Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dogtrekking. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dogtrekking. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 czerwca 2015

Dog Orient w Puszczy Bolimowskiej

Miło mi poinformować, że zdołałam zmusić P. do napisania relacji z rajdu na orientację, który niedawno odbył się w Puszczy Bolimowskiej. Wygląda na to, że klawiatura jest w stanie znieść więcej niż pańcina świadomość - wydawało mi się, że wiedziałam, jak na Dog Orient poradziła sobie moja ekipa, a tu proszę, tyle nowych szczegółów! Zapraszam do lektury!

***

Kiedy nieco ponad rok temu spisywałem moje wrażenia z pierwszego dogtrekkingu, zakończyłem je prostą tezą: “jeżeli nie zacznę biegać na 10 kilometrów, dogtrekking ma nam niewiele do zaoferowania”. Od tamtej pory temat zaczął do mnie wracać, a w ostatni weekend (6-7 czerwca) znowu trafiłem na rajd Dog Orient, kończąc go z wynikiem jednocześnie gorszym i lepszym niż poprzednio.

Rok to kawał czasu, sporo się w T. i moim życiu zmieniło, stało się też jasne, że rudy zwierz ochotę na ruch ma nie do zdarcia. W końcu więc na jesieni zaczęliśmy nieśmiało truchtać, zimę nieregularnie przebiegaliśmy, więc na wiosnę (o dziwo!) przebiegnięcie dystansu 10 kilometrów dla mnie i T. nie stanowiło wyzwania, choć T. po 8 kilometrze wyraźnie zaczynało się nudzić (co nie jest tożsame z brakiem sił!). Wreszcie z myślą o dogtrekkingu w ramach treningu zacząłem zabierać na biegi 3-kilogramowy plecak. Krótko potem pojawiły się pewne problemy. Najpierw T. zaliczyła nieudaną sterylizację, co ją na jakiś czas wyłączyło z uprawiania poważnego wysiłku fizycznego, potem ja przeciążyłem (głównie swoją niefrasobliwością) kolana. Przez to miesiąc przed zawodami dystans ponad 5 kilometrów przebiegłem tylko dwukrotnie: na warszawskim Ekidenie, a potem kilka dni przed startem, kiedy na 7 kilometrze dostałem kolki i musiałem zrobić sobie przerwę zanim dodałem brakujące 3 kilometry do domu. Nie da się ukryć, że moje przygotowanie fizyczne pozostawiało więc sporo do życzenia.

Lepiej natomiast byłem przygotowany do imprezy pod kątem organizacyjnym. Wiedziałem co i w jakiej ilości zabrać, a co sobie odpuścić, jak się ubrać. Dwa dni przed wyjazdem do Bud Grabskich przetestowałem też jeden z napojów “izotonicznych” polecanych przez Marmurkowego. Okazało się jednak, że T. była wprawdzie gotowa przełknąć wodę z miodem, za to banan został oceniony, jako niejadalny. Kiedy ostatecznie receptura została odrzucona, zostało stanowczo za mało czasu na dalsze eksperymenty i pozostaliśmy przy zwykłej wodzie. W piątek wrzuciłem wszystko czego potrzebowałem (poza klapkami) do plecaka, wsiedliśmy do pociągu i po nieco ponad godzinnej jeździe byliśmy w Skierniewicach-Rawce. Śmieszny zbieg okoliczności: gdy byłem w pociągu, mój operator GSM wysłał mi SMS-a z informacją, że zużyłem abonament internetowy. Z kolei plan dotarcia do ośrodka bazował na Google Maps. W efekcie zbłądziłem jeszcze przed startem.

W ośrodku zgarnąłem kluczyk do domku (jak się okazało - spałem sam) i poszliśmy się z T. rozpakować. Po sąsiedzku mieszkali m.in. Pestka z człowiekiem - przewodnikiem i Bohun z obstawą. Z drugiej strony mieszkało stado wyjców i szczekaczy, które boleśnie uświadomiło mi czemu ludzie mogą nie chcieć mieć psów w ośrodku na wakacjach. W towarzystwie sąsiadów i przy kilku piwach miło spędziliśmy z T. wieczór i początek nocy, ale koło północy zwinęliśmy się spać - następnego dnia o 10 startowaliśmy.

