Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spacerownik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spacerownik. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 kwietnia 2015

Pychowice

Dzięki uprzejmości mojego brata każda wizyta w Krakowie obfituje we wspaniałe spacery - możemy wybrać się w miejsca wprost idealne dla setera, w które jednak często nie sposób dotrzeć komfortowo komunikacją miejską. Tym razem, kierując się rekomendacją Ewy z bloga Pies Berek, odwiedziłyśmy Pychowice.

Pychowice to obszar, który został włączony do granic administracyjnych Krakowa w 1941 roku, obecnie wchodzący w skład dzielnicy Dębniki. Od wschodu sąsiaduje ze skałkami Twardowskiego, od południa zaś z Kampusem UJ. To zielona, trochę dzika enklawa, do której nie dotarła jeszcze moda na stawianie biurowców na każdym wolnym kawałku przestrzeni. Mam nadzieję, że tak zostanie, bowiem będąc w Pychowicach można zupełnie zapomnieć o zgiełku miasta - tylko widoczne na horyzoncie, gęsto upakowane, wysokie budynki przypominają, że cywilizacja jest bliżej niż mogłoby się wydawać.

Do Pychowic można dojechać zarówno autobusem (linie 112, 162, 412), jak i samochodem. W tym drugim przypadku najlepiej z Tynieckiej wyjechać w Jemiołową, a następnie odbić w Rodzinną. Można też wjechać w Rodzinną bezpośrednio z Tynieckiej, jednak nie polecam tej opcji - to bardzo wąska uliczka i pokonanie jej dużym samochodem może stwarzać pewne problemy. Oczywiście, da się przejechać, ale nie będzie to szczególnie komfortowa podróż. Ostatecznie jednak, bez względu na to, jaką obierze się trasę, Jemiołowa i Rodzinna zbiegają się u wejścia na pola, gdzie można spokojnie zostawić samochód i ruszyć do seterowego raju.

Wybierając się na spacer do Pychowic trzeba pamiętać o tym, że to z jednej strony tereny dość dzikie, z drugiej natomiast popularne wśród okolicznych (i nie tylko!) psiarzy. Podczas przechadzki po polach możemy więc spotkać zarówno rozmaite ptactwo, jak i miejskie czworonogi wszystkich ras i rozmiarów. Wziąwszy pod uwagę to, a także fakt, że ostatnimi czasy T. ma raczej pstro w głowie i zamiast o posłuszeństwie myśli o wiośnie zdecydowałam się zabrać ze sobą 20-metrową linę treningową. Warto przy tym dodać, że Pychowickie pola na spacer z liną nadają się znakomicie. Teren jest w miarę równy i niezbyt zadrzewiony, dzięki czemu długaśny sznur w zasadzie nie ma o co plątać się, czy zaczepiać - zakładając się, że pies bez problemu odwoła się od skupisk gęstych, kolczastych krzaków.

Decyzja o wykorzystaniu liny okazała się słuszna i nieco na wyrost jednocześnie. W pierwszej części spaceru, kiedy jeszcze rude baterie były naładowane na 110%, T. reagowała tak sobie na przywołanie i komendę zmiany kierunku, przede wszystkim zaś po podbiegnięciu do mnie nie pobierała smakołyków, a ja nie ufam jej, gdy jest w takim stanie pobudzenia, że zapomina o tym, iż warto jeść. Później jednak, kiedy już można było uznać, że rozprostowała łapy jej zachowanie jako tako unormowało się: kontrolowała pozycję moją oraz naszych spacerowych towarzyszy, szarpała się patykiem i była w miarę pozytywnie nastawiona na kontakt z człowiekiem. Wszystko jednak nie powstrzymało jej od odwiedzenia okolicznego SPA w postaci gigantycznej kałuży.

W trakcie dwóch naszych spacerów w Pychowicach spotkaliśmy pięknego Flat Coated Retrivera,  dwa maltańczyki, rhodesiana, buldożka francuskiego, a także mniejsze i większe kundelki, jednak psy szybko zniknęły nam z oczu, teren jest bowiem ogromny i nie wymusza interakcji pomiędzy psami, które nie mają na nią ochoty. T. rzecz jasna, nie wykazała zainteresowania przedstawicielami swojego własnego gatunku, zbyt zajęta eksplorowaniem środowiska. Dla takich psów Pychowice to prawdziwy raj, tamtejsze pola stwarzają im bowiem możliwość zrealizowania ich potrzeby ruchu w preferowany przez nie, a przy tym bezpieczny sposób. Teren jest oddalony od jakichkolwiek ulic, co więcej - przynajmniej na mój pierwszy rzut oka - dość czysty. Nie wiem, wyglądają pychowickie łąki w sezonie grillowym, jednak podczas naszej wizyty w trawie zauważyłam tylko jedną butelkę.

T. na spacerach bawiła się wyśmienicie - do tego stopnia, że za każdym razem zastanawiałam się, czy drogi powrotnej nie przyjdzie nam pokonywać na piechotę. Jak wiadomo, brudny, szczęśliwy seter niespecjalnie komponuje się z jasną, beżową tapicerką. Ze swej strony mogę powiedzieć, że Pychowice to obok Przylasku Rusieckiego najfajniejsze tereny spacerowe w Krakowie.

niedziela, 4 stycznia 2015

Warszawskie spotkanie psiarzy

Ta niedziela spędzoną w niezbyt interesujący sposób sobotę zrekompensowała T. z nawiązką. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że dzień ów przyniósł aż nadmiar wrażeń, najpierw bowiem T. biegała po Polu Mokotowskim, później przez godzinę dzielnie ćwiczyła na treningu, następnie zaś uczestniczyła w zorganizowanym przez autorkę bloga Przez świat z labradorem Warszawskim spotkaniu psiarzy. Przyznacie sami, że to całkiem sporo atrakcji.

Warszawskie spotkanie psiarzy odbyło się w niedzielę 4 stycznia na Polu Mokotowskim. Na słynnej już psiej łączce, położonej na tyłach pubu Marylin zgromadził się niewielki tłumek psów i ich przewodników. My na miejsce dotarliśmy nieco spóźnieni, prosto z placu treningowego. Muszę przyznać, że w drodze na psią łączkę towarzyszyły mi dość czarne myśli: na Facebooku swoją obecność zdeklarowało dokładnie 100 osób, toteż spodziewałam się, że na miejscu zbiórki zastanę co najmniej czworonożny czas apokalipsy. Wiatr i chłód zdołały jednak odstraszyć trochę chętnych, więc liczba przybyłych na zlot ludzi i psów była akurat w sam raz.
W drodze na spotkanie też można się pobawić.

