Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obedience. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obedience. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 czerwca 2015

"Wszystko o obedience" z Magdą Łęczycką

Obedience’owe dokonania Magdy Łęczyckiej podziwiam od dawna, więc gdy dowiedziałam, że w Warszawie będzie prowadziła dwudniowe seminarium “Wszystko o obedience” z radości podskoczyłam tak wysoko, że mało brakowało, a przebiłabym głową sufit. Niestety, radość szybko zmieniła się we frustrację: okazało się, że warsztaty zaplanowano w wyjątkowo niesprzyjającym terminie i wyglądało na to, że będę musiała obejść się smakiem. Końcowym efektem walki emocji i rozsądku był udział w sobotnich wykładach i treningach oraz niedziela, która upłynęła mi pod hasłem “dlaczego mnie tam nie ma?!”.

***

W piątek wieczorem zafundowałam T. wyjątkowo długi, wyczerpujący spacer, a w sobotę rano po krótkiej przechadzce pomachałam jej na do widzenia, po czym zamknęłam za sobą drzwi. Seminarium “Wszystko o obedience” było pierwszym psim wydarzeniem, w którym wzięłam udział… bez psa. Zapisywałam się na nie w ostatniej chwili i nawet nie przyszło mi do głowy, aby zapytać, czy zostały jeszcze miejsca dla uczestników z psami. Z jednej strony, żałuję, bo jestem pewna, że uwagi Magdy bardzo pomogłyby mi w ogarnianiu rudej. Z drugiej jednak, muszę przyznać, że było to bardzo wygodne - mogłam skupić się na słuchaniu wykładów i obserwowaniu treningów, zamiast nieustannie myśleć o tym, jak w całym tym zamieszaniu poradzi sobie T. Cieszę się też, że oszczędziłam rudej drogi na plac ćwiczeń. Będąc stworzeniem miejskim ma dobrze opanowane metro, autobusy czy tramwaje, ale psy szczekające zza płotów to zupełnie inna bajka.

Seminarium dotyczyło obedience (cóż za zaskoczenie!), jednak tematyka wkładów koncentrowała się nie na konkretnych ćwiczeniach, ale na przygotowaniu młodego psa do tego wymagającego sportu. W sobotę odbyły się dwa treningi grupowe oraz wykłady o następującej tematyce:
  • Wychowanie psa do sportu, życie codzienne;
  • Podstawy obedience: motywacja, koncentracja, budowanie sesji, korygowanie;
  • Przez zabawę do trójki, planowanie treningów.


Jak się pewnie domyślacie, siedzibę Psich Smaków opuściłam naładowana wiedzą i motywacją, a także wyposażona w zeszyt pełen notatek. Teraz, kiedy go przeglądam mam wrażenie, że mimo iż starałam się naprawdę szybko ruszać ręką i tak nie zdołałam zapisać wszystkiego.
Praca z Magdą dosłownie zwala z nóg!

