Jakiś czas temu pomogłam wrócić do domu błąkającemu się po okolicy psu. Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności akcja ratunkowa - mimo iż zwierzak nie miał na sobie żadnego identyfikatora, który umożliwiłby mi bezpośredni kontakt z jego opiekunami - przebiegła nad wyraz sprawnie. Od chwili, kiedy zgoniłam zgubę z ulicy do momentu przekazania jej w ręce właścicieli minęły może dwie godziny. Nawet trochę mniej. Przypuszczalnie powinnam być zadowolona z takiego obrotu spraw.
Niestety, nie jestem.
Prawdę mówiąc, do tej pory dość często zastanawiam się, co się z owym psem dzieje, a także, czy na pewno dobrze się stało, że tak szybko wrócił do swojej rodziny. Rodziny, która tamtego pamiętnego dnia - zamiast ucieszyć się, że zguba w jednym kawałku zostaje przekazana w jej ręce - była poirytowana, że oderwałam jej członków od swoich zajęć i zmusiłam do odpalenia samochodu, by mogli przyjechać po swoje zwierzę. Bo on ucieka, ale przecież zawsze wraca, więc nie należy się tym przejmować.
![]() |
| Buba, 12-letnia dama rasy seter szkocki gordon, która szuka domu. Fot. G. Trzcińska |
Cała ta sytuacja bardzo dosadnie pokazała mi, że przeciętny polski pies, chociaż szumnie nazywany najlepszym przyjacielem człowieka i pełnoprawnym członkiem rodziny, tak naprawdę nie wiedzie życia usłanego różami. Zrozumiałam, że to iż obracam się w towarzystwie raczej świadomych właścicieli psów, osób zainteresowanych sportami kynologicznymi czy po prostu szkoleniem z zakresu podstawowego posłuszeństwa, czytam strony i blogi prowadzonych przez tychże sprawia, że mam kompletnie zafałszowany obraz polskiej czworonożnej rzeczywistości. Bo większość futer z kraju nad Wisłą nie mieszka w prawdziwie dobrych domach, ale w domach, które są… takie sobie.
![]() |
| Satyna, ok. 9-letnia suka w typie setera irlandzkiego, która szuka domu. Fot. A. Komiago |
Nie ośmielę się napisać, że ktoś, kto dobrze karmi swojego psa, zadbał o to, aby go wykastrować, ale jednocześnie puszcza go samopas, zamiast wychodzić z nim na spacery to zły opiekun. Nie odważę się zdecydowanie przekreślić osoby, która dba o bezpieczne zrealizowanie potrzeby ruchu swojego futra, ale karmi je najtańszymi puszkami z supermarketu. Nie pozwolę sobie na jednoznaczne, negatywne ocenianie kogoś, kto całym światem swojego psa uczynił przydomowy ogród. Nie. Jestem pewna, że domy, które tacy ludzie tworzą swoim zwierzętom wciąż są dla nich znacznie lepsze niż miejsce w schroniskowym boksie. Mimo to smutno mi, kiedy patrzę na takie sytuacje, bo wiem, że można lepiej. Często naprawdę niewielkim nakładem kosztów i czasu.
![]() |
| Gracja, ok. 4-letnia suka wyżła angielskiego, która szuka domu. Fot. J. Lamparska |
Z drugiej strony, zastanawiam się, gdzie leży granica, za którą taki sobie dom zmienia się w dom, który po prostu jest zły. Dom, któremu nie można już dawać rad i próbować tłumaczyć co jest dla psa dobre, a co niekoniecznie. Dom, z którego należy psa po prostu zabrać. Dla jego własnego bezpieczeństwa. Nie chodzi mi przy tym o ewidentne przypadki znęcania się nad zwierzętami, zwykle w przypadku psów przejawiające się pod postacią bicia, głodzenia oraz trzymania na zdecydowanie zbyt małej przestrzeni. Pisząc to, mam na myśli zwykłą, codzienną krzywdę. Taką, którą chyba każdy z nas przynajmniej raz wyrządził swojemu psu. Gdzieś jest granica, za którą jednorazowe zaniedbanie staje się czymś znacznie bardziej niebezpiecznym. Tylko gdzie?
PS. Dzisiejszy tekst swoimi psimi osobowościami upiększają szukający kochających domów stałych podopieczni fundacji Setery W Potrzebie. To wspaniałe psy, które potrzebują dobrych ludzi, znających rasę i rozumiejących jej potrzeby - pamiętajcie o tym, jeżeli myślicie o skontaktowaniu się z fundacją w ich sprawie. Możecie to zrobić przez jej profil w serwisie Facebook.