W spotkaniu wzięły udziały psy najróżniejszych ras i gabarytów. Pojawiło się sporo labradorów, jednak poza nimi można było zobaczyć także tollery, owczarki niemieckie, gończego berneńskiego, maleńkiego jamnika, a także przedstawicieli mnóstwa innych ras oraz liczne kundelki. Zjawiła się również niewielka reprezentacja seterów irlandzkich z Arislandu w osobach T., Coco Chanel i malutkiego Elmo.

Zabawa była przednia, o czym świadczyć może fakt, że T. nie była jedynym uczestnikiem spotkania, który wyglądem upodobnił się do potwora z bagien. Czworo- i dwunogi solidarnie brodziły w błocie - ci pierwsi, ganiając się i przepychając, ci drudzy zaś rozmawiając ze sobą oraz robiąc zdjęcia swoim ulubieńcom. Cieszy mnie, że chyba wszystkie obecne psy były nieźle zsocjalizowane i zabawy przebiegały bez licznych napięć.

T. zachowywała się wzorowo. Zwykle podczas tego rodzaju spędów biega w pewnym oddaleniu od grupy i zajmuje się sama sobą, tym razem trochę bawiła się z psami w ganianego. Była przy tym dość pewna siebie - po ratunek przybiegała tylko kiedy nie mogła sama pozbyć się nachalnego amanta. Na przywołanie reagowała dobrze, była też w stanie wysiedzieć chwilę w grupie psów, tłoczących się wokoło w nadziei na darmowe smaki, a także przećwiczyć zmiany pozycji. W tym ostatnim punkcie jednak nie udało się jej jakoś wybitnie popisać, ale wcale mnie to nie dziwi - widziałam, że po wcześniejszym spacerze i godzinnym treningu była już dość mocno zmęczona.
T. korzysta z błotnego SPA.

Po mniej więcej godzinie psia łączka zaczęła się powoli wyludniać - dwunogom zimno i wiatr dały naprawdę nieźle w kość, więc pewnie większość z nich myślami była już daleko, daleko od Pola Mokotowskiego, przy ciepłej herbacie. Mnie po kilku godzinach spędzonych na zewnątrz zamarzł mózg, przez co nie mogłam się ratować nawet marzeniami o gorących napojach. A że T. wyglądała, jakby również chciała niedługo znaleźć się w domu skierowaliśmy się w stronę przystanku tramwajowego. W drodze powrotnej ze spotkania warszawskich psiarzy również towarzyszyły mi czarne myśli - tym razem jednak zastanawiałam się, czy motorniczy wyrzuci z tramwaju dwójkę kloszardów z psem, czy jednak pozwoli nam dojechać do celu. Kapiące z psa błoto udało się ukryć pod polarowym wdziankiem, ale to, które czworonogi pozostawiły na naszych kurtkach i butach było widoczne jak na dłoni. Szczęśliwie, zdołaliśmy dotrzeć do domu. T. nie zdążyła nawet wciągnąć w nozdrza miłego zapachu ciepłego przedpokoju - tak szybko znalazła się w wannie.
Dwa błotne stwory w drodze powrotnej do swojej pieczary.

PS. Tradycyjnie, więcej zdjęć znajdziecie na seterowym Facebooku!

piątek, 2 stycznia 2015

Zesławice

T. nie przepada za podróżami samochodem, szczególnie tymi długimi, jednak od tej reguły jest jeden wyjątek. Auto mojego brata ruda traktuje niemalże, jak członka rodziny, któremu należy radosne, rozmerdane powitanie. Wcale mnie to nie dziwi. Zawsze bowiem, kiedy jesteśmy w Krakowie T. tym właśnie pojazdem jest wożona na spacery. I to nie byle jakie, tylko - po prostu - najlepsze. Tak było również w grudniu, kiedy odwiedziłyśmy Kraków z okazji świąt Bożego Narodzenia.

T. bardzo ucieszyła się z zabawki i zapasu pasztetu, które znalazła pod choinką w Wigilię, dla setera jednak żaden materialny prezent nie może równać się z dobrym spacerem, dlatego w pierwszy dzień świąt pojechaliśmy do Zesławic, gdzie ruda mogła szaleć do woli.
Obok schodków są zasłonięte trawą i trzcinami dziury. Pies, który w nie wpadnie może mieć problem z wydostaniem się.
Zesławickie pola.
Zesławice to nie park z wytyczonymi alejkami. Na taką wyprawę trzeba się odpowiednio ubrać.

Zesławice to część krakowskiej dzielnicy Wzgórza Krzesławickie. Niegdyś niewielka wieś; w obręb miasta została włączona dopiero w 1951 roku i chociaż od tego momentu minęło ponad 60 lat wciąż nie czuć tam wielkomiejskiej atmosfery - przeciwnie. Zesławice to przede wszystkim rozległe pola, należące do okolicznych gospodarstw oraz Zalew Zesławicki, będący z jednej strony rezerwuarem wody pitnej, z drugiej natomiast łowiskiem, z którego korzystają tamtejsi wędkarze.

Do Zesławic można dostać się zarówno samochodem, jak i komunikacją miejską (autobusy: 122, 422), droga jest jednak dość długa, bowiem centrum miasta dzieli od Zalewu Zesławickiego około 12 kilometrów. Stąd, autobus to opcja tylko dla naprawdę wytrwałych. Samochód natomiast sprawdzi się doskonale, szczególnie, że tuż obok zalewu znajduje się niewielki parking, oddzielający zbiornik wodny i przylegające do niego pola od jedynej w okolicy ruchliwej drogi.
Nadmiar atrakcji sprawił, że prawie zastała nas noc.