Najważniejsze wnioski? Pierwszy jest taki, że chyba każdy kto przygotowuje się do przyjęcia pod dach szczeniaka powinien w tego rodzaju warsztatach uczestniczyć. Nawet, jeżeli zupełnie nie interesuje go posłuszeństwo sportowe. Pies wychowywany zgodnie z radami Magdy to nie tylko świetny towarzysz w zmaganiach na ringu, ale przede wszystkim zwierzak, z którym miło jest żyć. To bardzo ważne, bo zwykła codzienność zajmuje w życiu znacznie więcej miejsca niż treningi i starty w zawodach.
Poza tym, z bolesną jasnością zobaczyłam wszystkie błędy, jakie popełniałam na początku swojej drogi z T., głównie te dotyczące jej kontaktów z obcymi ludźmi. Powinnam była od samego początku stanowczo i brutalnie hamować zapędy wszystkich osiedlowych cmokaczy, aby podczas powitania z obcymi ludźmi nigdy nie miała choćby najmniejszej okazji zahaczyć o emocjonalny kosmos, w którym tak często przebywa. Nie da się ukryć, że T. potrzebuje dużo pracy nad samokontrolą i wyciszenia.
Muszę też przyłożyć się do budowania motywacji pokarmowej - T. od jakiegoś czasu nie ma już miski, ale prawdę mówiąc nie zauważyłam szczególnych zmian w jej nastawieniu do pracy za jedzenie. Wygląda na to, że muszę podkręcić emocje jakie ruda kojarzy z codzienną porcją karmy. Potrzebujemy aktywnego karmienia: ścigania się do jedzenia, podrzucania go, gestów, które przekonają psa, że nie tylko o pasztet warto jest powalczyć. Bierne karmienie z ręki zdecydowanie nie rozwiąże naszych gastronomicznych problemów.
Ponadto, chyba przekonałam się do idei dzienniczków treningowych. Przy czym w przypadku T. nie chodzi o to, aby wiedzieć co i kiedy ćwiczyć, ale by udało się podkreślać małe sukcesy, które zmotywują mnie do dalszej pracy - bo, prawdę mówiąc, ostatnimi czasy ruda mocno daje w kość (druga cieczko, gdzie jesteś?!).

Każdy z wykładów był świetnie poprowadzony, Magda wpierała się prezentacją i naprawdę dużą liczbą filmów dokładnie obrazujących to, o czym w danej chwili była mowa. Część materiałów video, które oglądaliśmy możecie zobaczyć na jej kanale na Youtube. Poza tym, każdego dnia odbywały się dwa treningi grupowe. Uczestnicy z psami zostali podzieleni na dwie drużyny - mniej i bardziej zaawansowaną - które kolejno szlifowały swoje umiejętności. Niestety, treningi wypadły nieco gorzej od rewelacyjnej części teoretycznej, zwłaszcza w przypadku grupy początkującej. Ćwiczeń do przerobienia podczas jednej półgodzinnej sesji było sporo, co sprawiało, że osoba próbująca skutecznie pracować z psem i jednocześnie skupiać się na wyjaśnieniach oraz udzielanych wskazówkach łatwo mogła się trochę pogubić. Widać było, że mózgi zarówno czworonogów, jak i ludzi po prostu parują - mam wrażenie, że większą efektywność można by osiągnąć stawiając na mniejszą liczbę zadań przy dokładniejszym ich przepracowaniu. Duża ilość praktyki była natomiast bardzo fajna z perspektywy obserwatorów - ja zabrałam ze sobą do domu naprawdę sporo pomysłów na ćwiczenia z T.
Gosia i Baloo są powodem, dla których seminarium było nie tylko intelektualną, ale i towarzyską ucztą.
Jak widać "Wszystko o obedience" obfitowało w niebieską, australijską pleśń (tu w postaci Grandysa)...
...ale byli obecni również przedstawiciele innych ras.

***
Seminarium “Wszystko o obedience” to wydarzenie, o którym niezmiernie trudno jest opowiedzieć, właśnie dlatego, że jest w nim… wszystko. Od budowania porozumienia ze szczeniakiem, przez naukę sztuczek pomocnych w opanowaniu konkretnych ćwiczeń, po planowanie treningów i startów w zawodach. Na dodatek przekazane w przystępny, kompetentny sposób. Wśród informacji zawartych w wykładach chyba każdy znajdzie jakąś nowość, coś co pomoże poprawić porozumienie z psem i wniesie do treningów nową jakość. A przecież mowa tu tylko o jednym dniu! Mam nadzieję, że kiedy Magda zdecyduje się na powtórkę będę mogła uczestniczyć w całym wydarzeniu. Oczywiście, z psem.


