzania Ogrodu Krasińskich w towarzystwie czworonogów, uzasadniając swoją decyzję tym, że właściciele nie sprzątają po swoich pupilach, a psy niszczą miejską zieleń. Jednocześnie Zarząd Terenów Publicznych obiecał, że z myślą o psach, które wcześniej chodziły do Ogrodu Krasińskich na spacery wybuduje na przedpolu parku wybieg. Wprawdzie nie było jeszcze oficjalnego otwarcia tego obiektu, można jednak powiedzieć, że obietnica została spełniona, wybieg jest już bowiem dostępny. Wczoraj przetestowałam go w towarzystwie T.

    Plany wybiegu ujawnione przez ZTP wyglądały bardzo obiecująco. Teren miał być duży, oświetlony, dostępny przez całą dobę, zagospodarowany w przemyślany sposób, z ławkami, wiatą, ujęciem wody, dodatkowo podzielony na dwie sekcje - jedną przeznaczoną dla małych, drugą dla dużych psów. Po pewnym czasie przestało się słyszeć o koncepcji podziału wybiegu, mimo to obiekt wciąż wydawał się spełnieniem marzeń każdego psiego przewodnika.
    Wizualizacja wybiegu dla psów na przedpolu Ogrodu Krasińskich, podebrane stąd.
    Budowa wybiegu - która kosztowała podobno 110 tys. zł - właściwie została już zakończona, nadeszła więc pora, aby przyjrzeć się, jak wypadło przekształcenie wizualizacji w twardą rzeczywistość.

    ***

    Wybieg dla psów przed Ogrodem Krasińskich mieści się przy ulicy Generała W. Andersa, pomiędzy bramą parku, a Muzeum Archeologicznym w Warszawie (ul. Długa 52). Najłatwiej dostać się tam komunikacją miejską, w okolicy zatrzymują się bowiem zarówno autobusy (107, 111, 160, 226, 227, 460, 527, 718, 738, 805), jak i tramwaje (4, 6, 15, 18, 20, 23 26, 31, 35), dodatkowo tuż obok znajduje się stacja Metro Ratusz Arsenał. Zważywszy na to, że wybieg położy jest w zasadzie w samym centrum miasta przypuszczam, że zmotoryzowani mogą mieć problemy z zaparkowaniem samochodu i powinni uważnie wybierać godziny odwiedzin obiektu. Wybieg - w przeciwieństwie do parku - jest czynny 24 godziny na dobę.

    Właściciele psów mają do dyspozycji ogrodzony teren wielkości 2 500 metrów. Na wybieg można wejść zarówno od strony Ogrodu Krasińskich, jak i od strony ulicy. Warto podkreślić, że oba wejścia są bezpieczne, to znaczy wyposażone w śluzy zaopatrzone w podwójne furtki, które uniemożliwiają przypadkowe wypuszczenie na ulicę psa już znajdującego się na wybiegu. Od zewnątrz przy furtkach znajdują się tablice z regulaminem korzystania z wybiegu, natomiast od wewnątrz umieszczono tzw. psie stacje, czyli kosze na odchody połączone z podajnikami plastikowych woreczków. Trzeba przyznać, że wejścia na teren obiektu zostały zaprojektowane w mądry, przemyślany sposób. Niestety, podobnego namysłu zabrakło przy wybieraniu ogrodzenia. Płotek otaczający teren jest zdecydowanie zbyt niski, aby właściciel psa-uciekiniera mógł czuć, że jego pupil jest na wybiegu rzeczywiście bezpieczny, zwłaszcza, że tuż obok przebiega ruchliwa ulica. Eufemistycznie rzecz ujmując, aby przeskoczyć ogrodzenie zwierzak nie musi być Mistrzem Polski w agility.
    Regulamin korzystania z wybiegu. Muszę przyznać, że brzmi bardzo rozsądnie.
    Śluza od strony Ogrodu Krasińskich.
    Śluza od strony ulicy Andersa.
    Tu dobrze widać, jak niskie jest ogrodzenie wybiegu.
    Co czeka na czworonogi i ich opiekunów za płotem? Przede wszystkim, dość rozległa przestrzeń - pies może swobodnie pobiegać, czy aportować piłkę - na której umieszczono również kilka urządzeń stacjonarnych. Nim jednak zajmiemy się dostępnymi atrakcjami przyjrzyjmy się nawierzchni, ta bowiem jest chyba największą wadą wybiegu. Podczas prac budowlanych nie zadbano o należyte przygotowanie terenu dla mających wkrótce odwiedzać go psów. Większość obiektu pokrywa niezbyt zadbany trawnik, z kolei w jego centrum (szare pola widoczne na wizualizacji) znajdują się całkiem spore przestrzenie wysypane żwirem. Taka nawierzchnia wprawdzie nie przeszkadza mojemu psu, wiem jednak, że są czworonogi, które nie lubią chodzić po takich małych kamyczkach ze względu na delikatne łapki. Szkoda, że zamiast żwiru nie zdecydowano się na znacznie bezpieczniejszy piasek. Co więcej, fragmenty trawnika i pól żwiru nie zostały od siebie dostatecznie dobrze oddzielone - funkcję tę pełnią stare, popękane krawężniki, najprawdopodobniej będące pamiątką po poprzednim modelu użytkowania terenu, a w efekcie żwir miesza się z trawą dość swobodnie. Zaletą z kolei jest pozostawienie rosnących wcześniej na terenie wybiegu drzew, które rzucają przyjemny cień. Od strony ulicy Andersa posadzono też kilka młodych drzewek.