Obudziłem się o 7, zjadłem przygotowane w W-wie śniadanie, potem podrzemałem trochę, wstałem, przygotowałem się do zawodów (strój, elementy rozgrzewki, przepakować potrzebny bajzel z dużego plecaka podróżnego do małego plecaka sportowego etc.), po czym w towarzystwie “Bohunów” (Króla Wrocławskiego Chill Outu - przyp. D.) ruszyliśmy w kierunku linii startu. Dostałem mapę i 20 minut przed rozpoczęciem rajdu mogłem wreszcie spojrzeć na trasę i zdecydować jakie cele naprawdę chciałbym zrealizować podczas biegu. D. wcześniej sugerowała, że może po prostu powinienem przebiec minimalną trasę jak najszybciej, jednak ten pomysł zupełnie mi się nie podobał. 10 kilometrów zajmuje niecałą godzinę, nawet biorąc poprawkę na teren, pogodę i moją orientację, co oznaczało, że już o 12 mógłbym ruszyć z powrotem na stację kolejową. Bez sensu.

Ostatecznie stanęło na tym, że plan minimum to ~⅔ trasy, a reszta w zależności jak mi będzie szło. Będąc dobrej myśli przepchnąłem się na start do biegaczy i po chwili ruszyliśmy. T. tylko na to czekała i jak zwykle na początku wyrwała na przód niczym Shadowfax pod Gandalfem. Kilkaset metrów za linią startu biegłem razem z parą nieznanych ludzi dość wysokim tempem w kierunku punktu czwartego. Był on nieoczywisty do znalezienia, przez co szukaliśmy go może 4 minuty, ale już po chwili z podbitymi kartami startowymi, we trójkę, ruszyliśmy w kierunku następnego punktu - trzeciego. Po drodze mój niezmordowany ogar zahaczył o podpięte do prądu ogrodzenie okalające pastwisko dla konia. Psina wpadła w lekką panikę, ale po chwili nic nie było po niej widać (zobaczcie, wystarczy spuścić ich na chwilę z oka i od razu takie historie! - przyp. D.). W punkcie trzecim zameldowaliśmy się z, jak sądzę, bardzo dobrym czasem. Jednak w tym miejscu stało się dla mnie jasne, że tempo osób, z którymi biegłem jest trochę za dobre jak na moje nogi i dłużej nie zdołam go utrzymać. Rozdzieliśmy się, dalej biegłem i maszerowałem sam. Z fatalnym skutkiem.

Najpierw minąłem o przynajmniej pół kilometra punkt dwunasty, potem punkt drugi (nie sam zresztą) i zacząłem krążyć po leśnych działkach. Tu o tyle dobrze się złożyło, że zawodnicy, których spotkałem po drodze mieli swoją własną mapę, dzięki której odkryli jak bardzo nadłożyliśmy drogi. W efekcie kiedy dotarłem do dwunastki, mnóstwo osób już ją opuściło lub opuszczało. Wystarczyły w sumie cztery punkty, abym nabiegał się niemało. Byłem co najwyżej w środku stawki i sytuacja nie wyglądała zbyt różowo. Udało mi się nie pomylić trasy do jedenastki. Po drodze minąłem ekipę z Bohunem, z czego jasno wynikało, że na odcinku, na którym miałem najwięcej pary w nogach, narobiłem tyle głupot, że z punktu widzenia zawodów mój wynik był gorszy niż równy, dobry marsz. Stąd - skuszony prostą drogą - marszobiegiem ruszyłem w kierunku punktu dziewiątego, gdzie czekał na nas poczęstunek. Po drodze T. zaliczyła kąpiel w jedynym niewyschniętym strumieniu na całej - według mapy, bogatej w strumyki - trasie.

W punkcie żywieniowym nie wylądowaliśmy z całą pewnością jako pierwsi, ale chyba jeszcze z czasem w miarę przyzwoitym. T. wzgardziła wodą (przed chwilą była w strumieniu) i arbuzem, ja z kolei sobie kilku rzeczy nie odmówiłem, pobawiłem się kilka minut łamigłówkami i ruszyłem dalej na północ, żeby dotrzeć do punktu ósmego. Wciąż nie wykluczyłem obiegnięcia całej trasy, bo przecież ten kawałek udało mi się ogarnąć bardzo sprawnie. Tak się jednak składa, że potem wpadłem na swój ostatni głupi pomysł. Najgłupszy.