Informacje praktyczne
Organizator: Psie Smaki
Prowadzący: Magdalena Łęczycka
Koszt: 180 zł (1 dzień bez psa)
Miejsce: Sępia 22, Warszawa

piątek, 27 lutego 2015

Treningi w rozproszeniach

Jakiś czas temu T. zaczęła naprawdę dobrze radzić sobie na placu szkoleniowym - to miejsce, które nie tylko bardzo lubi, ale też kojarzy z pracą, a co za tym idzie, kiedy się tam znajduje ma co najmniej +3 do skupienia. Bardzo mnie to cieszy, mam jednak świadomość, że to wcale nie oznacza, iż mogę spocząć na laurach - przeciwnie, nadszedł czas na podniesienie kryteriów i rozpoczęcie ćwiczeń w poważnych rozproszeniach skoro pies doszedł do wniosku, że czasem warto pomyśleć.
T. potrafi całkiem nieźle koncentrować się w towarzystwie innych psów, co wynika przede wszystkim stąd, że jest raczej typem chodzącym własnym ścieżkami - chętnie się przywita, pozwoli obwąchać, a czasem nawet trochę pogania, ale w gruncie rzeczy od kontaktu z innymi przedstawicielami szlachetnego, czworonożnego gatunku oderwać ją łatwo. Zdecydowanie bardziej ruszają ją ludzie. Z każdym chciałabym się przywitać, każdego kocha aż do przesady, a entuzjazm, który się z niej wylewa podczas poznawania nowych osób potrafi być naprawdę męczący. Druga sprawa to potrzeba eksploracji terenu. W nowym miejscu T. chciałaby sobie wszystko dokładnie powąchać i sprawdzić. Jak się pewnie domyślacie, praca w nieznanym miejscu, gdzie w bezpośredniej bliskości znajdują się ludzie jest dla T. bardzo trudna, a skupienie psa na sobie wymaga ode mnie sporo wysiłku. W związku z tym, zaczęłyśmy ćwiczenia z rozproszeniami, które - mam nadzieję - nauczą T., że gdy odwiedza jakieś nowe miejsce najpierw trzeba wykonać pracę, a impreza jest dopiero potem.

Staram się raz na kilka dni zabierać T. na męczący, swobodny spacer, a kiedy już się wybiega idziemy w jakieś zatłoczone, hałaśliwe miejsce, gdzie przez kilka minut ćwiczymy. 10 minut to górna granica, której - przynajmniej na razie - nie zamierzam przekroczyć. Interesują mnie jedynie te komendy, które T. dobrze zna i potrafi w miarę ładnie wykonać podczas cotygodniowego treningu na placu: przede wszystkim chodzenie przy nodze, które jest esencją zarówno mojego ukochanego obedience, jak i rally-o. Podczas takich sesji nie obchodzą mnie jednak szczegóły, ani dokładne wykonanie ćwiczenia - nie przeszkadza mi, że pies wybiega przede mnie na prostej, czy tragicznie odpada przy zwrotach. Chcę tylko, że wszedł w nowe miejsce i zrobił bez marudzenia to, czego od niego wymagam, bez względu na to, ile osób do niego cmoka i ile dziwnych dźwięków słychać w tle.

Mogłoby się wydawać, że nie wymagam od T. zbyt wiele, jednak pies psu nierówny - wiem, że dla niej to całkiem sporo. Odważę się powiedzieć, że na razie idzie nam całkiem dobrze. T. mimo rozproszeń pracuje dość chętnie i radośnie. To dla mnie szczególnie ważne, bo spodziewałam się raczej nastawienia w stylu “Usiadłam już, widzisz? To teraz daj mi spokój!” i wykonywania komend na odczepnego, byle szybciej skończyć. Tymczasem okazało się, iż ruda zdołała otworzyć się na pracę ze mną do tego stopnia, że podczas równania jest w stanie nie tylko machać ogonem, ale też nie zrywać kontaktu wzrokowego. Można nawet powiedzieć, że coraz częściej zdarza się jej, zamiast po prostu biegać sprintem, samodzielnie pomyśleć. Zresztą - sami zobaczcie. W HD!

