Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 lipca 2015

Recenzja: smakołyki Sea Jerky

Każdy kto zagląda tu nie od dziś doskonale wie, że T. jest psem, którego jedzeniem trudno jest zmotywować do pracy. Ruda żyje dla swobodnego biegania lub frisbee (w tej kolejności), a że nie zawsze ma się pod ręką ulubiony park lub bezpieczne miejsce do puszczania dalekich backhandów bywa, że trening z T. zmienia się w nie lada wyzwanie. W związku z tym, poszukiwanie tych najpyszniejszych smakołyków trwa nieustannie, a ja chętnie sięgam po rozmaite nowości. Ostatnio w treningowej nerce wylądowały przysmaki Sea Jerky Tiddlers firmy FISH4DOGS.


Rybki i… jeszcze trochę rybek!

Pierwszym co rzuca się w oczy w przypadku Sea Jerky jest niezwykle prosty skład - smakołyki zawierają jedynie pieczone skóry ryb. Po prostu. Nie ma w nich zbóż, glutenu, konserwantów, czy sztucznych barwników co z pewnością docenią opiekunowie czworonożnych alergików, którym niezwykle trudno jest dobrać bezpieczną karmę i przekąski. Dzięki temu skład analityczny również wygląda zachęcająco. Rybne kostki są nisko kaloryczne i powinny dobrze sprawdzić się u psów z nadwagą i takich, które szczególnie muszą dbać o linię. W Sea Jerky Tiddlers znajdziemy: 79% białka, 2,4% tłuszczu, 0,6% błonnika, 10% popiołu oraz 0,3% kwasów Omega-3.

Warto zaznaczyć, że smakowity skład Sea Jerky ma wyraźne odzwierciedlenie w zapachu przekąsek, które są na tyle aromatyczne, że czuć je nawet przez plastikowe, hermetycznie zamknięte opakowanie. Producent wprawdzie zadbał o to, aby wyposażyć torebkę w strunowe zamknięcie, mimo to jednak nie da się w pełni uniknąć przesiąknięcia psiej szafki rybim aromatem.


Rybka? Duża, twarda sztuka!

Sea Jerky występują w dwóch wersjach: Tiddlers i Squares. Zgodnie z zaleceniami producenta, Tiddlers sprawdzą się w przypadku małych psów, jako przekąski do żucia, w przypadku dużych natomiast będą nadawać się także do wykorzystania podczas treningów. Z kolei Squares są odpowiednie dla przedstawicieli ras średnich i dużych. Smakołyki mają formę sporej wielkości kostek: Tiddlers to nieregularne sześciany o boku ok. 15 mm, Squares zaś 25 mm. Powierzchnia przysmaków nie jest gładka, ale pokarbowana - ta specyficzna faktura ma pomóc w walce z kamieniem nazębnym.


Gruba ryba i rudy pies

T. obdarzyła Sea Jerky Tiddlers gorącą miłością jeszcze przed tym, jak zdążyłam wyjąć z papierowej, pocztowej koperty plastikowe opakowanie ze smakołykami. Oczywiście, odpowiedzialny jest za to bardzo intensywny aromat przysmaków, któremu nie zdoła się oprzeć żaden pies. Obecnie wystarczy uchylić drzwiczki szafki z psimi dobrami i sięgnąć po opakowanie Sea Jerky, aby ruda natychmiast pojawiła się w kuchni, gotowa do działania, z wyrazem pyska “Zrobię wszystko, czego tylko chce, ale DAJ MI JE! JUUUŻ!”. Chyba nigdy jeszcze żaden porządny smakołyk nie był dla niej równie atrakcyjny.

Tym bardziej żałuję, że Sea Jerky nawet w wersji Tiddlers są nieco zbyt duże, by rzeczywiście można było ich wygodnie używać podczas treningu. Mimo że setery irlandzkie należą do grupy dużych ras T. nie jest w stanie szybko zjeść takiego smakołyka i przejść do dalszej pracy. Nagrodzona jedną kostką natychmiast oddala się z miejsca ćwiczeń, aby zaszyć się w jakimś cichym kąciku i w spokoju spałaszować przysmak. W związku z tym, Sea Jerky tak naprawdę sprawdzą się tylko jako nagroda na koniec treningu lub dłuższego łańcucha zachowań, po którym z jednej strony planujemy krótką przerwę, a z drugiej chcemy dać psu do zrozumienia, że wykonał naprawdę świetną pracę. Niestety, podzielenie kostek na mniejsze fragmenty nie wchodzi w grę - w przypadku łamania lub krojenia otrzymujemy 50% kawałków pysznej rybiej skórki i 50% rybnego proszku, który będzie zalegał w szkoleniowej saszetce do końca świata i jeden dzień dłużej.

Sea Jerky świetnie natomiast sprawdzają się podczas treningu klatkowego albo po prostu jako przekąski - czasoumilacze. Nie dość, że pyszne to jeszcze zdecydowanie zdrowsze od na przykład zawierających chyba całą tablicę Mendelejewa prasowanych kości. Ja większość kostek zużyłam właśnie po to, aby pokazać T., jak wystrzałowym miejscem jest jej nowa klatka. Na efekty nie trzeba było długo czekać.

Przy takim wykorzystaniu okazuje się, że niewielka, zawierająca 100 gramów (kostki są bardzo lekkie, więc to wcale nie tak mało!) produktu paczka smakołyków wystarcza na dość długo. Za 16,99 zł otrzymujemy więc pakiecik pyszności, który wcale nie wyczerpuje się tak szybko, jak można by było się tego spodziewać.


Sea Jerky Tiddlers to nisko kaloryczne przekąski dla psów, o prostym, zdrowym składzie. Powinny sprawdzić się zarówno w przypadku czworonożnych niejadków, jak i zwierzaków o wyjątkowo delikatnych żołądkach. Wprawdzie nie najlepiej spisują się podczas treningów, są jednak niezastąpione gdy trzeba pomóc psu wyciszyć się, by mógł mile spędzić w samotności kilka chwil.


Wady i zalety

+ prosty zdrowy skład;
+ brak zbóż;
+ brak glutenu;
+ brak sztucznych barwników i konserwantów;
+ wygodne opakowanie ze strunowym zamknięciem;
+ bardzo intensywny zapach, który jest ogromnie atrakcyjny dla psów;
+ dobre do zadań specjalnych (trening klatkowy!);

- zbyt duże, by można było wykorzystywać je na treningach;
- trudno je podzielić na mniejsze części, bardzo się przy tym kruszą.


Tekst powstał w ramach testów produktów biorących udział w plebiscycie TOP for DOG.

piątek, 5 czerwca 2015

Recenzja: identyfikator SafePet

Identyfikator to chyba, obok obroży i smyczy, najbardziej przydatne akcesorium, jakie można zafundować swojemu psu. Dzięki niemu zwierzak, który oddali się od właściciela ma szansę wrócić do domu nim w ogóle zauważy, że jego ulubiony człowiek gdzieś się zawieruszył. Z tego względu staram się dbać o to, aby T. była odpowiednio oznakowana zawsze, kiedy wychodzi z domu. A że nasza dotychczasowa adresówka zrobiła się już nieco niewyraźna i wytarta od kilku tygodni funkcję “metki” mojego psa pełni identyfikator SafePet.


 
Dowód osobisty?

Identyfikator SafePet został zaprojektowany na wzór dowodu osobistego - dokumentu, którego posiadaniem szczycą się pełnoletnie dwunogi. To miła koncepcja, bo przydaje wagi istnieniu zwierzęcia. W końcu tylko pełnoletni obywatele kraju mają swoje dowody osobiste, symbole dorosłości i przepustki do krainy wysoko procentowych trunków. Przyznaję uczciwie, że fakt, iż T. posiada swój dowód tożsamości mile łechce moją psiarską próżność, a także jest w pełni zgodny z moim przekonaniem, że pies jest pełnoprawnym członkiem rodziny.