Serce Zesławic stanowią zbiorniki wodne, więc opiekunowie, którzy nie lubią, gdy ich czworonożni podopieczni wracając przemoczeni ze spacerów powinni to miejsce omijać szerokim łukiem. Pozostali będą się tam świetnie bawić, jednak należy pamiętać o tym, że w pogodne dni trzeba uważać na wędkarzy rozkładających się ze swoim sprzętem w nabrzeżnych zatoczkach. Psy mogą się tu kąpać, buszować w rozległych szuwarach, wystawiając wodne ptactwo lub biegać po polach. Warto podkreślić, że kaczek i innych ptaków, bytujących w pobliżu stawów i zbiorników wodnych jest tam naprawdę wiele, więc nie są to tereny spacerowe nadające się dla każdego psa bez wyjątku. Zesławice to jedno z takich miejsc, które jedni uznają za spacerowy raj, inni natomiast będą woleli omijać szerokim łukiem.

T. bawiła się tam doskonale, szczególnie, że był to dla niej pierwszy spacer po cieczce w tak atrakcyjnym dla niej miejscu. Oczywiście, nie było się bez kąpieli i kilku prób polowania. To ostatnie sprawiło, że spacer w Zesławicach był doskonałą okazją do przećwiczenia przywołania w warunkach bojowych, to znaczy w nowym, niezwykle dla psa atrakcyjnym terenie. O tym, że podczas wakacji zepsuło się nam przywołanie mogliście przeczytać na początku września: T., jak Pańcine Załamanie Nerwowe. Uważam, że to najważniejsza komenda, którą powinien znać każdy pies, dlatego od tamtego czasu nieustannie ćwiczymy przychodzenie na komendę słowną. Podczas spaceru warszawskich Arislandów, który odbył się jakiś czas temu T. popisała się stuprocentowym przywołaniem. Z jednej strony byłam z niej bardzo dumna, z drugiej natomiast nie powinno mnie to dziwić - spacer odbywał się na Polu Mokotowskim, które T. doskonale zna, nie jest to zatem tak atrakcyjne miejsce, aby dla węszenia czy zabawy z psami zrezygnować z pysznego pasztetu. Jak się pewnie domyślacie, nad Zalewem Zesławickim przywołanie nie działało równie dobrze, co w warszawskim parku. Mimo to, myślę, że mogę być zadowolona. T. bez oporów meldowała się na komendę słowną, chętna, aby odebrać swoją dawkę pasztetu. Niestety, raz biegnąc w moim kierunku skręciła w stronę wody, najpewniej chcąc pogonić kaczkę, której ja nie zauważyłam. Nieco później, aby oderwać ją od polowania w płytkiej wodzie musiałam użyć gwizdka - chmary wodnego ptactwa kąpiące się tuż obok drogi, którą szliśmy to było jednak zbyt wiele.

Wszystkie opisane wyżej atrakcje występowały wokół Zalewu Zesławickiego, który w ramach spaceru obeszliśmy dookoła. Zajęło nam to około 40 minut - potem załadowaliśmy mokrego psa do samochodu, gdzie mógł zawinąć się w ciepły psi koc i drzemać do czasu powrotu do domu.

piątek, 26 grudnia 2014

II zjazd rodzinny...

...czyli świąteczny spacer warszawskich Arislandów.

W niedzielę 21 grudnia odbył się kolejny spacer mieszkających w Warszawie rudzielców rodem z siedleckiej hodowli Arisland. Podobnie, jak za pierwszym razem spotkaliśmy się na Polu Mokotowskim, tuż przy zejściu do jeziora. Chociaż pogoda zdecydowanie nie sprzyjała długiemu włóczeniu się po parku frekwencja dopisała, a na spotkaniu pojawił się spory tłumek zarówno ludzi, jak i psów.

Długo zbierałam się do zorganizowania kolejnego spaceru warszawskich Arislandów - pierwsza edycja miała miejsce w lutym, więc jak łatwo policzyć oczekiwanie na edycję drugą trwało dokładnie 10 miesięcy. Po intensywnych wakacjach, z miesiąca na miesiąc aura robiła się coraz bardziej jesienna i nieprzyjemna - do tego stopnia, że z irlandzkim spotkaniem chciałam poczekać na zimę. Taką prawdziwą, ze śniegiem i mrozem. Nadszedł jednak grudzień, a zimy jak nie było, tak nie ma, doszłam więc do wniosku, że nie ma sensu czekać dłużej, a z Arislandowym spotkaniem najlepiej będzie uwinąć się jeszcze przed świętami. Facebook poszedł w ruch; ustalono datę i godzinę. Potem pozostało już tylko czekać.
Skromny świąteczny poczęstunek: dla dwunogów czekoladowe Mikołaje, a dla czworonogów - kurze łapki.

Ku mojemu zaskoczeniu w wyznaczoną niedzielę na Polu Mokotowskim w towarzystwie swoich ludzi pojawiło się aż 7 seterów irlandzkich, a wśród nich jedna z miotowych sióstr T. Po przywitaniu się z obecnymi i wręczeniu wszystkich drobnych upominków całą grupą ruszyliśmy w stronę słynnej psiej łączki. Wybraliśmy drogę na skróty, przez jezioro, które w sezonie jesienno-zimowym jest pozbawione wody. Dzięki temu psy mogły bezkarnie “zahaczyć” o pokrywające dno jeziora kałuże. Oczywiście, w korzystaniu z naturalnego SPA prym wiodła T., która już po upływie pierwszych dziesięciu minut spotkania bardziej niż dostojnego setera przypominała potwora z bagien.
Spacerowicze w komplecie. Jak widać ustawienie do zdjęcia siedmiu psów to nie lada wyzwanie.

Woda z kałuży jest nie tylko smaczna, lecz również doskonale pielęgnuje sierść.
Marsz przez jezioro.

Na psiej łączce były zabawy, przepychanki, gonitwy oraz zabawy piłkami i frisbee. Muszę przyznać, że obserwowanie zabaw tak licznej grupy psów, jednocześnie bardzo podobnych i bardzo różnych od siebie, to ogromna przyjemność. T. wprawdzie przez większość czasu trzymała się raczej z boku, jednak pozostali członkowie rudej rodziny wykazywali znacznie większe zainteresowanie swoim towarzystwem, więc było co podziwiać.
Fantastycznie fotogeniczna Sz.
T., jak zawsze, biega (bo przecież nie chodzi!) swoimi drogami.
Zabawa!
Najmłodszy uczestnik spaceru i spotkany po drodze mały toller.