 

Film powstawał na przestrzeni stycznia i lutego (co - jak sądzę - widać po dokładności, z jaką T. wykonuje kolejne ćwiczenia). Wykorzystałam muzykę zespołu The Kyoto Connection, który swoją twórczość udostępnia na licencji CC BY-SA.

piątek, 20 lutego 2015

Obiwarsztaty z Team Spirit: samokontrola

W Walentynki, zamiast szykować romantyczną kolację, kolejny raz miałam okazję uczestniczyć w obedience’owych warsztatach organizowanych przez warszawski klub Team Spirit, a prowadzonych przez Jagnę Nowotarską. Tym razem zajęcia dotyczyły samokontroli, a więc zagadnienia, które opiekunowi tak energicznego psa jak T. nigdy się nie nudzi.
Przygotowania do warsztatów pochłonęły co najmniej tyle czasu, co same zajęcia. Na początek uzupełniłam zapasy szkoleniowych smakołyków - jako, że najczęściej korzystam z parówek tym razem dla odmiany postawiłam na Chappi, Frolica oraz nieśmiertelny pasztet Profi. Potem pozostało już tylko wybiegać psa oraz załatwić transport. Tymi obowiązkami podzieliliśmy się po połowie: ja korzystałam z pięknej, wiosennej pogody, szalejąc z T. na wybiegu dla psów przed Ogrodem Krasińskich, a P. usiłował zamówić taksówkę. Niestety, nie poszło tak łatwo, jak za pierwszym razem - bez względu na regulamin korporacji, większość kierowców odmawiała wpuszczenia psa do samochodu. W efekcie z domu wyjechaliśmy z niewielkim opóźnieniem. Nie straciliśmy przez to wprawdzie ani minuty zajęć, jednak dodatkowe 10 minut oczekiwania i tak okazało się zgubne w skutkach. Dałam się zwieść ciepłym, południowym promieniom słońca i zamiast po prostu poczekać zdecydowałam, że może jednak się przebiorę w nieco lżejsze, wygodniejsze rzeczy. Wszystkich tych, którzy jeszcze nie mieli okazji odwiedzić hali Team Spirit przestrzegam przed popełnieniem podobnego błędu. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak bardzo zmarzłam.
Czekając na początek warsztatów utrwalamy pozycję przy nodze...
i kukamy.
Mimo zamieszania z taksówką na miejsce dotarliśmy pierwsi. Jagna była już na hali, dzięki czemu T. mogła przez kilka minut zwiedzać ją na własną rękę, udało się jej więc z niezłą dokładnością obwąchać wszystkie kąty i sztuczną trawę. Trudno stwierdzić, czy to przez tę możliwość krótkiej eksploracji, czy może dlatego, że hala nie była już dla niej nowym miejscem, czy też po prostu pies powoli zaczyna dorastać do trudów pracy sportowej, muszę jednak przyznać, że gdy nadeszła godzina rozpoczęcia warsztatów T. była dobrze skupiona. Nie wyrywała się do innych psów, ani nie pałała niepowstrzymaną żądzą przywitania się z każdym obecnym człowiekiem.
Jagna pokazuje na Tekli o co chodzi w tej całej samokontroli.
A my grzecznie słuchamy.
Zresztą, po doświadczeniu zdobytym podczas moich pierwszych warsztatów z Jagną, tym razem najbardziej niepokoiła mnie obecność P. Istotnie, okazało się, że jeżeli ruda ma ćwiczyć P. zmuszony jest stać w mniej więcej tym samym miejscu - każda próba przemieszczenia się kończyła się tym, że pies zaczynał się rozglądać na boki, aby wyłowić go wzrokiem. Mimo wszystko, myślę, że mogę być zadowolona, P. bowiem stał na drugim końcu hali, w pewnym oddaleniu od naszej dwójki. Mam nadzieję, że powoli, małymi kroczkami uda się nam dojść do tego, że T. będzie pracować bez względu na to, kto, jak i gdzie przemieszcza się w najbliższej okolicy.