W związku z taką koncepcją proces składania zamówienia jest nieco odmienny, od tego gdy przychodzi do kupowania zwykłych adresówek. Aby spersonalizować identyfikator dla swojego psa lub kota należy wejść na stronę SafePet i uzupełnić specjalny formularz, w którym trzeba umieścić zdjęcia zwierzaka, a oprócz niego takie informacje jak imię, data urodzenia, rasa, miejscowość, kolor oczu, waga, wzrost oraz ewentualne wiadomości dodatkowe, które nie są widoczne na adresówce. Jak łatwo się domyślić, konieczność podania wszystkich tych danych wynika ze specyficznego designu identyfikatora - podobne znajdziemy w ludzkim dowodzie osobistym. Niestety, wiele danych, które przydają się do identyfikacji ludzi nie ma zastosowania w przypadku zwierząt. Uważam, że waga, wzrost, czy kolor oczu zabierają na adresówce cenne miejsce, które można by przeznaczyć na inne informacje, jak choćby czip lub jego brak, a przypadku psów rasowych imię rodowodowe oraz numer tatuażu, aby w przypadku braku kontaktu z właścicielem zwierzęcia można by zadzwonić do odpowiedniego oddziału ZKwP lub hodowcy. Z tego powodu kiedy projektowałam dowód osobisty T. odpuściłam np. mierzenie i ważenie psa - zamiast tego przepisałam informacje z wzorca rasy.

Firma szybko zreflektowała się, że nadmiar niepotrzebnych danych jest problemem. Dostępna jest już nowa, zmieniona wersja adresówki - projektując ją nie wpisujemy wagi, wzrostu, czy koloru oczu psa. Zamiast tego dostajemy dwie linijki wolności, w których może znaleźć się dokładnie to, czego dusza zapragnie! Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem tego, jak szybko SafePet się rozwija i ewoluuje w stronę formy najbardziej pożądanej przez klientów.


Powszechny spis psowatych

SafePet to nie tylko adresówka, ale przede wszystkim stojąca za identyfikatorem usługa. Składając zamówienie kupujemy nie tylko fajnie wyglądający kawałek plastiku, lecz również wpis do ogólnopolskiej bazy danych oraz możliwość wydrukowania gotowych ogłoszeń o zginięciu psa. Te dodatkowe funkcje są dla mnie niezmiernie istotne - aby sprawdzić dane zwierzaka w bazie SafePet nie potrzeba specjalnych czytników, jak w przypadku mikroczipów - wystarczy smartfon z dostępem do Internetu, dzięki czemu skraca się czas kontaktu z właścicielem. Tak samo, jak w przypadku SafeAnimal wpis do bazy danych jest dożywotni i nie podlega żadnym opłatom abonamentowym.

Ogłoszenia to również bardzo pomocny dodatek. Nie życzę nikomu, aby kiedykolwiek się przydał, wyobrażam sobie jednak, że gdyby mój pies zaginął wolałabym nie tracić czasu na gimnastykę w programach graficznych, tylko kliknąć "drukuj" i pięć minut później rozwieszać ogłoszenia po okolicy. W tej smutnej godzinie okazują się przydatne dodatkowe dane, jakie zostały podane w formularzu zamówienia. Znajdziemy je właśnie na ogłoszeniu, dlatego warto dobrze zastanowić się nad tym, co chcemy napisać o swoim pupilu, podczas wypełniania formularza zamówienia. Gdy ulotki (niestety!) okażą się potrzebne wystarczy dodać miejsce zaginięcia psa i gotowe.


SafePet w praktyce

Jaki jest SafePet widać jak na dłoni - to oczywiste, że specyficzny design nie każdemu przypadnie do gustu, warto natomiast bliżej przyjrzeć się temu, jak adresówka sprawuje się codziennej, spacerowej praktyce.

Identyfikator wykonany jest z zalaminowanego plastiku, dzięki czemu jest niesamowicie lekki i prawie w ogóle nie hałasuje, kiedy pies jest w ruchu. Druk jest wyraźny, ostry, krawędzie liter nie “rozlewają się” tak, jak w przypadku poprzedniej adresówki, której używała T. Na razie, po kilku tygodniach użytkowania, dzielnie udaje mu się znosić codzienne spacery - a przy seterze, kochającym wodę, błoto i dzikie gonitwy w polu to wcale nie taka oczywista sprawa. Warto, jak w przypadku każdej adresówki, kółeczko, które dodaje do niej producent zamienić na trytykę (opaskę zaciskową), aby mieć pewność, że gadżet pozostanie na swoim miejscu do końca świata i jeden dzień dłużej.
Adresówka w porównaniu z karabińczykiem smyczy dla średniego/ dużego psa.
Adresówka w porównaniu z monetą pięciozłotową.

SafePet wydaje się być bardzo duży jest to jednak złudne wrażenie. Owszem, identyfikator w podstawowej wersji jest spory (5,4 cm x 2,9 cm), jednak nie tak gigantyczny, jak się spodziewałam oglądając zdjęcia na stronie producenta. Po prostu dobrze widać go nawet na dużym, nieźle obsypanym futrem psie. Natomiast mój początkowy lęk dotyczący tego, że najpierw będzie widać adresówkę, potem długo-długo nic, a dopiero później psa okazał zupełnie nieuzasadniony. Warto jednak wziąć pod uwagę, że jej wielkość może się okazać problematyczna w przypadku przedstawicieli ras małych lub miniaturowych. Specjalnie z myślą o nich producent niedawno wprowadził do sprzedaży identyfikator w mniejszym rozmiarze (4,1 cm x 2,4 cm).


Trudno mi dokładnie określić, jak SafePet sprawdziłby się w warunkach ekstremalnych. Na razie psa nie zgubiłam i gubić nie planuję, a T. szczęśliwie jakoś specjalnie tych zamierzeń nie utrudnia i na spacerach wcale nieźle trzyma się swoich ludzi. Mogę natomiast powiedzieć, że w życiu codziennym identyfikator spełnia swoje zadanie - daje mi poczucie, że na wszelki wypadek mój pies jest odpowiednio oznakowany, obecny w bazach danych on-line. Mam nadzieję, że to, gdyby zdarzało się jakieś nieszczęście, pomoże T. wrócić do domu.


Wady i zalety

+ wyraźny druk;
+ wodoodporność;
+ lekkość;
+ wpis do bazy danych;
+ korzystna cena;
+ brak dodatkowych opłat abonamentowych;
+ możliwość wydrukowania ogłoszeń;
+ szybki, miły kontakt z producentem;
+ firma stale ulepsza swój produkt - już dostępne są nowe wersje, które eliminują podstawowe problemy;

- nie każdemu przydanie do gustu specyficzny design;
- nie wszystkie informacje na adresówce są potrzebne;
- brak możliwości dostosowania danych widocznych na adresówce do indywidualnych potrzeb.

Dwa ostatnie punkty mają zastosowanie w przypadku wersji adresówki, którą ma T., ale są już nieaktualne - wprowadzono nową wersję identyfikatora, która eliminuje te problemy!


Tekst powstał w ramach testów produktów biorących udział w plebiscycie TOP for DOG.

piątek, 29 maja 2015

Sonet do szczura

Chyba każdy właściciel psa chociaż raz w życiu zetknał się z niepokojącym głosem rozsądku, który nie pozwolił mu wydać pieniędzy na kolejną zabawkę dla pupila. Na dodatek, głos ów miał niepokojąco twarde brzmienie i był kompletnie nieczuły na wszystkie argumenty - nawet te zupełnie przytłaczające swoją powagą. Inteligencja psa natychmiast wzrośnie, jeżeli tylko będzie używał magicznego szarpaka? Nieistotne! Czworonóg już na sam widok zrobionej z czarodziejskiej gumy piłki odzyska spokój ducha? Nic mnie to nie obchodzi! Przesyła kosztuje wprawdzie drugie tyle, ale gryzak utrzyma psie zęby w doskonałej kondycji aż do późnej starości? Nieważne! Przyznacie sami, że trudno dyskutować tak stanowczą postawą. Szczególnie, kiedy głos ów popiera także... pusty portfel.