Oczywiście, nie byliśmy sami - na Polu Mokotowskim, jak zawsze, kręciło się mnóstwo najróżniejszych psów. Co więcej, zdaje się, że na ten sam dzień zjazd rodzinny zaplanowali także właściciele warszawskich rhodesianów - nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałam na raz tylu przedstawicieli tej rasy. Zamieszania i radości było co nie miara i w tym kontekście muszę przyznać, że jestem szalenie dumna z zachowania T. podczas spaceru. Wychodząc z domu byłam psychicznie przygotowana na użycie gwizdka i nieco stresu związanego z nie tak dobrym, jakbym sobie tego życzyła, przywołaniem. Tymczasem T. na przywołanie komendą słowną reagowała za każdym razem. Potrafiła po podejściu do mnie grzecznie wysiedzieć, czekając na zwolnienie, mimo że znajdowała się przecież w grupie ludzi. Zaprezentowała też ładne zmiany pozycji leżeć-siad oraz chodzenie przy nodze z pełnym kontaktem wzrokowym bez smyczy.

Świąteczny spacer warszawskich Arislandów trwał mniej więcej półtorej godziny. Chętnie zostałabym dłużej w tak miłym towarzystwie, ale zimno zagoniło nas do domu - bezpośrednio przed spotkaniem byłam z T. na treningu, więc zdążyłam naprawdę nieźle wymarznąć. Mimo to nie zamierzam z organizacją kolejnego spotkania czekać do wiosny. Mam nadzieję, że rudzielce wkrótce znowu będą miały okazję razem pobiegać.
W drodze powrotnej: zmarznięta pańcia i potwór z bagien.


PS. Po więcej zdjęć zapraszam na seterowego Facebooka.

piątek, 24 października 2014

Paradoks miasta, cz. 3. Co można zmienić?

Jak mogliście się przekonać podczas lektury dwóch poprzednich wpisów (część o skwerach zajdziecie tutaj, a część o parkach tu) warszawska Wola - chociaż niezwykle zielona, jak na dzielnicę znajdującą się w centrum dużego miasta - to miejsce niezbyt przyjazne dla właścicieli psów. Wprawdzie regulaminy korzystania ze skwerów i parków w większości przypadków nie wykluczają osób, spacerujących w towarzystwie czworonogów, na pewno jednak nie ułatwiają im korzystania z miejskiej zieleni. Zastanówmy się, co można by w tej sprawie zrobić.

Osobiście uważam, że kwestia obecności psów w przestrzeni publicznej oraz ich prawa do korzystania z miejskiej zieleni to sprawa nie tylko właścicieli czworonogów, lecz również urzędników, a także wszystkich innych mieszkańców stolicy, wśród których szczególne miejsce zajmują rodzice z dziećmi. Jednocześnie wyznaję zasadę, że nim zacznie się wymagać od innych, trzeba najpierw wymagać od siebie, a - niestety! - zachowanie wielu psiarzy pozostawia sporo do życzenia. Dlatego, nim więc wyjawię swoje zastrzeżenia względem zachowania urzędników i warszawiaków, trochę ponarzekam na nas samych - właścicieli psów.

***

Bez wątpienia psy oraz ich właściciele są coraz częściej pozbawiani prawa do korzystania z miejskiej zieleni. Czasem na trawniku z dnia na dzień pojawia się tabliczka o zakazie wyprowadzania psów, innym razem miasto decyduje się wybudować niewielki, ogrodzony wybieg, mając nadzieję, że zastąpi on możliwość wejścia z psem na teren ogromnego parku. Co możemy zrobić, aby zapobiec takim sytuacjom? Przykro mi to pisać, sądzę jednak, że powinniśmy zacząć od pokazania innym, że potrafimy szanować wspólną przestrzeń oraz jej użytkowników, a dopiero potem rozpocząć zdecydowaną walkę o swoje prawa.
  • Pamiętajmy o tym, aby zawsze, bez względu na to, jaki jest stan trawnika, sprzątać pozostawione przez naszych pupili nieczystości. Woreczki na odchody trzeba zabierać ze sobą na każdy, nawet pięciominutowy, spacer.
  • Nie pozwalajmy, aby nasze psy wchodziły na tereny ogrodzonych placów zabaw dla dzieci, czy do piaskownic.
  • Poświęćmy czas na szkolenie naszych psów, tak, abyśmy mogli mieć pewność, że mimo iż są spuszczone ze smyczy mamy nad nimi kontrolę. Aby trenować z psem komendy wcale nie trzeba zapisywać się z nim na kosztowne szkolenie - podstaw posłuszeństwa każdy może z powodzeniem nauczyć swojego pupila samodzielnie.
  • Odważmy się krytycznie spojrzeć na nasze czworonogi, dostrzegajmy nie tylko ich liczne zalety, ale również problemy. Wiem, że uświadomienie sobie, iż ukochany pupil jest agresywny, czy kompletnie nie reaguje na przywołanie nie jest miłe, ale właśnie od tego zaczyna się praca z psem.
  • Jesteśmy odpowiedzialni za nasze psy i ich zachowanie. Oczywiście, staramy się, aby to ostatnie było idealne, ale nawet najwspanialszym psim studentom zdarzają się wpadki. Jeżeli pies do kogoś podbiegnie i nie można go odwołać podejdźmy, weźmy go na smycz i zabierzmy kawałek dalej. Przed odejściem obowiązkowo przeprośmy. Dla kogoś kto boi się psów standardowe “ale on nic nie zrobi” to puste słowa.
  • Walczmy o swoje, nie pozwalajmy zepchnąć się na społeczny margines. Bierzmy udział w konsultacjach społecznych, dotyczących rewitalizowanych obiektów zielonych w mieście. Zwracajmy uwagę właścicielom, którzy źle traktują swoje psy, nie sprzątają po nich i ogólnie rzecz ujmując, robią złą prasę całej psiarskiej społeczności. Nie bójmy się również zwracać uwagę niezapsionym, którzy nieodpowiedzialnie zachowują się wobec naszych psów (o tym zjawisku więcej możecie przeczytać tutaj i tu).