Właściwie, może nie powinnam jakoś specjalnie narzekać, bo T. poradziła sobie z samokontrolą nadspodziewanie dobrze. Spodziewałam się frustracji, wpychania ryjka do szkoleniowej nerki oraz wymuszających uderzeń łapą, tak charakterystycznych dla setera. Tymczasem, przez większość treningu miałam psa myślącego, skoncentrowanego na mnie i na zadaniu, co więcej, skoncentrowanego od razu - bez długiego okresu przejściowego potrzebnego na walkę o uwagę. Udało się nam przećwiczyć zarówno standardową samokontrolę, jak i samokontrolę z przepychaniem w siadzie i warowaniu. Ku mojej radości, zrobiłyśmy też pierwszy krok w stronę mocnego stój. T. zaskakująco dobrze radziła sobie również z samokontrolą w pozycji przy nodze, chociaż z tym miała do czynienia chyba pierwszy raz w życiu, a także z nie pobieraniem rzucanych na podłogę smakołyków.
Wszystkie te małe sukcesy bledną jednak całkowicie w obliczu tego najważniejszego: T. przetrwała ćwiczenie z rozpraszającą ją Jagną, która podeszła do nas, cmokała cichutko i dotknęła boku psa. Wytrwać w siadzie udało się dopiero (już?) za drugim podejściem, ale wierzcie mi, dla zwierza tak bardzo nastawionego na kontakt z człowiekiem to było naprawdę ogromnie trudne zadanie. Co za sukces! Taką radość mogła powiększyć tylko Jagna, komplementująca naszą wspólną pracę.
To zdjęcie jest jak motywacyjny zastrzyk. Nie mogę się napatrzeć!
Po upływie około 1,5 godziny T. była wyraźnie zmęczona myśleniem. Koncentracja powoli ulatywała, zastępowana chęcią zabawy. Wiem, że mogłaby wytrzymać dłużej na wysokich obrotach, prawda jest jednak taka, że wcale jej w tym nie pomagałam. Byłam okropnie zmarznięta, zimno zaś zawsze było moim największym wrogiem - niska temperatura potrafi skutecznie zabić u mnie wszystkie wyższe funkcje mózgu, a przecież trudno oczekiwać od psa, aby był skupiony, kiedy jego przewodnik myślami jest już w domu przy ciepłej herbacie. Na hali zostałyśmy jednak do 16 (a więc równe dwie godziny), słuchając rad i uwag kierowanych do nas oraz innych uczestników warsztatów - w końcu wiedzy nigdy za wiele.
Łapy i nogi jeszcze twardo stoją na sztucznej trawie, ale głowy ewidentnie są już w innym miejscu.


PS. Po więcej zdjęć z warsztatów zapraszam na seterowego Facebooka.

piątek, 30 stycznia 2015

Obiwarsztaty z Team Spirit: chodzenie przy nodze

Kiedy na Facebooku zobaczyłam, że w weekend 10-11 stycznia klub Team Spirit szykuje warsztaty z technik chodzenia przy nodze oraz zmian pozycji od razu pomyślałam, że takiej okazji przepuścić nie mogę. Z wydarzenia nie wynikało, żeby spotkanie było przeznaczone jedynie dla klubowiczów, a spora liczba chętnych spoza szeregów Team Spirit zachęciła mnie do działania. Natychmiast odezwałam się do prowadzącej, Jagny Nowotarskiej, by zgłosić swój udział.