Na szczęście głos da się uciszyć, portfelowi ulżyć, a do tego jeszcze zapewnić ukochanemu zwierzakowi bezpieczne, wytrzmałe zabawki. Jesteście ciekawi jak? Oto przedstawiam Wam odpowiedź na to pytanie - w nietypowej, poetyckiej formie. Bo czy idealny, pluszowy szarpak za jedyne 10 złotych zasługuje na cokolwiek mniej niż szekspirowski sonet?

W otchłani sieci widziałam cuda
Niebiańskiej miękkości, pozbawione skazy
Psiej radości bezcenne obrazy
Pierzchają sprzed oczu jak senna ułuda

Przesyłka wszak droga, bo zza Oceanu
I choć ich piękno zazdrość w sercu budzi
Psia radość mniej jest ważna od rozsądku ludzi
Więc nie powiększam posiadania stanu

Lecz rozum i cnota, co ulgę portfela
podyktowały wbrew serca tkliwości
ofiarowały mi nieco wesla
w szwedzkiej krainie szczęśliwości

Bo szczur z Ikei to sto zalet skrytych
Złoty Graal zębów psich niespożytych

piątek, 6 lutego 2015

Recenzja: karma Braci Chart

Nie od dziś wiadomo, że odpowiednie żywienie ma ogromny wpływ na zdrowie i wygląd psa, a wybór właściwej, zbilansowanej diety to jeden z ważniejszych, jakich musi dokonać świadomy właściciel każdego czworonoga. Podjęcie odpowiedniej decyzji dodatkowo utrudnia fakt, że psia dieta powinna być nie tylko zdrowa, ale akceptowana zarówno przez człowieka, jak i jego czworonoga - tak, aby ten pierwszy miał czas na coś poza przygotowywaniem psich posiłków, a ten drugi mógł jeść zdrowo i do syta. Będąc posiadaczką wyjątkowo wybrednego rudzielca, odkąd znalazłam karmę, którą T. uznała za godną swojego podniebienia byłam sceptycznie nastawiona do wszelkiego rodzaju nowinek pojawiających się na rynku pet food, zdecydowana trzymać się wywalczonego z psem kompromisu. Złamałam się jednak, kiedy pojawiła się karma Braci Chart.


Kim są Bracia Chart?


Marka Barci Chart pojawiła się na rynku pet food niedawno, bo w listopadzie zeszłego roku. Firma wyrosła na gruncie wieloletniej przyjaźni i kynologicznej pasji, a moją uwagę zdołała szybko przykuć dość nietypowym produktem: Bracia oferują świeży, nisko przetworzony pokarm dla psów, oparty na składnikach spożywczej jakości czworonogom zamieszkałym w Warszawie i okolicach. Obiecują, że będzie nie tylko zdrowo i smacznie, ale również szybko i wygodnie - bo tak naprawdę Bracia Chart to nie tylko karma, ale cała usługa, której celem jest zarówno zapewnienie psu wartościowych posiłków, jak i zaoszczędzenie czasu właścicielowi czworonoga. Czy tak jest w rzeczywistości? Przekonajcie się sami.


Co jest w środku?


Karma Braci Chart bardzo przypomina domowe jedzenie - takie, jakie niektórzy z nas przyrządzają codziennie swoim pupilom. Posiłki są gotowane, zawierają wyłącznie składniki spożywczej jakości, bez dodatków jakichkolwiek środków konserwujących. Zgodnie z zasadą "im krótsza lista ingrediencji, tym lepiej" skład charciej mieszanki jest bardzo prosty. Karma zawiera jedynie lekko ścięgniste mięso wołowe II gatunku (30%); podroby wołowe takie jak serca, żwacze oraz gardziele (25%); warzywa I gatunku w tym marchewkę, pietruszkę i buraki stosowane zamiennie (13%), długoziarnisty ryż spożywczy (30%) oraz dodatki w postaci oleju rzepakowego, oliwy, jajek lub pestek słonecznika (2%). Taki zestaw powinien dobrze "zaopiekować" się nie tylko żołądkami naszych czworonożnych przyjaciół, ale również odpowiednio zadbać o kondycję ich skóry i sierści. Może się nawet okazać, że pies karmiony mieszanką Braci Chart jada lepiej od wsuwającego fast foody właściciela. Dość powiedzieć, że wołowina II gatunku, jako mięso chude i lekko ścięgniste polecana jest na grilla lub do wyrobu domowych wędlin.
Na papierowej banderoli znajdują się data przydatności do spożycia oraz szczegółowy skład.

Oczywiście, w przypadku szczeniąt, psich emerytów, alergików, czworonogów będących na diecie lub sportowców, potrzebujących pożywienia bardziej kalorycznego niż zwykłe istnieje możliwość indywidualnego dobrania składników.

Po ugotowaniu w pachnącym bulionie karma jest odsączana, schładzana, a następnie pakowana w specjalne foliowe osłonki, co sprawia, że przybiera kształt różnej wielkości “kiełbasek” owiniętych papierowymi banderolami z logiem firmy, datą przydatności do spożycia i wyszczególnionym, dokładnym składem. “Kiełbaska” może zawierać 300, 500 lub 900 gram mieszanki. W domu wystarczy rozciąć folię i przełożyć jej zawartość do psiej miski.


Jak to działa?


Oferta Braci Chart skierowana jest do psów i ich właścicieli mieszkających w Warszawie i okolicach - firma swoim zasięgiem obejmuje całą lewobrzeżną stolicę oraz sporą część aglomeracji warszawskiej. Po złożeniu zamówienia w sklepie internetowym oraz wypełnieniu formularza kontaktowego pozostaje tylko ustalić godzinę odbioru pakietu żywieniowego i cierpliwie czekać na kuriera, który dowiezie karmę do czworonożnego klienta. Płatności regulujemy przy odbiorze karmy gotówką lub kartą. Zamówić można pakiet próbny, a kiedy już będziemy mieli pewność, że karma służy czworonożnemu członkowi rodziny: tygodniowy lub miesięczny abonament. W tym ostatnim przypadku jedzenie dostarczane jest raz w tygodniu, tego samego dnia, o tej samej porze. Muszę przyznać, że to po prostu obłędnie wygodna opcja. Nie dość, że charci kurier jest wyjątkowo elastyczny i gotowy przywieźć pakiet “kiełbasek” nawet w godzinach sobotniego obiadu, to na dodatek nie trzeba przejmować się tym, że nagle w środku tygodnia otworzy się “psią szafkę” tylko po to, aby przekonać się, że jedzenie “już wyszło” i trzeba na gwałt zamówić nowy worek karmy.
Mapa, przedstawiająca terytorium Braci Chart, stąd.

Po tym, jak za kurierem zamkną się drzwi pozostaje już tylko przełożyć karmę do lodówki. To bardzo ważna czynność, o której nie można zapomnieć! Ze względu na brak substancji konserwujących karma Braci Chart powinna być przechowywana w temperaturze 2-4 stopni Celsjusza; ma również dość krótki termin przydatności do spożycia. To właśnie data ważności najpełniej świadczy o tym, że w karmie nie ma żadnych konserwantów czy ulepszaczy, co pozwala mieć pewność, że pies rzeczywiście je naturalnie i zdrowo. Niestety, wszystko to sprawia, że “kiełbaski” trzeba odstawić w przypadku podróżowania z psem.
Jedzenie na cały tydzień - prosto od kuriera.