***

W największej mierze odpowiedzialni za ograniczające właścicieli psów regulacje i zakazy są urzędnicy: przedstawiciele Rad Dzielnic, administratorzy terenów zielonych, osiedli, a nawet budynków. Niestety, mam wrażenie, że wielu z nich w swojej pracy kwestie psów traktuje po macoszemu, zupełnie się nad nimi nie zastanawiając, a regulaminy korzystania z parków i skwerów tworzone są na zasadzie “kopiuj-wklej”, bez uwzględnienia specyfiki danego miejsca.
  • Warszawa to miasto, w którym jest wyjątkowo dużo psów - aby się o tym przekonać, wystarczy rozejrzeć się wokoło. Warto przypomnieć sobie, że za każdym psem stoi człowiek (a czasem kilkoro ludzi!), a zatem potencjalny wyborca i pełnoprawny obywatel miasta, który również chciałby móc korzystać ze wszystkich jego uroków.
  • Decydując się na budowę wybiegów dla psów pamiętajcie, proszę, że to obiekty, z których nie każdy czworonóg może skorzystać, dlatego budowa wybiegu w zamian za zamknięcie wstępu do parku to nie do końca dobry pomysł. Wprowadzenie w grupę innych psów znajdującą się na zamkniętym terenie osobnika lękliwego, bądź agresywnego to naprawdę zły pomysł, a przecież takie zwierzaki również muszą wychodzić z domu.
  • Kiedy następnym razem będziecie planowali rewitalizację jakiegoś parku, czy skweru, przyjrzyjcie się temu, jak takie obiekty wyglądają w Wielkiej Brytanii. W londyńskich parkach jest miejsce dla wszystkich miłośników miejskiej zieleni, także dla osób z psami. Czworonogi mogą tam biegać swobodnie, jednak w na terenie parków znajdują się specjalne miejsca, w których powinny być prowadzone na smyczach, a także takie, gdzie w ogóle nie mają wstępu. Warto podkreślić, że trawniki ogólnodostępne i bezsmyczowe przeważają pod względem powierzchni. Więcej o Royal Parks i psach można przeczytać tutaj.
  • Starajcie się, aby wprowadzane przez Was przepisy nie dzieliły obywateli na grupy, które powinny trzymać się od siebie z daleka (przykładowo, psiarze vs. rodzice z dziećmi). Spróbujcie zaufać członkom lokalnych społeczności i zamiast wprowadzać podziały w regulaminach stawiajcie na wzajemny szacunek dla innych użytkowników publicznej przestrzeni i wspólne dbanie o cenny, zielony teren.
  • Nim zasiądziecie do układania regulaminu korzystania z danego obiektu, spróbujcie poznać jego specyfikę i dowiedzieć się od okolicznych mieszkańców, jak dotychczas wyglądało funkcjonowanie tego terenu. Nakładanie na ogromny skwer zakazu spuszczania psów ze smyczy tylko dlatego, że na dalekim krańcu trawnika powstał ogrodzony plac zabaw lub siłownia na świeżym powietrzu jest po prostu krzywdzące.
  • Pisząc regulaminy, bierzcie pod uwagę pory roku. Zwróćcie uwagę na to, że właściciele psów to jedni z niewielu mieszkańców miasta, którzy z terenów zielonych korzystają nie tylko w czasie letnich upałów, ale o każdej porze roku, często w “oryginalnych” godzinach. Park, który jest mocno uczęszczany latem, w czasie mrozów może świecić pustkami, może więc warto w okresie jesienno-zimowym udostępnić go ludziom z psami?
  • Pamiętajcie, że psy nie kradną sadzonek kwiatów, nie łamią ławek i nie zostawiają na trawnikach rozbitych szklanych butelek. Zrzucanie odpowiedzialności za zniszczenie danego obiektu na czworonogi jest nieco absurdalne.
***

Na koniec, krótki apel do rodziców z dziećmi. Wiem, że jedyne, czego pragniecie to szczęście oraz bezpieczeństwo swoich pociech. Szanuję to i zapewniam, że Wasze dzieci będą bezpieczniejsze, a także lepiej przygotowane na spotkanie z psem, jeżeli wpoicie im oraz pokażecie świecąc przykładem, że kontakt z obcym czworonogiem następuje dopiero po tym, jak jego właściciel wyrazi na to zgodę. Kiedy odmawia, należy tę decyzję uszanować, bo z pewnością ma ku temu powody.

Nie straszcie, proszę, swoich dzieci psami, mówiąc im, że z pewnością zostaną pogryzione. Podkreślajcie za to, że pies to nie zabawka, ale czująca i myśląca istota, a w kontakcie z nią obowiązują szacunek i delikatność. Psa nie można ciągnąć za ogon, czy uszy lub rzucać w niego dla zabawy patykami. Jeżeli na to pozwalacie to, przykro mi to mówić, ale rzeczywiście narażacie swoje dzieci na niebezpieczeństwo ugryzienia. Jeżeli zaś załapaliście się za głowę to wiedzcie, że nie wymyśliłam podanych tu za przykład sytuacji - wszystko jest z życia wzięte.

photo credit: gagilas via photopin cc
photo credit: Douglas Brown via photopin cc

piątek, 17 października 2014

Paradoks miasta, cz. 2. Parki Woli

Nadszedł czas na drugą (pierwszą znajdziecie tutaj), bardziej rozbudowaną, bo dotyczącą parków część zestawienia, opisującego tereny zielone warszawskiej dzielnicy Wola. Na Woli znajduje się 6 parków oraz XIX-wieczny Ogród Ulricha, co daje w sumie 7 obiektów, z których większość w zasadzie stłoczona jest w jednym miejscu. Ich lokalizacje można odnaleźć na mapie inwestycyjnej dzielnicy Wola.