    Obiekt przy Ogrodzie Krasińskich to wybieg dla psów z prawdziwego zdarzenia, nie jest zatem przeładowany akcesoriami. W centrum znajduje się wiata - przeznaczona raczej dla ludzi, niż ich czworonożnych podopiecznych - pod którą można schować się w przypadku załamania pogody. Szkoda, że nie umieszczono pod nią jakichś ławek, domyślam się jednak, że w takim przypadku wybieg szybko zostałby opanowany przez amatorów piwa pod chmurką. W związku z tym brak siedzisk pod altaną uważam za podyktowane zdrowym rozsądkiem działanie prewencyjne, mające na celu utrzymanie terenu w czystości. Biorąc pod uwagę, że ZTP ma w planach właśnie umieszczenie ławek na wybiegu mam nadzieję, że znajdą się one raczej pod którymś z większych drzew zamiast pod wiatą. Wtedy wybieg dla psów nie będzie stanowił konkurencji dla pobliskiego skweru i jest szansa, że po weekendach nie będą walały się tam stosy pustych butelek.
    Centralnie umieszczona wiata.
    Widok na hopki-kłody oraz tyczki do slalomu, a także wspomniane wcześniej szczątkowe krawężniki.
    Ten dziwny, kamienny słupek to podobno psi pisuar.

    Sprzęty przeznaczone dla psów prezentują się może skromnie, ale są naprawdę bardzo fajne i co najważniejsze bezpieczne. Oprócz standardowych tyczek do slalomu na wybiegu umieszczono wielkie pnie drzew oraz nieco mniejsze kłody. Te ostatnie pełnią funkcję przeszkód, przez które pies może skakać. Te pierwsze natomiast tworzą proste konstrukcje, które można wykorzystać na przykład do ćwiczenia równowagi, czy oswajania psa z wchodzeniem w nietypowe miejsca, na drewnie bowiem psie łapy nie będę się za bardzo ślizgać. Czworonogi, które zamiast biegać wolą poleżeć w zacisznym kąciku mogą natomiast wsunąć się pod pniaki, wykorzystując je jako budę.
    Sprytny husky Z. chowa się przed słońcem.
    Dał się również namówić na trochę biegania.