Co się stanie, gdy z przyczyn losowych klient minie się z umówionym wcześniej kurierem? Jeżeli tylko pozwoli na to data ważności, karma zostanie przywieziona przy okazji kolejnej dostawy. Jeżeli jednak jedzenie miałoby się zepsuć Bracia Chart nie pozwolą, aby się zmarnowało. Na swojej stronie internetowej piszą wprost: nieodebrane przez klienta “kiełbaski” trafią do zaprzyjaźnionego schroniska dla bezdomnych zwierząt. To wspaniałe rozwiązanie, które aż zachęca, aby raz na jakiś czas “zapomnieć” o godzinie dostawy i akurat wyjść z domu.

Wszystkie te udogodnienia i przyjemności otrzymujemy w przypadku psa wielkości T. (24-26,5 kg zwierza) za ok. 300 zł miesięcznie, przy czym abonament, zawiera w sobie zarówno cenę karmy, jak i cotygodniowe dostawy. Biorąc pod uwagę koszt dużego worka wysokiej jakości suchego pokarmu usługi Braci Chart wypadają pod względem finansowym porównywalnie lub drożej, w zależności od producenta i aktualnych promocji. Natomiast, w zestawieniu z kosztami gotowania psu w domu przy użyciu dobrej jakości mięsa Bracia Chart są bezkonkurencyjni - nie dość, że ich usługi są sporo tańsze, to jeszcze psi opiekun ma pewność, że posiłki pupila są odpowiednio zbilansowane i nie musi spędzać zbyt dużo czasu w kuchni.


Co na to T.?


Bardzo sceptycznie podchodzę do wszelkiego rodzaju nowinek żywieniowych, T. bowiem jest strasznym niejadkiem i przekonanie jej, że to, co akurat znajduje się w misce rzeczywiście jest godne jej łaskawej uwagi potrafi być naprawdę trudną sprawą. Często śmieję, że to pies, który ma na głowie tak wiele ważnych spraw, iż nie ma czasu na tak przyziemną czynność, jaką jest jedzenie. Ku mojemu zaskoczeniu dla karmy Braci Chart bez zwłoki decydowała się porzucić pozę zblazowanej psiej arystokratki i po prostu opróżniała miskę. Więcej nawet, była gotowa za tę karmę pracować - taka sytuacja nigdy jeszcze się nam nie zdarzyła.

Warto przy tym zaznaczyć, że karma jest nie tylko smaczna, ale przy tym ma fajną konsystencję. Jest dostatecznie miękka, aby nie trzeba było jej kroić - wystarczy połamać ją palcami lub widelcem. Co więcej składniki zostały ze sobą tak sprytnie zmiksowane, że są na tyle zwarte, iż na uszach nie widać całego psiego jadłospisu. Pamiętam, że kiedy przechodziłam przez etap gotowania dla T. bardzo irytowało mnie, iż właściwie po każdym posiłku sierść na uszach dokładnie informowała o tym, co pies jadł na obiad. Zmorą był szczególnie ryż, który codziennie trzeba było wyjmować palcami lub wyczesywać z sierści. Sięgając po Braci Chart obawiałam się powrotu tego problemu, więc kiedy okazało się, że w przypadku tej mieszanki nie występuje byłam naprawdę mile zaskoczona. Zwarta konsystencja sprawia także, że karma świetnie nadaje się jako wypełniacz do konga. Myślę, że entuzjaści tej popularnej zabawki oraz osoby, które ze względów szkoleniowych nie podają psom miski będą z karmy Braci Chart bardzo zadowolone.
Sprytny kolaż, za pomocą którego próbuję zaprezentować konsystencję karmy.

Karma w wersji z marchewką okazuje się również mieć świetny wpływ na układ pokarmowy psa: jest dobrze wchłaniania, dzięki czemu kał wydalany jest regularnie i ma zwartą, suchą formę. Znika potrzeba zabierania na spacery całej baterii woreczków na odchody, a sprzątanie po psie, chociaż do najmilszych nie należy, staje się odrobinę przyjemniejsze. Opiekunowie czworonogów o delikatnych żołądkach powinni jednak uważać na opcję z dodatkiem buraków - mimo że na wszystkie pozostałe smaki T. reagowała po prostu wspaniale, po “kiełbasce” z ich dodatkiem dostała biegunki. Pozytywnym aspektem sprawy jest natomiast fakt, że kiedy doniosłam o tym Braciom bardzo się przejęli i obiecali raz jeszcze przemyśleć swoje menu. Zostałam nie tylko telefonicznie przeproszona za komplikacje, ale również otrzymałam dodatkowy, tygodniowy zapas świetnej karmy z marchewką. Inne firmy mogą uczyć się od Braci Chart profesjonalizmu i dbania o klienta.


Czy warto?


Jak najbardziej. Karma Braci Chart doskonale sprawdzi się w przypadku czworonogów, które kapryszą przy misce, a także u sportowców, którzy miski w ogóle nie znają. Usatysfakcjonuje też właścicieli, którzy chcą swoje psy karmić jedzeniem możliwie najmniej przetworzonym i jak najbardziej naturalnym, ale jednocześnie nie czują się na siłach, aby przejść na BARF-a. Bracia Chart rzeczywiście sprawiają, że jest zdrowo, smacznie, szybko i wygodnie. Pozostałe miasta Polski mogą zazdrościć stolicy.


Wady i zalety:


+ prosty, zdrowy skład;
+ smak (P. również próbował, mówi, że dobre!);
+ konsystencja: nie zostaje na sierści, nadaje się na pastę do konga;
+ karma dobrze działa na psi układ pokarmowy;
+ wygodna opcja abonamentu i cotygodniowych dostaw;
+ możliwość indywidualnego ustalenia składu karmy;
+ nieodebrane dostawy ofiarowywane schronisku;
+ konkurencyjne ceny w przypadku małych i średnich psów;
+ świetny kontakt z klientem;

- nie wszystkim psom służy opcja z buraczkami;
- duży koszt w przypadku przedstawicieli ras dużych i olbrzymich.

piątek, 28 listopada 2014

Recenzja: kula dla psa o zapachu wanilii

Po tym, jak T. zdecydowała się kompletnie zlekceważyć Konga i to bez względu na jego zawartość obiecywałam sobie, że nie będę więcej wyrzucać pieniędzy na tego typu zabawki. Doszłam do wniosku, że najwyraźniej mój pies nie pojmuje idei zdobywania jedzenia za pomocą swoich zębów i uważa, iż wszystko powinien mieć podane co najmniej na srebrnej tacy (ach, ci arystokraci! same z nimi problemy). Wiadomo, seter irlandzki - niczego innego nie należy się po nim spodziewać, a takie nastawienie pozwoli przynajmniej nieco podreperować kondycję portfela, która wyjątkowo cierpi, kiedy przychodzi do kupowania psich gadżetów… Swoje postanowienie złamałam po tym, jak T. podczas spaceru zaczęła interesować się kulą-smakulą, przyniesioną przez znajomych psiarzy. Miałam w sobie dostatecznie dużo godności, aby nie pobiec od razu do sklepu, jednak kulę-smakulę kupiłam przy najbliższej nadarzającej się okazji. W ten sposób stałam się posiadaczką kuli dla psa o zapachu wanilii firmy Karlie.


Teoria...