Parki

Pies spaceruje wyłącznie na smyczy

Osobom przebywającym na terenie skweru zabrania się w szczególności:
[...]
4. Prowadzenia psów bez zachowania zwykłych lub nakazanych środków ostrożności. Psy powinny być wyprowadzane na smyczy, a zwierzęta agresywne lub mogące stanowić zagrożenie dla otoczenia, również w kagańcach i pod opieką osób dorosłych, które zapewnią sprawowanie nad nimi kontroli.
Lasek na Kole to ogromny zielony teren - ma aż 44 hektary. Mieści się pomiędzy alejami Obrońców Grodna i Prymasa Tysiąclecia. Nie ma w nim żadnych dodatkowych atrakcji - tylko spokój, cisza i leśne ścieżki, wzdłuż których rozmieszczono niezbyt gęsto ławki oraz kosze na śmieci. Teoretycznie na terenie leśnym psy powinny poruszać się wyłącznie na smyczy, zauważyłam jednak, że mało kto tego przepisu przestrzega. Przeciwnie, większość opiekunów puszcza wolno swoich pupili natychmiast po przekroczeniu granicy lasu. O zasadności takiego zachowania można by długo dyskutować, muszę jednak przyznać, że nie do końca mnie ono dziwi. Do Lasku na Kole nie przychodzą raczej matki małymi dziećmi, nie ma w nim bowiem żadnego placu zabaw, a monotonny spacer po ubitej ścieżce dla mało którego dziecka będzie atrakcją. Z tego powodu obiekt ów wydaje się świetnym miejscem na wybieganie psa. Trzeba natomiast mieć się na baczności, gdyż przez sam środek terenu biegną jak najbardziej używane tory kolejowe - stali bywalcy przyzwyczaili się już do swobodnego przekraczania ich w niedozwolonych miejscach, osobiście jednak nie polecam takich partyzanckich metod. Lepiej trzymać się ścieżek.

Park im. księcia Janusza niewielki teren zielony, który w zasadzie bezpośrednio sąsiaduje ze wspomnianym wcześniej Laskiem na Kole. Znajdują się w nim piaskownica, wyjątkowo rozbudowany plac zabaw i sporo ławek, które zwykle okupują matki z wózkami, osoby starsze, a także lokalni miłośnicy piwa pod chmurką. O popularności parku doskonale, acz negatywnie świadczy liczba petów i kapsli od butelek porozrzucanych na ziemi w okolicy ławek, szczególnie tych bliżej Obozowej. Na szczęście, część parku oddalona od ulicy, a przylegająca do Lasku na Kole jest znacznie czystsza, a także mniej zagospodarowana. Ławki znajdują się w większym oddaniu od siebie, alejki są wąskie i niewybetonowane, a trawniki rozległe i w miarę równe. Taka okolica zdecydowanie sprzyja treningom. 

Park Moczydło, znany również, jako Górka Moczydłowska, znajduje się pomiędzy ulicami Górczewską, Prymasa Tysiąclecia, Czorsztyńską i Deotymy. To aż 20 hektarów zieleni, które zagospodarowano w różnorodny sposób: w parku mieszczą się plac zabaw dla dzieci, siłownia na świeżym powietrzu, stawy rybne oraz rozległe trawniki. To bardzo różnorodne miejsce, w którym każdy znajdzie dla siebie ciekawy sposób spędzania wolnego czasu - oczywiście, poza psami, te bowiem mogą przebywać na terenie parku jedynie na smyczy (a egzemplarze agresywne również w kagańcu). Czy słusznie? To kwestia dyskusyjna. W przypadku czworonogów nie do końca zdyscyplinowanych, obdarzonych silnym instynktem myśliwskim zwolnienie ze smyczy w pobliżu zbiorników wodnych to rzeczywiście kiepski pomysł - w okolicy stawów jest mnóstwo kaczek i mew, ich brzegi zaś często i gęsto obsiadają wędkarze. Pies w łowieckim amoku mógłby, łagodnie rzecz ujmując, napsuć ludziom nieco krwi, a ptaki mocno zestresować. Uważam jednak, że nic nie powinno stać na przeszkodzie przed spuszczeniem psa ze smyczy na którymś z rozległych trawników, położonych bliżej obrzeży parku od strony ulicy Deotymy lub na samej Górce Moczydłowskiej. Od części ze stawami są one oddzielone wysokim żywopłotem oraz drzewami, tak, że zajęty zabawą pies nawet nie zauważy, iż gdzieś dalej mógłby spotkać ptactwo, na które można zapolować. Warto zaznaczyć, że tamtejsi psiarze doskonale zdają sobie z tego sprawę i w pobliżu wody istotnie prowadzą swoich pupili na smyczach.

Park im. generała Józefa Sowińskiego mniejszy, ale za to ogrodzony teren, na którym znajduje się sporo przeznaczonych dla ludzi atrakcji: amfiteatr, gdzie odbywają się koncerty, boisko do gry w koszykówkę, ogrodzony plac zabaw oraz piaskownica. Poza tym, rzecz jasna, znajdziemy tu sporo całkiem dużych trawników, po których pies mógłby swobodnie pobiegać, gdyby nie obowiązujący na terenie obiektu zakaz. Zieleń parkowa jest zadbana i uporządkowana, więc spuszczenie psa ze smyczy w okresie kwitnienia kwiatów może nie być najlepszym pomysłem, jestem jednak pewna, że bawiące się czworonogi nikomu nie przeszkadzałyby zimą. Szkoda, że z przeznaczonych dla dzieci atrakcji jedynie plac zabaw posiada własne ogrodzenie. Wydaje mi się, że postawienie niewielkiego płotu również wokół piaskownicy i boisk znacznie ułatwiłoby pokojowe funkcjonowanie obok siebie psiarzy i osób pragnących wypoczywać w parku bez towarzystwa czworonogów.

Park Szymańskiego mieści się w sąsiedztwie wspomnianego wyżej parku Sowińskiego, między ulicami Górczewską i Wolską. To bardzo interesujący obiekt, a przy tym naprawdę duży - jego teren to aż 22 hektary. Wielkość parku pozwoliła zagospodarować go w interesujący, a przy tym przemyślany sposób. Mamy więc sztuczką rzekę, fontanny i urocze, czerwone mosty. Mamy osobne ścieżki dla rowerzystów i rolkarzy oraz przestronne chodniki. Mamy ogrodzone place zabaw dla dzieci. Mamy też ujęcia wody pitnej (!), z której mogą skorzystać wszyscy spragnieni po wysiłku fizycznym lub zabawie. Wreszcie zaś, gdzieś w centrum tego wszystkiego, mamy ogromny, płaski trawnik, który samą swoją obecnością zachęca do spuszczenia psa ze smyczy i zorganizowania treningu frisbee - czego, oczywiście, zgodnie z przepisami nie można zrobić.