Ruszyłem - mniej lub bardziej na przełaj przez las - w kierunku punktu 10. Myślę, że zanim dotarłem do równo wyznaczonych działek leśnych, zmarnowałem sporo czasu oraz sił - zarówno swoich jak i psa. Do celu dotarliśmy wyraźnie zmęczeni. Zbliżała się czwarta godzina na trasie, a moje bieganie można było na tym etapie wsadzić między bajki. To co przyspieszyłem podbiegając kilkaset metrów, marnowałem zmęczonym marszem. Nadszedł czas wyboru, który ostatecznie wykluczył mnie z klasyfikacji. Mogłem skierować się do punktu pierwszego i być w miarę pewnym dotarcia do mety. Mogłem też udać się do punktu siódmego i zachować szanse zaliczenia wszystkich dwunastu punktów kontrolnych, nie wiedząc, czy wystarczy mi na to sił i czasu.

W punkcie siódmym zameldowałem się 100 minut przed końcem zawodów. Wyłowiłem wraz ze stojącym już tam zawodnikiem to co trzeba z tablicy informacyjnej i ruszyłem do punktu szóstego. Tutaj znowu wpadłem na ekipę z Bohunem, która kierowała się do jedynki, obawiając się się przekroczenia limitu czasu. Ponieważ jednak cała moja obecność tutaj była już podyktowana próbą obiegnięcia całej trasy, ruszyłem w kierunku położonego gdzieś nad rzeczką punktu piątego. Kiedy mniej więcej dotarłem na miejsce, byłem już naprawdę bardzo zmęczony. Nawet nie bardzo miałem siłę kręcić się po okolicy, jak teraz zresztą o tym myślę, to nie jestem nawet pewien czy rozglądaliśmy się (bo nie tylko ja tu byłem) w dobrym miejscu. Kilka osób (które dotarły tu przede mną) stwierdziło, że już dostatecznie dużo czasu zmarnowało i ruszyło w drogę powrotną. Kilka minut po nich T. i ja również opuściliśmy okolicę. Po może kwadransie dopadłem jakiejś grupy, dziarsko maszerującej ku jedynce. Z ochotą do nich dołączyliśmy.

Nie byliśmy w stanie im dotrzymać kroku. Musieliśmy co jakiś co chwilę podbiegać, żeby się nie oddalić, jednocześnie nawet niezmordowana T. nie próbowała trzymać tempa tylko z wyraźnym zmęczeniem szła koło mnie. Ostatecznie, zostałem z tyłu z zawodniczką, której pies odmówił dalszego uczestnictwa i czekała na brata, aby zwiózł ją z trasy. Uświadomiłem sobie, że na pewno nie mam siły, żeby się sprężyć i skończyć rajd. Wątpiłem również czy T. dałaby radę. Na szczęście, okazało się, że zmotoryzowany brat może podrzucić nas do ośrodka.

Ostatecznie w drogę powrotną zabrał nas inny samochód i inni ludzie. Byłem tak zmęczony, że mimo iż dwukrotnie pytałem o ich imiona, nie wiem kto mnie i T. podrzucił na miejsce. Ale dziękujemy!

W ten sposób minęliśmy linię mety z boku, nie zostaliśmy nawet sklasyfikowani, zgłosiliśmy tylko, że nie zginęliśmy na trasie i po jakimś czasie udaliśmy się na ogłoszenie wyników, aby dowiedzieć się, że - Kasia, Daniel i Bohun zajęli trzecie miejsce w kategorii par (wow!). Może półtorej godziny później wylądowałem na stacji kolejowej i skierowałem się do domu, kończąc przygodę w Puszczy Bolimowskiej.

Tegoroczny start podobał mi się dużo bardziej niż ten poprzedni. Po pierwsze, widzę owoce nieregularnego, ale jednak, trenowania. Endomondo nie kłamie - ponad 34 kilometry z Księżyca się nie wzięły. Jednocześnie wiem też, że zeszłoroczna teza o bieganiu na 10 kilometrów nie do końca się sprawdziła. Taki dystans przebyty biegiem wystarczy, żeby T. poczuła zmęczenie, ale nijak się ma do pokonania 30 kilometrów inaczej niż maszerując lub głównie maszerując. Do niedawna mówiłem, że bieganie dłuższych dystansów mnie nie interesuje, bo zjada za dużo czasu. Jednocześnie nie jestem fanem maszerowania i podoba mi się dogtrekking. Cele te w oczywisty sposób są ze sobą na jakimś poziomie sprzeczne.

Druga sprawa to moja orientacja w lesie. Jest do dupy. Muszę pomyśleć jak popracować nad tym problemem. Jeżeli nie kończąc 30-kilometrowej trasy mam na liczniku o 4 kilometry więcej, to można przyjąć że jakieś 6-7 straciłem na błądzeniu. 20%. Bezbożnie dużo. Z perspektywy tych zawodów była to różnica między skończyć i nie skończyć. Szaleństwo.