Kula dostępna jest w dwóch rozmiarach: większym, o średnicy 10 centymetrów oraz mniejszym, o średnicy 5 centymetrów. Mogłoby się wydawać, że dla setera odpowiedni będzie ten większy model, jednak nie dajcie się zwieść pozorom: 10 cm to wcale nie tak mało, a kula o tych wymiarach to spora piłka, która będzie nadawać się raczej dla doga niemieckiego. W związku z tym, zdecydowałam się na ten mniejszy model, wielkością odpowiadający mniej więcej piłce tenisowej. Zabawka dostępna jest w trzech kolorach: różowym, niebieskim i żółtym. Jak każdy kto chociaż raz zgubił w trawie podczas zabawy z psem piłeczkę tenisową doceniam brak zielonego w gamie kolorystycznej. Nie trudno się też domyślić, że kula, którą kupiłam T. ma kolor różowy, najbardziej rzucający się w oczy, tak w trawie, jak i na śniegu, czy domowym dywanie. Wykonana jest z dość mocnej, acz nie przesadnie twardej gumy - przy odrobinie wysiłku można np. ścisnąć ją w dłoni. W przypadku raczej delikatnego setera sprawdza się dobrze, trudno natomiast powiedzieć, czy bardziej energicznie pracujący zębami czworonóg nie zdoła szybko przerobić jej na strzępy. Warto przy tym podkreślić, że jest to nie tyle gryzak, co prosta zabawka interaktywna, która wymaga od psa przesuwania nosem, czy trącania łapą, aby dostać się do ukrytych w środku smakołyków.
Kulę najlepiej jest wypełnić suchymi, psimi ciasteczkami, aby mieć pewność, że nic nie zostanie w środku, by po jakimś czasie zaskoczyć nas niezbyt przyjemnym zapachem.
Mniejsza wersja kuli ma wielkość mniej więcej taką, jak piłka tenisowa.
Farsz użyty do wypełnienia kuli nie powinien zbyt duży.

Zabawka zaopatrzona jest w dwa otwory: przez jeden z nich, zamknięty czymś na kształt złożonej z czterech cienkich, gumowych płatków zastawki, do środka wkłada się smakołyki, przez drugi natomiast “farsz” wypada, kiedy kula jest ruchu. Wnętrze zabawki nie jest po prostu puste, tylko podzielone na przedziały tworzące krótki labirynt, który ciastko musi pokonać, nim wypadnie ze środka. Dzięki temu nie wystarczy raz przetoczyć jej po podłodze, aby dostać się do smakołyków: psiak musi trochę popracować łapami i pyskiem, aby ciastka wypadły na zewnątrz, więc strudzony właściciel może zyskać nawet kilkadziesiąt minut spokoju. Trzeba natomiast pamiętać, że nie każde smakołyki będą nadawać się do wypełnienia piłki. Ciastka, które wrzucimy do środka muszą być odpowiednio małe i ciężkie, aby miały szansę przebyć drogę od jednego otworu do drugiego. Odpada zatem wypełnienie kuli na przykład kawałkami lekkich, suszonych płuc wołowych, czy żwaczy, a także surowym mięsem, które z pewnością utknie w środku zabawki i prędzej zepsuje się, niż wydostanie na światło dzienne. Kula wyklucza więc użycie najbardziej śmierdzących, a zatem i najbardziej zachęcających psa do aktywności delikatesów. Zdaniem producenta ten problem ma rozwiązać zapach wanilii, który powinien dodatkowo zachęcać psa do zainteresowania się zabawką i walki o ciasteczka.

...w praktyce

Jak zabawa kulą wygląda w rzeczywistości? T., która dotychczas nie miała do czynienia z zabawkami interaktywnymi, nie była szczególnie zainteresowana kulą, gdy zobaczyła po raz pierwszy swój egzemplarz (w myśl zasady "kradzione nie tuczy" kula sąsiadów wzbudziła sporą ciekawość). Nie sądzę więc, aby zapach wanilii spełniał swoją funkcję - zdecydowanie większy entuzjazm, niż sama gumowa piłka budził szelest foliowego woreczka z psimi ciastkami, których użyłam, jako nadzienia. Jednak przy odrobinie zachęty z mojej strony, połączonej z prezentacją funkcjonalności zabawki sama kula również okazała się warta uwagi. Wystarczyło kilka minut wspólnego toczenia jej po dywanie i radosne piski na widok wypadających ze środka zabawki smaczków. Nie oznacza to wcale, że dalej szło już z górki: T. mieszkanie uważa przede wszystkim za miejsce, w którym można zdrzemnąć się w oczekiwaniu na kolejny spacer, a jej placem zabaw są okoliczne parki i trawniki. W związku z tym dość ciężko ją przekonać, że tej, czy innej zabawce warto poświęcić czas, który w innym wypadku przeznaczony byłby na sen lub patrzenie na pańcię w smutny sposób ("No chodźmy już na spacer..."). Kula nie cieszy się więc dostatecznym zainteresowaniem, aby T. mogła bawić się nią samodzielnie, z własnej, nieprzymuszonej woli - w naszym wypadku za każdym razem potrzebna jest do zabawy pańcina asysta.

Oczywiście, kula to nie tylko zabawka domowa. Z powodzeniem można stosować ją również na spacerach, na przykład jako piłkę do aportowania. Nie jest to jednak rozwiązanie dla wszystkich psów. W przypadku T., prawie zupełnie pozbawionej pasji aportowania, sprawdza się nieźle, bo pies, który zwykle lekceważy wszystkie rzucane mu gadżety jest gotów ruszyć cztery łapy i podjąć zabawkę. Można więc kulę wykorzystać, jako "aport dla opornych", trzeba jednak mieć na uwadze fakt, że w przypadku psów mocno nakręconych na zdobywanie smakołyków rzucanie kuli może skończyć się na zabawie "złap mnie, jeśli potrafisz", a o oddaniu aportu będzie można co najwyżej cichutko pomarzyć. W tym miejscu trzeba również zaznaczyć, że dociążona ciasteczkami kula jest bardzo wygodna w obsłudze: ma odpowiednią masę, by latać daleko i z impetem, co więcej pięknie odbija się od ziemi, zamiast po prostu utknąć w trawie.

Bez wątpienia, T. jest marnym testerem psich zabawek (konia z rzędem temu, kto wymyśli zabawkę, w której mój pies zakocha się na zabój!), mimo to mogę śmiało powiedzieć, że z odpowiednim nadzieniem kula świetnie sprawdzi się, jako “zabijacz czasu”, kiedy psiak musi dłużej zostać sam w domu, a także, jako pierwsza zabawka interaktywna dla psów, które dotychczas nie miały styczności z tego rodzaju gadżetami. Można użyć jej również, jako aportu na spacerze - nie tylko dobrze leży w dłoni, ale też lata lepiej i dalej, niż standardowa piłka tenisowa. Polecam wszystkim właścicielom futrzaków lubiących psie zabawki.


Wady i zalety

+ wielofunkcyjność;
+ konstrukcja wewnętrzna sprawia, że niełatwo dobrać się do smakołyków;
+ dobrze się nią rzuca;
+ dobra dostępność (drogie, ale wszechobecne sklepy Kakadu);
+ cena;

- nie nadaje się do każdego rodzaju smakołyków.

piątek, 8 sierpnia 2014

Recenzja: Cesar Millan "Jak uszczęśliwić psa"

Cesar Millan to osoba, której nikomu nie trzeba przedstawiać: jest co najmniej równie znany dzięki programowi telewizyjnemu “Zaklinacz psów” cieszącemu się wręcz fanatycznym uwielbieniem fanów z całego świata, co swoim kontrowersyjnym poglądom na wychowanie naszych ukochanych czworonogów. Niedawno nakładem Wydawnictwa Illuminatio ukazała się jego najnowsza książka “Jak uszczęśliwić psa. 98 najlepszych wskazówek od Zaklinacza psów” (ang. Cesar Millan's Short Guide to a Happy Dog: 98 Essential Tips and Techniques) w zamierzeniu mająca pomóc wszystkim psim przewodnikom w wychowaniu pupili na świetnych towarzyszy codziennego życia. Do tej pory nie miałam do czynienia z publikacjami książkowymi spod znaku Cesar’s Way, toteż postanowiłam bliżej przyjrzeć się jej zawartości.