Park powstańców Warszawy niewielki teren zielony o powierzchni 8 hektarów, mieszczący się w okolicy cmentarzy Wolskiego i Powstańców Warszawy. Ładna centralna aleja prowadząca do pomnika “Polegli - Niepokonani” Gustawa Zmeły nieco kontrastuje z pozostałymi, raczej “nieuczesanymi” częściami parku (aktualnie trwają w nim jednak prace rewitalizacyjne). Na rozległym trawniku od strony ulicy Wolskiej znajduje się siłownia na świeżym powietrzu oraz sporo wolnej przestrzeni, w sam raz, aby wybiegać psa. Park nie jest ogrodzony, więc (poza tym, że niezgodne z regulaminem) spuszczenie ze smyczy czworonoga zainteresowanego samochodami, czy tramwajami może nie być najlepszym pomysłem. Jednak psy odpowiednio wychowane, czy po prostu skoncentrowane na swoim przewodniku lub piłce mogą świetnie się tam bawić, raczej nikomu nie wadząc.

Przykre jest to, że chociaż regulamin nie zakazuje czworonogom wstępu na teren wyżej wymienionych parków to w żadnym z nich nie widziałam koszy na psie odchody, czy też psich stacji, które można napotkać idąc wzdłuż Parku Krasińskich na tamtejszy wybieg.


Pies zostaje przed bramą

Ogrody Ulricha to specyficzny obiekt, historyczna spuścizna po założonym w 1805 roku gospodarstwie ogrodniczym. Ów niewielki teren mieści się tuż przy centrum handlowym Wola Park. Jak głosi regulamin umieszczony na tablicy przy bramie, większość znajdujących się w tym parku drzew to pomniki przyrody, a on sam podlega ochronie Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków. Podczas wizyty w ogrodzie należy przestrzegać szeregu zakazów, a brak możliwość odwiedzenia go z psem to tylko jeden z nich. Zabronione jest też, między innymi, wchodzenie na trawniki, czy wyjeżdżanie na teren parku rowerami - w ogrodzie można doprawdy poczuć się jak w muzeum. Biorąc pod uwagę, jak wielu (niestety!) jest nieodpowiedzialnych właścicieli psów, wierzę, że zakaz odwiedzania parku w towarzystwie czworonogów jest uzasadniony i rzeczywiście obecność psów mogłaby przysłużyć się zniszczeniu na przykład rosnących tam wiosną kwiatów, czy destrukcji objaśniających nazwy roślin tabliczek. Zresztą, park jest na tak mały, że nie jestem pewna, czy w ogóle nadaje się na spacery z przedstawicielem rasy większej niż miniaturowa, więc z psiej perspektywy nie jest to szczególna strata.

Jak pewnie zdążyliście zauważyć, w parkach na Woli psów i ich przewodników nie wita się z otwartymi ramionami. Owszem, właściciele czworonogów mogą odwiedzać je wraz pupilami, jednak korzystanie z uroków miejskiej zieleni mają utrudnione ze względu na restrykcyjne regulaminy. Co z tego wynika i jak moglibyśmy zmienić tę sytuację? O tym będę pisała za tydzień, w kolejnej części cyklu.

piątek, 10 października 2014

Paradoks miasta, cz. 1. Skwery Woli

Ostatnio zaczęłam szukać nowych miejsc na spacery z T., aby z jednej strony pozwolić jej poznać więcej ciekawych, dotąd niespotykanych zapachów, z drugiej natomiast, by poprzez ćwiczenia na nieznanym terenie wzmocnić te komendy, które już znamy. Okazuje się jednak, że to nie taka prosta sprawa - zwłaszcza, jeżeli wziąć pod uwagę, iż dla setera spacer bez spuszczenia ze smyczy jest spacerem straconym, a skupienie na przewodniku bez wcześniejszego wybiegania nie istnieje. Co odkryłam? Paradoks miasta.

Zgodnie z danymi Urzędu miasta, Warszawa dysponuje na dzień dzisiejszy 76 parkami, które w sumie składają się na obszar o powierzchni 715 hektarów. Do tego dochodzi jeszcze 160 skwerów i zieleńców o sumarycznej powierzchni 160 hektarów oraz 7 258 hektarów terenów leśnych. Wydawać by się mogło, że całkiem sporo, jak na tak duże, zatłoczone miasto i w tej sytuacji zorganizowanie ciekawego spaceru z psem nie powinno być problemem. Niestety, nic bardziej mylnego.

Aby jasno zobrazować sytuację, w jakiej znajdują się właściciele psów mieszkający w stolicy przygotowałam zestawienie wszystkich terenów zielonych mieszczących się w obszarze “naszej” dzielnicy, czyli Woli. Uwzględniłam w nim możliwość wprowadzania czworonogów (lub jej brak) na teren wspomnianych obiektów, a także to, jak w rzeczywistości wygląda korzystanie z nich. Zgodnie z oficjalnym przewodnikiem “Parki Woli. Przewodnik po najpiękniejszych miejscach dzielnicy Wola” na terenie dzielnicy o powierzchni 19,26 km kw., znajduje się 6 parków, 4 skwery oraz jeden XIX-wieczny ogród. Warto przy tym podkreślić, że w przewodniku nie zostały opisane wszystkie wspominane obiekty, a w przypadku tych, którym poświęca się w nim więcej miejsca ani razu nie pada słowo “pies”.

Przed Wami pierwsza część mojego zestawienia, opisującego tereny zielone dzielnicy Wola, w której omawiam skwery. Ich lokalizację widać wyraźnie na tej mapie inwestycyjnej Dzielnicy Wola.

Skwery

Pies spaceruje wyłącznie na smyczy

Osobom przebywającym na terenie skweru zabrania się w szczególności:
[...]
4. Prowadzenia psów bez zachowania zwykłych lub nakazanych środków ostrożności. Psy powinny być wyprowadzane na smyczy, a zwierzęta agresywne lub mogące stanowić zagrożenie dla otoczenia, również w kagańcach i pod opieką osób dorosłych, które zapewnią sprawowanie nad nimi kontroli.
Skwer im. M. Apfelbauma mieści się pomiędzy ulicami Dzielną, Smoczą i Pawią. To niewielki, a przy tym nie taki znowu zielony teren. Jego główne składowe to ogrodzony plac zabaw dla dzieci, chodniki oraz centralnie położona przestrzeń pokryta kostką brukową, wokół której znajdują się ławki i stoły do gier. Trawników jest niewiele, dodatkowo rozmieszczone są przede wszystkim na obrzeżach skweru, a zatem tuż przy ulicy. Spacer w tym miejscu nie jest dla czworonoga atrakcją, a spuszczanie psów ze smyczy rzeczywiście jest niewskazane - ze względów bezpieczeństwa. Jeżeli zabieram tu T. na spacer jest prowadzona na smyczy. Oczywiście, zdarzyło się kilka wyjątków, wszystkie te sytuacje miały jednak miejsce późno w nocy, kiedy w okolicy nie było ani ludzi, ani samochodów.