Wreszcie sprawa trzecia - taktyka. Czemu ja biegłem od startu? Wiedziałem przecież, że nie przebiegnę tej 30-kilometrowej pętli, czemu więc nie ruszyłem marszem i nie zacząłem biec np. od połowy?
P. w tle planuje treningi, a T. łypie z dezaprobatą.

Rajd po Puszczy Bolimowskiej sprawił mi wiele radości. Radości wynikającej z wystawienia się na próbę i dania z siebie niemal wszystkiego (przynajmniej fizycznie - mentalnie ugrzązłem tragicznie), co miałem. Te zawody jednocześnie były laboratorium testowym dla dalszych tego startów i punktem przejściowym między tym, co z T. i sobą robiłem do teraz i co będę robił od teraz. Póki co jednak jeszcze odpoczywamy. I nieśmiało planujemy co dalej.


środa, 28 maja 2014

Pierwszy dogtrekking, cz. 2

[P., zwykle pełniący funkcję fotografa, zdecydował się napisać kilka słów, aby sprostować wszystkie te szkaradne kalumnie, jakie posypały się na niego w poprzednim wpisie. Zapraszam do lektury i polecam nacieszyć nią oczy, bo nie wiem, czy P. jeszcze kiedykolwiek zdecyduje się odezwać na blogu.]

Nie ma co ukrywać, wyjście na dogtrekking nie było moim pomysłem, mimo to postanowiłem jakoś przetrwać całą tę psią awanturę - ale po kolei.

Wycieczkę zacząłem od zakupów i pakowania. Ostatecznie w plecaku znalazły się 3 litry wody w 6 małych butelkach, jeden duży napój izotoniczny, dwa snickersy i kilka kabanosów dla mnie oraz kilka paczek z czymś do przegryzienia dla T., a także miska, kompas i zaświadczenie o zdrowiu psa. Poza tym kaganiec "na wszelki wypadek", garść smakołyków, gwizdek i smycz. Wszystko razem złożyło się na dość ciężki plecak. To w połączeniu z szarpiącym się - bo podekscytowanym i młodym - psem, a także upałem, pociągiem oraz tramwajem bez klimatyzacji przełożyło się na długą i męczącą podróż. Sobota, mimo moich cichych modlitw, pod względem pogody okazała się być przekleństwem - było gorąco, sucho i w miarę bezwietrznie - które “towarzyszyło” nam od samego początku.

Pierwszym, co rzuciło mi się w oczy po dotarciu na miejsce było kilkadziesiąt osób i psów rozłożonych na okolicznych trawnikach. Dopiero po chwili zorientowałem się, gdzie jest stanowisko rejestracyjne. Dwa stoły: przy jednym zaświadczyłem o zdrowiu T., przy drugim odebrałem numer startowy (89) i garść prezentów. Potem przystąpiłem do zakupu pasa i linki, podobno niezbędnych przy tego rodzaju aktywności. W obu kategoriach towar był dość przebrany, ale mimo to udało mi się skompletować zestaw, z którego jestem zadowolony. Szczególnie, że za pas zapłaciłem 70 zł, za linkę 30, co sprawia, że rozważany wcześniej zestaw Manmata wydaje się absurdalnie drogi.

Niedługo potem mieliśmy wyruszyć na szlak. Na starcie z przodu zostali ustawieni ludzie z ambicjami do prawdziwego biegania, za nimi natomiast tłum ludzi z kategorii open.

Start.

Ludzie i psy z przodu istotnie zaczęli biegiem, a T. widząc wyrywającą się na przód sforę chciała za wszelką cenę dotrzymać jej kroku. Protesty nie miały sensu: grzecznie zdecydowałem, że kawałek możemy pobiec. Mimo energicznego startu trudno było jednak uniknąć poruszania się w mniejszym lub większym tłumie. Tu pojawił się pierwszy problem. Psy nie są dla mnie stylem życia, nie jestem też osobnikiem szczególnie łaknącym towarzystwa. Ludzka masa zaczęła szybko działać mi na nerwy, więc na jednym ze skrzyżowań odbiłem w innym kierunku niż reszta uczestników. Oczywiście, okazało się, że z punktu widzenia tempa pokonywania trasy, pomysł był słabiutki, ale mogłem wreszcie się rozluźnić i cieszyć z odosobnienia. 