Wprawdzie, jak głosi popularne przysłowie, książki nie należy oceniać po okładce, zacznę jednak od krótkiego spojrzenia na powierzchowną, a zatem wydawniczą stronę publikacji. Liczący nieco ponad 200 stron poradnik wydano w formacie mniej więcej zeszytowym (B5) w miękkiej oprawie ze skrzydełkami. Z okładki do czytelnika uśmiecha się garniturem olśniewająco białych zębów słynny autor, tulący zadowolonego z siebie buldoga. Nieco podobnych, aczkolwiek już tylko czarno-białych, zdjęć znajdziemy również w środku. Jakość wydania, szczególnie pod względem czytelności i łatwości poruszania się po książce, nie pozostawia wiele do życzenia. Szkoda tylko, że poradnik wydrukowano na brzydkim, szarym papierze.


“Jak uszczęśliwić psa” składa się w sumie z 9. rozdziałów. Przyswojenie zawartych w nich wiadomości powinno dostarczyć czytelnikowi wiedzy na temat funkcjonowania psiego mózgu, zaspokajania podstawowych potrzeb czworonogów, wyboru odpowiedniego pupila oraz rozwiązywania typowych problemów behawioralnych. Omawianie kolejno zawartości każdego z nich mija się z celem, toteż w poniższym tekście skupię się jedynie na najważniejszych, najcenniejszych, ale też i najbardziej kontrowersyjnych aspektach publikacji.

Trzy pierwsze rozdziały (“Psi stan umysłu”, “Naturalne Psie Prawa Cesara” oraz “Dziewięć prostych zasad równoważenia psa”) dotyczą funkcjonowania psiego mózgu oraz wynikających stąd metod komunikacji na linii pies-pies i pies-człowiek, a także miejsca psa we współczesnej rodzinie (jak twierdzi Cesar: w stadzie). Zakres wiadomości obejmujących psią neuroanatomię jest co najmniej mocno ograniczony. Jako, że lubię zdobywać wiedzę z dobrą dokładnością szukając tego rodzaju informacji wolałabym sięgnąć do zdecydowanie bardziej szczegółowych źródeł. Nie widzę potrzeby zamieszczania tego rodzaju wiadomości w poradniku przeznaczonym dla “szarego człowieka”, który z jednej strony takiej wiedzy za bardzo nie potrzebuje, z drugiej natomiast, jeżeli już potrzebuje to z pewnością w znacznie szerszym zakresie. Tych kilka “naukowych” stron pełni jednak w książce ważną funkcję, ma mianowicie uzasadniać teorię Millana, dotyczącą psio-ludzkiej komunikacji. Naczelny treser amerykańskich czworonogów uważa bowiem, że komunikują się one - tak ze sobą, jak i ze swoimi ludzkimi kompanami - za pomocą energii. O tym, że psy świetnie potrafią odczytywać nastroje swoich właścicieli (i nie tylko) wiadomo nie od dziś, jednak teoria Cesara, szczególnie w świetle współczesnej neurobiologii, brzmi jak tani mistycyzm. Psy - jako najbliżsi zwierzęcy towarzysze człowieka, znani ze swojej niezwykłej empatii - od dawna są przedmiotem zainteresowania naukowców, a wyniki badań, dotyczących odczytywania przez nie ludzkich intencji i nastrojów nie stanowią tajemnicy państwowej. Tym bardziej trudno mi zrozumieć, dlaczego Cesar Millan swoje teorie szkoleniowe opisuje używając instrumentarium właściwego raczej dla XIX wieku. Wszystkim zainteresowanym neurobiologią, a jednocześnie niezwiązanym zawodowo z tzw. hard science polecam rewelacyjnego bloga słynnego polskiego profesora, Jerzego Vetulaniego, ze szczególnym uwzględnieniem publikacji o neuronach lustrzanych.

Jakkolwiek naukowe podwaliny metod wychowawczych stosowanych przez autora “Jak uszczęśliwić psa” pozostawiają wiele do życzenia, niektóre z jego wychowawczych rad są całkiem rozsądne. Cesar Millan znany jest wprawdzie ze szkolenia opartego przede wszystkim na teorii dominacji (wiele mówi na ten temat już choćby tytuł jego najnowszego programu telewizyjnego “Przywódca stada”, ang. Pack Leader), przez lata jednak zdążył nieco złagodnieć i otworzyć się na koncepcję wzmocnień pozytywnych. Z tego względu w “Jak uszczęśliwić psa” znajdziemy mieszankę różnych metod szkoleniowych - zarówno awersyjnych, jak i pozytywnych. Psi przewodnik otrzymuje w omawianym poradniku zestaw wskazówek, które należy traktować z wielką ostrożnością i z pewnością nie można stosować ich “w ciemno”, względem każdego psa. Z jednej strony mamy bowiem powtarzaną wielokrotnie zasadę obchodzenia się z czworonogiem opartą na trzech krokach: ćwiczeniach (wybieganiu, rozładowaniu energii), dyscyplinie (w rozumieniu wyznaczania zasad, w ramach których zwierzę funkcjonuje w domu i konsekwentnego ich przestrzegania) oraz okazywaniu czułości, z drugiej natomiast, jako metoda naprawiania niewłaściwych zachowań proponowane jest szarpanie smyczą podczas spacerów. Cała publikacja jest zresztą pełna tego rodzaju sprzeczności. Cesar podkreśla na przykład konieczność zapewnienia psu codziennej dawki ruchu, jednocześnie proponując jako odpowiednie ćwiczenia przede wszystkim spacery na smyczy, polegające na chodzeniu cały czas przy nodze przewodnika, z krótkimi przerwami na wąchanie trawki w nagrodę. Dla mnie - jako właściciela setera irlandzkiego, a zatem psa o ogromnej potrzebie ruchu - to dość szokujące rozwiązanie; jestem pewna, że zastosowanie go w naszym przypadku mogłoby doprowadzić jedynie do ogromnej frustracji i stresu u psa, a nawet wyuczonej bezradności. Podobnie rzecz ma się w przypadku antropomorfizacji: raz autor przestrzega przed nią, jako przed wielkim niebezpieczeństwem, innym razem opisuje znaczące spojrzenie swojego psa, które kazało mu odmienić swoje życie.

Dość obszerną część publikacji zajmuje rozdział, dotyczący korygowania powszechnych u psów problemów behawioralnych, jak nadmierne podniecenie, agresja, lęk separacyjny, czy nadmierne szczekanie i gryzienie przedmiotów. Proponowane rozwiązania, będące - o czym już była mowa - połączeniem technik wywodzących się zarówno z teorii dominacji, jak i metody wzmocnień pozytywnych, opatrzone są przykładami psów, z którymi Cesar zetknął się w swojej pracy. Osobiście uważam, że tego rodzaju historie z życia wzięta są często ogromną zaletą rozmaitych publikacji szkoleniowych, niestety, nie w tym konkretnym przypadku. Opisane w “Jak uszczęśliwić psa” historie rehabilitowania konkretnych czworonogów są zdecydowanie zbyt ogólne, aby pomóc czytelnikowi w przyswojeniu proponowanych przez Cesara metod szkoleniowych. Zbyt często sprowadzają się do niewiele mówiących stwierdzeń w stylu “Przez dwa ciężkie miesiące musiałem z nią (suczką imieniem Luna) pracować w Centrum Psychologii Psa, ale w końcu udało mi się sprawić, że znów zamieszkała z Abelem”.