Początkowo moja radość nie znała granic. Potem, dla kontrastu, wpadłam w panikę. Bo jak to możliwie, żeby mój szalony seter odnalazł się w stadzie obikujących, zakochanych w pracy borderów? Wbrew moim obawom, w zajęciach uczestniczyły nie tylko psy rasy border collie, chociaż i tak mocno rzucałyśmy się w oczy wśród samych przedstawicieli pierwszej grupy FCI. Nie uprzedzajmy jednak faktów i przyjrzyjmy się temu, co działo się jeszcze przed rozpoczęciem imprezy.

Od momentu paniki wobec warsztatów miałam mocno mieszane uczucia. Z jednej strony, byłam świadoma tego, że możliwości koncentracji T. znacznie wzrosły od czasu ostatniej kompromitacji naszej psio-ludzkiej drużyny. Z drugiej natomiast, skupienie jej na mnie podczas pierwszego w życiu pobytu na hali ze sztuczną trawą, wśród innych psów i ludzi, z którymi można się witać w nieskończoność uznałam za zadanie praktycznie niemożliwe do wykonania.

Nie zamierzałam jednak rezygnować, zaczęłam natomiast zastanawiać się, jak mogłabym ułatwić T. stojące przed nią zadanie. Pierwszym krokiem było ponowne odezwanie się do Jagny i sprawdzenie, czy na hali można pojawić się wcześniej, tak aby pies mógł sobie wszystko dokładnie powąchać. Ostatecznie, plan ów, niestety, nie wypalił. Drugą kwestią był dojazd na miejsce. Hala Team Spirit znajduje się na Mokotowie, co w normalnych warunkach oznacza dla nas konieczność spędzenia ok. 30 minut w tramwaju. Bardzo chciałam T. oszczędzić tej przyjemności, wiedząc, że po wyjściu z transportu publicznego ma zwykle wielką ochotę na swobodne bieganie, które, rzecz jasna, na hali nie wchodziło w grę. W tym wypadku rozwiązanie okazało się proste: na warsztaty pojechałyśmy taksówką. Kierowca nie był zbyt szczęśliwy musząc dowieźć nas na miejsce - padało, zatem obie byłyśmy całe mokre. Trochę poburczał, ale w końcu wpuścił nas do samochodu i pognałyśmy w nieznane. Zainteresowanych kwestią wożenia psów taksówkami informuję, że ta była zrzeszona w korporacji Taxi Grosik i trzeba było dopłacić 10 zł za combi (pies podróżował w bagażniku). Ostatnim ułatwieniem było zostawienie w domu P., który początkowo miał towarzyszyć nam w roli fotografa. Doszliśmy do wniosku, że T. będzie się łatwiej skupić, jeżeli nie będzie musiała pilnować, gdzie co chwilę znika jej drugi człowiek. Jak się domyślacie, z tego względu z warsztatów nie mam żadnych zdjęć. O tym, że na zajęcia przyjechałam zaopatrzona w ilość smaków, na której normalny pies zapewne byłby w stanie przepracować kilka miesięcy zapewne nie muszę wspominać.
To tylko zdjęcie poglądowe, na dodatek zrobione post factum. W rzeczywistości było tego dużo więcej!

***

Pierwsza tura warsztatów - chętnych było tak wiele, że podzielono ich na 3 grupy, po półtorej godziny każda - rozpoczynała się o 16. Jako, że Ruda Drużyna trafiła właśnie do pierwszej grupy, na hali byłyśmy około 15.50, T. miała więc parę chwil na pokręcenie się po sztucznej trawie i kilka aż nadto entuzjastycznych niuchnięć.

Warsztaty zaczęły się krótkim wykładem Jagny na temat nauki trudnej sztuki chodzenia przy nodze oraz zaprezentowaniem tej umiejętności w wykonaniu jej suczki BC, Tekli. Chwilę później wszyscy przystąpili do ćwiczeń ze swoimi czworonogami, prowadząca zaś monitorowała pracę poszczególnych zespołów, doradzała, podpowiadała, poprawiała.