Niestety, nie trwało to długo, bo krótko po tym zaczęły się problemy z T. Z kroku na krok wyglądała na coraz słabszą: powłóczyła łapami, a pysk z wywalonym językiem niebezpiecznie zbliżał się do ziemi. Ostatecznie dotarłem do punktu (1) z psem wyglądającym bardzo słabo. Co ciekawe, nie tylko spotkałem tam ludzi, ale były też osoby, które na miejsce dotarły po mnie.

Po odbiciu karty, zająłem się T. - nalałem jej wodę, rozpakowałem paczkę przekąsek w poręcznych paseczkach i zacząłem ją karmić. Bo ostatnim, co zjadła moja psina - jak na niejadka przystało - była część wczorajszej kolacji, więc domyślałem się, że upał i start z kopyta skutecznie spaliły resztki oparów paliwa i T. do punktu dotoczyła się już na pustym baku.

Pomogło.

Później ruszyliśmy w dalszą drogę. Wtedy zacząłem się orientować się w różnicach pomiędzy nawigacją miejską i leśną, co szybko uświadomiło mi braki w doświadczeniu. Drogę do punktu (2) - jak późnej zweryfikowałem - przez 90% długości odcinka pokonałem optymalnie, potem jednak skręciłem źle i wyskoczyłem w środku trasy łączącej punkty (2) i (3). Skończyło się to więc zabawnym powrotem pod prąd wzdłuż jeziorka, podczas którego mijałem kolejne grupki dogtrekkerów poruszających się w poprawnym kierunku. Tutaj też pojawiła się kolejna komplikacja, mianowicie punkt (2) był opisany jako obraz Matki Boskiej. Mając taki nieprecyzyjny opis, spodziewałem się czegoś może nie na miarę ołtarza Wita Stwosza, ale jednak konkretnych rozmiarów. To zaowocowało kręceniem się bez sensu wzdłuż brzegu jeziorka. Punkt w końcu odnalazłem przy kolejnym przejściu wzdłuż brzegu, dzięki temu, że siedziały przy nim dwie uczestniczki. Był zawieszoną na drzewie kapliczką wielkości domku dla ptaków, z przyczepionym w środku obrazkiem Matki Boskiej wielkości kieszonkowej. Gdybym szedł poprawną trasą do końca, widziałbym go dość wyraźnie przy ścieżce, natomiast od strony jeziora kapliczka była prawie niewidoczna. Kolejna lekcja przyswojona: punkty orientacyjne niekoniecznie są dobrze widoczne na trasie i trzeba się rozglądać.
Punkt kontrolny 2.

Będąc dobrej myśli, ruszyłem dalej do punktu (3). Mimo niezłego planu ostatecznie trochę pobłądziłem i poszedłem trasą znacząco odbiegającą od optimum. Natomiast dzięki temu T. przeżyła chwilę radości, ponieważ wpadliśmy na wielką błotną kałużę, która dała jej szansę na schłodzenie się a także - o zgrozo! - możliwość ugaszenia pragnienia (generalnie, T. dużo chętniej pije kałuże, niż czystą wodę). Pod koniec odcinka wpadłem na parę, która udzieliła mi cennych wskazówek i niedługo dotarłem do "bunkra" przy punkcie (3). Tam czekały na mnie te same dziewczyny, które spotkałem wcześniej - a punkt (2) opuściłem przed nimi. Zacząłem więc utwierdzać się w przekonaniu, że będę ostatnią osobą na mecie i, patrząc na zegarek, zacząłem się zastanawiać, czy zmieszczę się w 6-godzinnym limicie czasowym.

W drodze do punktu (4), kolejny raz zabłądziłem. W pewnym momencie wpadłem na popas znacznej grupy. Nieśmiało dołączyłem, ale gdy potem z tej grupa rozbiła się na dwie mniejsze, które ruszyły w przeciwnych kierunkach nie podczepiłem się do żadnej z nich. Trzymałem się swojej koncepcji samotnego marszu, poczekałem więc aż uczestnicy zniknęli mi z oczu. Miałem chwilę na spokojne posiedzenie z mapą i kompasem, co pozwoliło mi mniej więcej zorientować się, gdzie jestem i ustalić drogę do celu. O dziwo, zacząłem dobrze, jednak na krótko przed punktem (4) wpadłem na ponownie tę samą parę uczestniczek, które twierdziły, że leżącego w puncie (4) grobu prof. Dąbrowskiego nie znalazły, zamierzają więc odpuścić i iść do (5). Takie podejście kłóciło się z moim planem (zresztą jak później sprawdziłem, to była zła trasa do punktu (5)), więc życząc im szczęścia się pożegnałem i ruszyłem szukać nagrobka. Tu popełniłem też chyba największy błąd całej wycieczki.
Punkt kontrolny 4.