    Ktoś wyjątkowo wymagający mógłby powiedzieć, że na wybiegu powinny znaleźć się jeszcze inne urządzenia - tunele, stacjonaty i pochylnie. Oczywiście, byłoby fantastycznie, gdyby miasto wybudowało dla psów tor agility z prawdziwego zdarzenia, sądzę jednak, że na wybiegu przy Ogrodzie Krasińskich nie ma miejsca na takie luksusy. Umieszczenie na obiekcie wspomnianych sprzętów sprawiłoby, że nie pozostałoby zbyt wiele miejsca do swobodnego biegania, a przecież temu właśnie taki wybieg powinien służyć. Tym, czego naprawdę brakuje jest hydrat lub ujęcie wody i kilka misek, aby w ciepły dzień można było napoić pupila. Liczę na to, że takie udogodnienie wkrótce się pojawi.

    Chciałabym, żeby wybieg “zrobił karierę” wśród okolicznych psiarzy, chociaż prawdę mówiąc wczorajsza wizyta sprawiła, iż mam pewne wątpliwości, czy rzeczywiście tak się stanie. Aby wszystko dokładnie obejrzeć spędziłam na wybiegu dobrze ponad godzinę - w tym czasie widziałam sporo spacerujących ze swoimi opiekunami psów. Zaskakująco mało osób decydowało się wprowadzić swojego ulubieńca na teren wybiegu, a ci, którzy to robili pozostali na nim tylko krótką chwilę. Część z tych właścicieli z pewnością spieszyła się do domu, niektórzy jednak - ku mojemu zaskoczeniu - kierowali się prosto do Ogrodu Krasińskich. Mam nadzieję, że kiedy Zarząd Terenów Publicznych oficjalnie ogłosi, iż wybieg jest już otwarty, a przed wejściem do parku pojawiają się tabliczki z regulaminem sytuacja ulegnie zmianie i frekwencja na wybiegu zdecydowanie wzrośnie. T. wprawdzie świetnie potrafi zająć się sobą, ale trochę przykro było przyjść na wybieg i przekonać się, że w zasadzie nie ma się z kim bawić.
    Krótki postój - akurat, żeby zrobić zdjęcie.
    T. nie potrzeba wiele do szczęścia - wystarczy kawałek trawy, po którym można pobiegać.
    Żwir jej zdaniem również się nadaje.

    Bardzo martwi mnie również to, że chociaż wybieg nie został jeszcze oficjalnie udostępniony dla psów i ich opiekunów najwyraźniej już zdążył paść ofiarą wandalizmu. Pod jednym z drzew znalazłam rozbite szkło, co ciekawe w typie tego, z którego produkuje się szyby samochodowe. Z kolei jedna z czytelniczek raportowała, że któregoś dnia przechodząc obok wybiegu widziała rozrzucone na trawie butelki po piwie. Wygląda na to, że nawet jeżeli psiarze będą dbali o ten teren i szanowali go wcale nie będzie on tak czysty, jak można by sobie tego życzyć.
    Wybieg jeszcze nie został oficjalnie otwarty, a tu taka niemiła niespodzianka.

    Wybieg dla psów przed Ogrodem Krasińskich z pewnością warto odwiedzić. Wprawdzie stan nawierzchni wskazuje na to, że konstruktorzy w kwestii jej rewitalizacji poszli na łatwiznę, ale i tak jest naprawdę nieźle. Fakt, że w centrum miasta istnieje teren, na którym można bezpiecznie zwolnić psa ze smyczy jest nie do przecenienia. Przy tym wszystko wskazuje na to, że będzie jeszcze lepiej - mają zostać dodane zarówno ławki, jak i ujęcie wody. Pozostaje mieć nadzieję, że Zarząd Terenów Publicznych będzie o obiekt odpowiednio dbać, a jego użytkownicy pójdą w ślady administratora.

    Wady i zalety:

    + w miarę duży teren;
    + bezpieczne wejścia wyposażone w śluzy;
    + kosze na odchody z podajnikami na woreczki;
    + wiata;
    + psie pisuary;
    + fajne przyrządy z drewnianych bali;
    + ławki już są (niestety, pod wiatą);

    - zbyt niskie ogrodzenie;
    - żwir;
    - fragmenty starego krawężnika;
    - brak ujęcia wody dla psów;
    - brak ławek.

    photo credit: D.
    Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...