Jedyną częścią poradnika, którą można polecić właściwie bez jakichkolwiek zastrzeżeń jest rozdział 6, “Wybór psa, który będzie dla ciebie odpowiedni”. Aż trudno uwierzyć, że został on napisany przez tę samą osobę. Cesar nie tylko daje w nim wartościowe wskazówki, dotyczące wyboru właściwego czworonożnego towarzysza, ale też kładzie mocny nacisk na potrzeby psów, konieczność poświęcania im czasu oraz bycia przygotowanym na koszty związane między innymi z opieką weterynaryjną. Również w tym rozdziale przeczytamy o zaletach wciąż niedostatecznie powszechnego czipowania psów i sterylizacji zwierząt (Cesar rozsądnie podkreśla, że nie powinny jej podlegać jedynie reproduktory i suki hodowlane). Szczególnie tę ostatnią część powinni przeczytać wszyscy właściciele psów, którzy nie decydują się na sterylizację swoich pupili, bo “pies musi przynajmniej raz pokryć sukę”, a “każda suka co najmniej raz w życiu powinna mieć szczenięta”.

Mogłoby się wydawać, że “Jak uszczęśliwić psa” to publikacja, która ma więcej wad, niż zalet. To prawda, jednak być może wbrew pozorom tym, co najbardziej razi w niniejszym poradniku nie jest pomieszanie pozytywnych i awersyjnych metod szkoleniowych, a częste odbieganie od tematu. Sięgając po książkę pod tytułem “Jak uszczęśliwić psa” czytelnik spodziewa się w niej przede wszystkim znaleźć cenne wskazówki, dotyczące wychowania swojego czworonoga. Tymczasem poradnik w co najmniej równej mierze, co o szkoleniu psów opowiada o… prywatnym życiu autora i jest pełen nachalnej autopromocji. Dowiadujemy się między innymi, że Cesar bardzo mocno przeżył rozwód oraz podjął wiele niekorzystnych decyzji biznesowych, które ostatecznie doprowadziły go do próby samobójczej. Jego metody szkoleniowe wynoszone są do rangi życiowej filozofii, dzięki której można naprawić nawet najbardziej złamane życie, a także osiągnąć sukces w sferze rodzinnej i zawodowej. Więcej nawet - okazuje się, że program “Zaklinacz psów” jednemu z widzów dosłownie uratował życie. Cesar kreuje się na życiowego coacha, psychologa nie tylko psiego, ale i ludzkiego, a czytając “Jak uszczęśliwić psa” trudno oprzeć się wrażeniu, że książka powstała przede wszystkim w celu promocji innych dokonań autora, a nie niesienia kaganka oświaty (jaka by ona nie była) wśród zagubionych psich przewodników.

Na koniec warto zwrócić uwagę na jakość polskiego wydania publikacji. Tłumaczenie, którego autorem jest Maciej Lorenc wypada zgrabnie i chociaż osobiście nie lubię tego charakterystycznego dla amerykańskich poradników stylu nie mam mu nic do zarzucenia. Szkoda natomiast, że wydawca nie zadbał o lepsze dostosowanie publikacji dla polskiego czytelnika: na końcu książki znajduje się garść adresów przydatnych stron internetowych o ćwiczeniach, czy podróżowaniu z psem. Niestety, wszystkie te odnośniki prowadzą do stron rozmaitych amerykańskich organizacji i stowarzyszeń. Nie przedstawiają one zatem dla polskiego odbiorcy żadnej wartości. Po pierwsze, problemem jest bariera językowa chociaż znajomość języka angielskiego jest coraz bardziej powszechna, po wtóre zaś polskie i amerykańskie realia hodowli psów i opieki nad nimi są zbyt odmienne, aby lektura mogła być czymś więcej niż ciekawostką.

“Jak uszczęśliwić psa” Cesara Millana to książka, do której należy podchodzić ze sporą dozą ostrożności i zdrowego rozsądku, a także umiejętnością krytycznego myślenia. Mogę ją polecić jedynie wiernym fanom Cesara Millana, którzy być może dzięki tej publikacji złagodzą nieco swoje podejście do wychowania czworonogów. Poradnik, niestety, absolutnie nie nadaje się dla początkujących psich przewodników. Każdy kto dopiero zaczyna swoją przygodę z psami, powinien sięgnąć po inne źródła wiedzy - chociażby dlatego, że więcej jest w nich przydatnych wskazówek i porad, a mniej sławnego autora. 

Podstawowe informacje

Tytuł: "Jak uszczęśliwić psa. 98 najlepszych wskazówek od Zaklinacza psów"
Autor: Cesar Millan
Wydawca: Illuminatio
Data wydania: 2014
Tłumaczenie: Maciej Lorenc
ISBN: 978-83-63965-43-3
Cena: 39,90 zł

Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Illuminatio.

piątek, 6 czerwca 2014

Recenzja: uprząż pasowa IDC

[Nie planowałam recenzji uprzęży pasowej, którą od jakiegoś czasu można zobaczyć zdobiącą T. na niemal każdym zdjęciu, jednak na seterowym Facebooku czytelnicy zasygnalizowali, że chcieliby przeczytać na blogu taki tekst. W zgodzie z dewizą “czytelnik nasz pan”, prezentuję więc zamówioną recenzję.]

W uprząż pasową firmy Julius K9 zdecydowałam się zaopatrzyć ze względu na problem z ciągnięciem na smyczy. Obawiałam się o zdrowie T., która nigdy nie była zainteresowana tym, czy tchawicę ma w jednym, czy w kilku kawałkach, jeżeli tylko w okolicy znajdowały się ciekawe krzaki do obwąchania lub łaskawie uciekające ptaki do pogonienia. Uprząż, pod względem bezpieczeństwa i komfortu psa spisuje się wyśmienicie - dość powiedzieć, że to psi gadżet, z którego jestem chyba najbardziej zadowolona.

Julius K9 to węgierska firma, specjalizująca się w produkcji sprzętu dla psów aktywnych i pracujących. Autoryzowanym dystrybutorem jej produktów na rynek polski jest sklep p1es.pl, który w ofercie ma między innymi charakterystyczne uprzęże: K9 Power, IDC Power oraz IDC pasowe. Zdecydowałam się na model ostatni z tu wymienionych, ponieważ wydawał się pokrywać najmniejszą objętość psa po założeniu - T., jak wiecie, jest dość szczupła i nie chciałam obciążać jej bardziej obszernymi uprzężami typu IDC Power.

Dobieramy rozmiar

Po tym, jak kupiłam dla T. obrożę, którą można było zapiąć jej w talii trochę niepokoiła mnie konieczność zakupu uprzęży przez Internet. Marzyła mi się możliwość przymierzenia jej psu w sklepie stacjonarnym, aby ustrzec się od możliwości ponownego przeszacowania wielkości rudzielca. Na szczęście, okazało się, że w przypadku wszystkich uprzęży Julius K9 rozmiar dobrać jest niezwykle łatwo. Firma oferuje uprzęże pasowe IDC w sześciu rozmiarach: mini-mini, mini, 0, 1, 2, 3. Do każdego z nich przypisano zarówno orientacyjną wagę psa, jak i obwód jego klatki piersiowej. Rozmiarówka pasowych uprzęży IDC Julius K9 prezentuje się następująco:
  • mini-mini: 40-53 cm, 4-7 kg;
  • mini: 49-67 cm, 7-15 kg
  • 0: 58-76 cm, 14-25 kg;
  • 1: 63-85 cm, 23-30 kg;
  • 2: 71-96 cm, 28-40 kg;
  • 3: 82-115 cm, 40-70 kg.
Rozmiar uprzęży dobiera się przede wszystkim w oparciu o obwód klatki piersiowej psa, waga natomiast jest parametrem, który ma jedynie pomóc podjąć właściwą decyzję. Ja kierowałam się zarówno jednym, jak i drugim. Jeżeli chodzi o wymiary klatki piersiowej, teoretycznie na T. mogłyby pasować szelki zarówno w rozmiarze 1, jak i 2 (tu bliżej dolnej granicy), wiedząc jednak, że suka setera irlandzkiego nie powinna przekroczyć 28 kg wagi zdecydowałam się na jedynkę, co z kolei okazało się strzałem w dziesiątkę. Taka metoda dobierania rozmiaru jest z pewnością najbardziej dokładna. Drobne przeszacowanie wielkości psa nie będzie stanowić problemu, uprząż bowiem ma spory zakres regulacji. Poza tym, ewentualnej pomyłki można łatwo uniknąć, pilnując aby obwód klatki piersiowej psa wypadał mniej więcej w środku zakresu wielkości podanych dla danego rozmiaru szelek. Przykładowo, psiak o obwodzie klatki piersiowej 65 cm "zmieści się" zarówno w uprząż rozmiaru 0, jak 1, jednak w przypadku drugiej opcji szelki będą musiały być maksymalnie wyregulowane, stąd zerówka będzie lepszym wyborem.