Jedna z uczestniczek spuściła swojego psa, by pozwolić mu schłodzić się w pobliskim jeziorze. Widząc wyraźnie zmęczoną T., zdecydowałem się wziąć z niej przykład: spuściłem ją ze smyczy i pchnąłem w kierunku jeziora. Faktycznie, psina skoczyła się ochłodzić, ale kiedy wyszła na brzeg szybko się okazało, że wcale nie była zmęczona, w każdym razie nie tak bardzo. Była znudzona. Odzyskawszy nagle swobodę ruchów w środku wielkiego lasu, śpiewającego do niej bogactwem dźwięków, widoków i zapachów, T. wystrzeliła przed siebie jak z procy. Tyle ją widziałem.

Początkowo myślałem, że jak na zwykłym spacerze będzie się gdzieś kręcić, ale po kilku minutach dalszej wędrówki, kiedy nie widziałem ani nawet nie słyszałem psa, zacząłem się nieco niepokoić. Wróciłem na ścieżkę, na której zaczęła się cała “zabawa” i wyciągnąłem gwizdek. Przy drugim wydechu T. nagle stanęła za mną, z wielkim wyszczerzem na pysku. Z ulgą na powrót wziąłem ją na smycz i ruszyłem w kierunku nagrobka. Znalazłem go kilka minut później. Jak się okazało, leżał tam nie tylko profesor, ale i doktor nauk medycznych Piotr Radio.

Spod nagrobka ruszyłem do punktu (5) czymś, co uznałem za najkrótszą trasę. Do jeziora torfu dotarłem dokładnie tak, jak planowałem. Nad samym jeziorem było trochę trudniej (bagna dookoła), ale już po chwili wpadłem na jakąś grupkę, która powiedziała, że punkt kontrolny "jest jeszcze dalej". Jeszcze dalej była linia brzegowa i trochę turystów. Spodziewałem się, że punkt będzie dostrzegalny z ścieżki. Tak myśląc, dotarłem do końca jeziora, gdzie wpadłem na kogoś z grupy "sportowców" ze ślicznym białym psiakiem. Po krótkiej wymianie zdań zawróciłem i razem zaczęliśmy się rozglądać za tym samym punktem, który po 5-10 minutach udało mi się wypatrzyć w krzakach na czymś w rodzaju bagnistego mikro półwyspu. Po chwili obaj odbiliśmy karty i ruszyliśmy w kierunku punktu (6). Początkowo myślałem, że szybko się rozdzielimy, ale T. uznała, że skoro tam jest miły, biegnący pies to ona nie zamierza zostać w tyle. I tak pobiegliśmy razem z nowymi towarzyszami - po raz pierwszy od startu nie byliśmy sami. Do punktu (6) wybraliśmy trasę w stylu "zbliżyć się maksymalnie drogą, a potem na przełaj przez bagno na południe od brzegu jeziora". W efekcie ten odcinek pokonaliśmy bardzo szybko. Wypatrzenie punktu kontrolnego mogłoby być trudne, ale akurat była przy nim jakaś zawodniczka, co znacząco ułatwiło nawigację w bagnistej gęstwinie.

Do punktu (7) również biegliśmy razem przez gęstwinę, choć po jakimś czasie okazało się, że nie jest mi (bo T. pewnie by dała radę) dane dotrzymać kroku i dystans pomiędzy nami a Janem z Białą zaczął się powiększać. Ale też cele nasze były odmienne: ja chciałem ukończyć trasę, a nowo poznany kolega wygrać i to w ambitniejszej kategorii. Ostatni raz widziałem go, kiedy próbowałem przeprawić się przez ok. 5-10-metrową kałużę, która chyba zasługuje na miano małego bagna. Co ciekawe, na mapie zaznaczona była, jako przecinka łącząca drogi i będąca ich przedłużeniem. Mimo prób zręcznego manewrowania, skończyło się to dość niefortunnie - to jest wypominanym mi w relacji D. błotem wewnątrz butów. Prawdę mówiąc, jakoś szczególnie mi to nie przeszkadzało, a błoto w butach dość skutecznie obiło za czynnik chłodzący.