Skwer im. Jana “Jura” Gorzechowskiego praktycznie sąsiaduje ze skwerem im. M. Apfelbauma, od którego oddziela go ulica Smocza. Nasza stała miejscówka spacerowa, która wielokrotnie gościła na seterowym Facebooku. To duży teren, zagospodarowany w różnorodny sposób: od strony Smoczej znajdują się ogrodzony plac zabaw dla dzieci, siłownia na świeżym powietrzu i stół do ping-ponga, natomiast od strony Alei Jana Pawła II mieści się rozległy trawnik, na którym z niewiadomych względów umieszczono kosze do gry w koszykówkę. Po środku zaś, odgradzając od siebie dwie wspomniane części, mieści się niewielka górka. Skwer to stałe miejsce spacerów tutejszych psiarzy. Psy zwykle biegają bez smyczy, co więcej nie wchodzą w drogę innym użytkownikom terenu. Jak łatwo się domyślić, wykształcił się naturalny podział przestrzeni, zgodnie z którym część od górki do Smoczej należy do matek z dziećmi, a część od górki do Jana Pawła - do psów i ich właścicieli. Obie grupy żyją w pokoju i nie wchodzą sobie w drogę. Wyjątkiem są okresy upałów, kiedy na trawnik wylegają rzesze plażowiczów, których koce gęsto pokrywają wtedy każdy kawałek zieleni i po prostu nie ma gdzie wyjść z psem. Co ciekawe, mimo że w okolicy mieszka sporo czworonogów wokół skweru nie umieszczono ani jednego kosza na psie odchody.

Skwer im. A. Pawełka znajduje się między terenami pokolejowymi, a ulicą Kasprzaka. Jest zdecydowanie największy z omawianych tu zieleńców - bardziej, niż skwer przypomina mały park. Podobnie, jak skwer im. Gorzechowskiego jest zagospodarowany różnorodnie: znajdziemy na nim zarówno ogrodzony plac zabaw i siłownię, jak i rozległe trawniki, zarówno puste, jak i mocno zadrzewione. Skwer mieści się w spokojnej okolicy, oddalonej od ruchliwych ulic - aż prosi się, aby spuścić psa ze smyczy i nie wątpię, że okoliczni psiarze właśnie tam wychodzą na “swobodne bieganie” ze swoimi pupilami. Problemem są kosze na śmieci - tych przeznaczonych specjalnie na psie odchody nie ma w ogóle, a te ogólnego przeznaczenia rozmieszczone są przede wszystkim na obrzeżach terenu.

Brak osobnego regulaminu


W takim wypadku kwestie psie reguluje “Regulamin utrzymania czystości i porządku na terenie miasta stołecznego Warszawy”. Zgodnie z literą tego dokumentu:
6. Na terenach przeznaczonych do wspólnego użytku psy powinny być wyprowadzane na smyczy, a zwierzęta agresywne lub mogące stanowić zagrożenie dla otoczenia, również w kagańcach i pod opieką osób dorosłych, które zapewnią sprawowanie nad nimi kontroli.
7. Dopuszcza się zwolnienie psa ze smyczy jedynie w miejscach mało uczęszczanych przez ludzi oraz na obszarach oznaczonych jako wybiegi dla psów, pod warunkiem zapewnienia przez właściciela lub opiekuna pełnej kontroli zachowania psa.
    Skwer Ks. Kard. Wyszyńskiego mieści się przy skrzyżowaniu Okopowej z Aleją Solidarności, a więc w sąsiedztwie dwóch ruchliwych ulicy. To dość rozległy, zupełnie niezagospodarowany trawnik, na obrzeżach którego znajduje się kilka drzew. Nie tylko nie ma osobnego regulaminu - terenu nie wyposażono nawet w tabliczkę z nazwą miejsca. Oczywiście, okoliczni psiarze wyprowadzają tu na spacery swoje czworonogi, przypuszczam jednak, że mało kto decyduje się na zwolnienie psa ze smyczy, mimo że to właśnie tu w pewnych wyjątkowych okolicznościach jest to zgodne z przepisami. Ja z pewnością nie pozwoliłabym, aby T. swobodnie biegała w takim miejscu - bliskość ruchliwych ulic jest zdecydowanie zbyt dużym zagrożeniem. Tradycyjnie już w okolicy brakuje koszy przeznaczonych na psie odchody, a także tych ogólnego przeznaczenia.

    Jak widać, zgodnie z literą prawa znajdujące się na Woli skwery to obszary niezbyt przyjazne dla psów: na trzech z nich czworonogi mogą spacerować jedynie prowadzone na smyczach (i w szczególnych przypadkach w kagańcach), na jednym natomiast pies może zostać spuszczony, ale tylko w pewnych wyjątkowych, niejasnych okolicznościach. Oczywiście, jak wynika z moich obserwacji oraz spacerowej praktyki, regulaminy sobie, a rzeczywistość sobie - psy są spuszczane ze smyczy w miejscach niedozwolonych, co więcej okoliczni mieszkańcy zwykle nie mają nic przeciwko temu. Mimo że dzielnica jest mocno zapsiona przy żadnym z wymienionych skwerów nie ma koszy na psie odchody.

    Jak widzicie Wola to piękna, zielona dzielnica - szkoda tylko, że nie wszyscy mieszkańcy mogą w majestacie prawa korzystać z tych zalet tak, jakby sobie tego życzyli. To jest właśnie paradoks miasta. Jak wygląda sytuacja w wolskich parkach? Tego dowiecie się w kolejnej części cyklu.


    Część druga: "Paradoks miasta. Parki Woli".
    Część trzecia: "Paradoks miasta. Co można zmienić?".
    Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...