Ceny uprzęży są uzależnione od rozmiaru i wahają się od 37 do 99 zł.

Uprząż “na sucho”

Jak prezentuje się uprząż pasowa IDC jeszcze bez psa w środku? Odpowiem krótko: bardzo dobrze, widać, że to produkt wysokiej jakości. Jest wykonana grubego materiału (dostępne kolory: czarny, czerwony, niebieski), który już na pierwszy rzut oka wydaje się być solidny i wytrzymały. Nie wystają żadne nitki, nic się nie pruje, a wszystkie szwy są tam, gdzie być powinny. Plastikowa klamra jest równie wysokiej jakości i nie sprawia wrażenia takiej, która mogłaby nagle odpiąć się sama z siebie. Na grzbiecie znajduje się wygodna, dobrze leżąca w dłoni rączka, za którą można złapać, by krótko trzymać psa na przykład podczas przechodzenia przez ulicę oraz stalowe kółko do przypięcia smyczy. Po bokach natomiast przypięte są napisy z logo firmy. Wszystkie elementy (regulacja, napisy, rączka) zapisane są na naprawdę mocne rzepy.
Źródło: sklep p1es.pl

Co ważne, Julius K9 oferuje do swoich uprzęży sporo dodatków. Przede wszystkim, mamy możliwość wymiany napisów: dostępnych jest kilka wzorów (FBI, Husky Power, etc.), a także opcja zamówienia pasków z dowolnie wymyślonym tekstem (imię psa, numer telefonu właściciela, czego dusza pragnie). Jedyną wadą spersonalizowanych napisów jest to, że - w przeciwieństwie to tych oficjalnych - nie są one odblaskowe. Poza tym, do uprzęży można dokupić również juki i uniwersalne sakiewki, a także końcówkę do pasów samochodowych lub pas dyspersyjny. Trudno mi wypowiadać się w kwestii wymienionych dodatków, posiadamy bowiem tylko pas samochodowy. Dostępny jest w dwóch rozmiarach dla psów powyżej i poniżej 25 kg masy, ma w pewnym zakresie regulowaną długość i dobrze sprawdził się podczas tych rzadkich okazji, kiedy T. podróżowała samochodem.

Uprząż w warunkach bojowych

Nawet niezbyt uważni czytelnicy bloga zauważyli pewnie, że T. od jakiegoś czasu na niemal każdym zamieszczanym tu zdjęciu paraduje w uprzęży pasowej IDC. Od momentu zakupu uprząż towarzyszy nam bowiem na każdym spacerze - takie oświadczenie jest chyba najlepszą rekomendacją. Nie chcę jednak pozostawiać czytelników głodnych wiedzy w kwestii tego, jak uprząż sprawuje się podczas codziennego użytku, pozwólcie, że rozwinę tę kwestię.

Po doświadczeniu z poprzednimi szelkami byłam przede wszystkim mile zaskoczona tym, jak szybko i łatwo jest ubrać psa w uprząż IDC. Wystarczy przełożyć mu szelki przez głowę i zapiąć klamrę, która, kiedy szelki są na psie, sytuuje się na boku czworonoga. Żadnego wkładania łap w odpowiednią dziurkę, żadnego grzebania gdzieś pod psim brzuchem. Założenie uprzęży trwa może 10 sekund i jest naprawdę bajecznie proste.

Uprząż rzeczywiście układa się na psie tak, aby było mu wygodnie, a gdy psiak ciągnie na smyczy nic nie uciska tchawicy - przedni pas znajduje się na klatce piersiowej. Po zachowaniu T. łatwo mogłam wywnioskować, że w uprzęży IDC czuje się bardziej swobodnie, niż w obroży - okazało się, że to co do tej pory prezentował mój pies było dziecinną igraszką, a nie prawdziwe ciągnięcie na smyczy dopiero się zaczęło. Na szczęście, rączka pozwala przytrzymać ulubieńca, co więcej dzięki niej łatwiej jest go kontrolować, niż chwytając za obrożę. Czuć, że ciężar zwierzęcia odpowiednio rozkłada się w uprzęży. Dla mnie jest to szczególnie ważne, bo T. jest z mojej perspektywy (osoby raczej drobnej) sporym i naprawdę silnym psem.

Materiał, z którego wykonana jest uprząż świetnie sprawdził się podczas błotnych zabiegów upiększających oraz kąpieli w wodzie. Pasy szybko schną, a gdy uprząż jest już sucha błoto i piach łatwo jest z niej wykruszyć, po prostu otrzepując ją ręką. W przypadku większych zabrudzeń wystarczą gąbka i trochę letniej wody (uwaga: uprzęży nie można prać w pralce). Co więcej, mimo upodobania T. do raczej niespokojnych spacerów, uprząż wciąż wygląda bardzo dobrze i jestem pewna, że będzie nam jeszcze naprawdę długo służyć. Nie zdarzyło się też, aby rozpięła się, czy zmieniła rozmiar ze względu na zbyt słabo trzymający rzep.

Jedyną wadą uprzęży jest rączka. Jest wprawdzie bardzo praktyczna, jednak jej konstrukcja nie została rozwiązana w najlepszy możliwy sposób. Przede wszystkim, rzep, który mocuje ją do uprzęży jest, w porównaniu z pozostałymi, znacznie słabszy, więc rączka często się odpina i swobodnie odstaje od szelek, zamiast płasko na nich leżeć. Poza tym, na części, którą trzyma się w dłoni znajduje się ten ostry element rzepu, co sprawia, że chwytanie za rączkę nie jest najprzyjemniejszym doświadczeniem, przynajmniej na początku. Po jakimś czasie rzep wyciera się i przestaje przeszkadzać, jednak przez pierwszych kilka dni może drapać w palce. Inna sprawa to taka, że nie przychodzi mi do głowy żadne lepsze rozwiązanie konstrukcyjne, które dałoby się tu zastosować.

Mimo wspomnianego mankamentu jestem bardzo zadowolona z uprzęży pasowej IDC. To produkt wysokiej jakości: będzie długo służył nawet najbardziej aktywnemu psu, który ceni nie tylko ruch, ale i relaksujące kąpiele błotne.
Uprząż od jakiegoś czasu można oglądać na większości zdjęć pojawiających się na blogu, tutaj prezentuję więc tylko kilka zdjęć z bliska, które pozwalają zobaczyć, jak szelki układają się na psie.

Wady i zalety

+ stosunek jakości do ceny;
+ wysoka jakość wykonania;
+ wytrzymałość;
+ łatwość czyszczenia;
+ szybkie i proste zakładanie;
+ bardzo wygodne;

- tak wygodne, że są zachętą do ciągnięcia;
- nie do końca dobrze rozwiązana rączka.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...