Od tego momentu cała trasa była rozczarowująco prosta. Po prostu szło się polną drogą przez las i tyle. Najpierw minąłem duży budynek, którego tabliczka ochrony była punktem (7), następnie zaś prosto ruszyłem do placówki Lasów Państwowych, a stamtąd na start zamykając pętlę. Ku mojemu zdumieniu nikogo już nie spotkałem.
Punkt kontrolny 7.

Metę minąłem z czasem 5 godzin 36 sekund. T. z radością przyjęła wielką michę wody, po czym po zdaniu karty z trasy ruszyliśmy do części barowo-wypoczynkowej. Najpierw zjadłem kiełbaskę z grilla, potem wymieniłem numer startowy na porcję pierogów, a T. wyjątkowo dostała jednego [Ty zdrajco! - przyp. D.]. Pogadałem chwilę z wcześniej poznanym kolegą, poczęstowaliśmy nasze psiaki odrobiną karmy i czekaliśmy na zakończenie wyścigu. Odebrałem też dyplom. Z miejscem in blanco.
Dyplom. Miejsce należy wpisać samodzielnie po tym, jak organizator opublikuje oficjalne wyniki.

Wreszcie wszyscy, którzy mieli skończyć wyścig, skończyli go, a organizatorzy rozdali nagrody. Wszyscy byli dla mnie anonimowi, z wyjątkiem mojego tymczasowego towarzysza, który, jak się okazało, zwyciężył w klasie sport. Gratulacje!

***

Powstaje więc pytanie, czy dogtrekking jest fajny, a przede wszystkim, czy warto wybrać się tam jeszcze raz (kiedy D. będzie na chodzie). Moje odpowiedzi to "w zasadzie tak" i "w zasadzie nie".

W zasadzie tak, dogtrekking to fajny pomysł na zorganizowany, długi i ciekawy spacer z psem, który na pewno odpowiednio go zmęczy. Dla sportowców jest dodatkowo opcja rywalizacji. Super. Wielogodzinny i przede wszystkim celowy spacer po warszawskim parku krajobrazowym to naprawdę mile spędzony czas.

W zasadzie nie, nie sądzę, żeby kolejny dogtrekking miał w naszym przypadku sens. Cóż tu dużo mówić, jestem raczej sflaczały. O ile przejście całej trasy było męczące, ale okazało się wykonalne, to bieganie przez większość jej długości byłoby dla mnie poza zasięgiem. Z drugiej strony, T. na "spacerach" lubi przede wszystkim eksplorację otoczenia i bieganie z możliwością rozwinięcia pełnej szybkości. Pierwsze odpadało: w lesie pies musi być na smyczy lub w kagańcu. Kaganiec z kolei jest zakazany przez regulamin zawodów, pies musiał więc być na smyczy. Ergo, eksploracja odpada. Bieganie z kolei odpada, bo ja nie jestem w stanie dotrzymać psu kroku. W efekcie, pokonywałem trasę równym krokiem, podczas gdy T. albo wlokła się smętnie albo mnie szarpała, bo wypatrzyła błoto, kałużę lub inną niesamowicie interesującą rzecz. Oboje się uczciwie zmęczyliśmy, ale myślę, że dwugodzinne bieganie na Polu Mokotowskim daje jej znacznie więcej radości. Stąd mój wniosek: jeżeli nie zacznę biegać na 10km, dogtrekking ma nam niewiele do zaoferowania. Szkoda.

sobota, 24 maja 2014

Pierwszy dogtrekking, cz. 1

24 maja w Mazowieckim Parku Krajobrazowym odbywał się zorganizowany w ramach Pucharu Dog Orient dogtrekking. W przypływie szlachetności doszłam do wniosku, że T. nie powinna cierpieć ze względu na moją kontuzję. Nic przecież nie stoi na przeszkodzie, aby kiedy ja siedzę w domu, nie przemęczam się i robię wszystkie te nudne rzeczy, jakie zalecają pacjentom ortopedzi, ona wesoło spędzała czas. W tym duchu wraz z psem wysłałam P. prosto na front. T. przez większość czasu istotnie bawiła się świetnie, P. natomiast… Dość powiedzieć, że przez chwilę zastanawiałam się, czy zacznie się do mnie odzywać w ciągu najbliższego miesiąca, czy nieco później.

Pierwszy problem pojawił się już w piątkowe popołudnie: książeczka zdrowia psa zaginęła w tajemniczych okolicznościach, co zmusiło P. do odbycia nadprogramowej wizyty u weterynarza. Szczęśliwie, na horyzoncie pojawiło się rzadkie w naszym życiu udogodnienie w postaci samochodu, więc konieczność zapłacenia 20 zł za zaświadczenie potwierdzające, że T. naprawdę ma aktualne szczepienie przeciw wściekliźnie skończyła się jedynie lekkim fochem.

Prawdziwe przygody zaczęły się dopiero następnego dnia rano.

Upchnąwszy w plecaku prowiant oraz wodę dla siebie i T., moi sportowcy zgodnie wyruszyli na dworzec, by pociągiem dostać się na miejsce startu. Szybko okazało się, że upilnowanie T. i pięciokilogramowego plecaka w transporcie publicznym nie jest łatwe. W ten sposób za pośrednictwem sms-ów i wiadomości na gtalku posypały się na moją głowę pierwsze gromy. Wiadomo, bez pańci wszystko jest trudniejsze, a pies wykazuje znacznie mniejszą chęć współpracy.

Po dotarciu do punktu startowego i załatwieniu wszystkich formalności (numer startowy: 89) moja drużyna ruszyła. Nie minęło 20 minut, kiedy otrzymałam dramatyczną wiadomość: “pies się słania, ona ledwo idzie”. Bardzo zaniepokojona całą sytuacją, zaordynowałam odpoczynek w cieniu, posiłek regeneracyjny i wodę. Odpowiedziała mi cisza w eterze, która trwała niemal godzinę. Jak przystało na nadopiekuńczą matkę wysłałam wtedy chyba miliard sms-ów i wykonałam drugie tyle (oczywiście, nieodebranych) połączeń telefonicznych. W głowie miałam obraz wykonywanej na T. reanimacji i bezradnego P., wypłakującego sobie oczy.

Gdy już prawie podjęłam decyzję o konieczności dzwonienia do organizatorów i błagania ich, aby zrobili wszystko, co w ich mocy (i ponad nią), żeby ratować mojego psa, cisza nagle została przerwana. Mimo że psychicznie byłam przygotowana na naprawdę wiele, wierzcie mi, nie spodziewałam się wiadomości o takiej treści.

“Jestem w lesie i nie ma zasięgu. Nie spodziewaj się, że będę cały czas pisał. T. mi głównie przeszkadza.” Po czym chwilę później: “Zabierzcie ode mnie tego psa. Jezu, jaka ona jest wk…”. No, sami wiecie, jaka.

Jako, że na usta cisnęło mi się soczyste “a nie mówiłam, żeby wcześniej poćwiczyć z psem bieganie na pasie”, postanowiłam przemilczeć sprawę, bo przecież i tak już byłam pod kreską. Zresztą, tym, co się przede wszystkim w tamtej chwili liczyło było to, że najwyraźniej mój team porusza się naprzód, a zatem jest cały i zdrowy.

Gdy, nieco później, P. postanowił ponownie nawiązać kontakt sytuacja prezentowała się jeszcze bardziej dramatycznie. “Mam błoto w butach”. Tego również postanowiłam nie skomentować, bo wiedziałam, że wszystko to, co cisnęło mi się na usta zostanie przez P. zaklasyfikowane co najmniej, jako przemoc psychiczna. W ten sposób we względnej ciszy wytrwałam do momentu pojawienia się komunikatu: “Ostatnia prosta”. Wtedy nieśmiało zaczęłam się dopytywać o szczegóły.

Dowiedziałam, że P. ukończył wyścig, a także zaliczył wszystkie punkty kontrolne na 14-kilometrowej trasie (zakładając wybór optymalnej drogi i brak kluczenia/gubienia się) w kategorii open z psem na chodzie i w jednym kawałku. Gdzieś po drodze ton odpowiedzi P. stał się nieco mniej “rozwodowy”, mogłam więc odetchnąć z ulgą. Obiecałam sobie jednak, że nigdy więcej nie popełnię podobnego błędu - kolejne psie atrakcje muszą poczekać, aż powrócę do pełnej sprawności.

Wybacz, piesku. Na następny start będziesz musiał poczekać. Tym razem, kategoria rodzinna.

***
P. udało się zrobić podczas marszu sporo zdjęć. Gdyby umieścić je wszystkie w tej notce zapewne ładowałaby się latami, dlatego pełną fotorelację można zobaczyć na seterowym Facebooku. Zapraszam. Zdjęcia, niestety, były robione telefonem, bo nie miałam sumienia zmuszać P. do targania ze sobą aparatu.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...