Kiedy podeszła do nas po pierwszy T. wpadła w pełen miłości i entuzjazmu amok, który chyba nawet zdołał Jagnę nieco zadziwić. Za jej radą porzuciłam próby ustawienia psa we właściwym miejscu, z łopatką na wysokości mojego kolana, a zamiast tego zaczęłam ćwiczyć z T. samokontrolę z przepychaniem. Nie tylko w miarę szybko zdołała się uspokoić, ale też zaczęła po jakimś czasie zaczęła naprawdę ładnie pracować. Jako, że - podobnie zresztą, jak inne obecne na warsztatach psy - pozycję przy nodze miała utrwalaną w siadzie, zamiast stać uparcie siadała, miałyśmy więc pewien problem z ćwiczeniem tego elementu, świetnie z kolei - ku mojemu zaskoczeniu! - szło jej dostawianie do nogi. Usłyszałam nawet, że bestia szybko łapie, kiedy już uda się jej skoncentrować na zadaniu, ha! Aby jeszcze bardziej dać rudej w kość Jagna zaproponowała mi, żebym została dłużej i poćwiczyła również z drugą grupą. W naszym przypadku ćwiczenia sprowadzały się przede wszystkim do utrwalania właściwej pozycji u psa oraz odpowiedniego miejsca nagradzania u pańci - chodzenia przy nodze w stanie czystym właściwie nie było, ale wcale mnie to nie dziwi. To jeszcze nie ten etap, od bycia prawdziwym obidogiem T. dzielą po prostu lata świetlne. Mimo to - po tym, jak w sumie na hali spędziłyśmy około 2,5 godziny - mózg rudej ostatecznie wyparował uszami.

Muszę przyznać, że jestem z T. całkiem zadowolona. Kiedy już udało się jej skupić, bardzo ładnie pracowała, ignorując zarówno ludzi, jak i inne obecne na hali psy (również te nagradzane zabawką w bardzo entuzjastyczny sposób). Co więcej, gdy miałam okazję przez chwilę poćwiczyć z Teklą, T. dzielnie zniosła powarkiwania borderki, której nie podobało się, że inny pies nagle znalazł się “w ręku” jej przewodniczki. Warsztaty były dla T. przede wszystkim okazją do ćwiczenia koncentrowania się na pracy w ogromnych rozproszeniach, dla mnie natomiast lekcją tego, jak uczyć od zera typowo obedience’owego równania. Trudno mi powiedzieć, czy Ruda Drużyna osiągnie kiedyś ten poziom, z pewnością jednak wszystko, czego się dowiedziałam przyda się nam pod kątem zarówno rally-o, jak i życia codziennego.

***

Dobiegł już końca konkurs "Pasjonująca lektura". Wszystkim uczestnikom jestem niezmiernie wdzięczna za nadesłane odpowiedzi - dzięki nim wiem, jaka tematyka najbardziej Was interesuje. Mam nadzieję, że już niedługo będziecie mogli przeczytać na blogu teksty, o których wspominaliście w swoich konkursowych pracach. Tymczasem jednak, pora ogłosić zwycięzcę. Moje szczere gratulacje oraz nagroda wędrują do... Klaudii i jej czworonożnego przyjaciela imieniem Miloł!
O czym można przeczytać na blogu idealnym? Pytanie to jest bardzo ciekawe, jednakże z przykrością muszę stwierdzić, że nie ma na nie odpowiedzi. Dlaczego? Dlatego, że blog idealny zwyczajnie nie istnieje. Widnieje w czeluściach internetu wiele fantastycznych blogów, którym do ideału bardzo jest blisko, jednakże tego jednego, jedynego nie ma. Jest to jednak paradoksalnie rzecz pozytywna, gdyż coś, co idealne nie jest, ma szansę na nieprzerwany rozwój, dążenie do bycia lepszym, co wydaje mi się dużo bardziej interesujące, niż tworzenie czegoś, czego w żaden sposób nie da się już ulepszyć, poprawić. Rzeczą niewątpliwie fascynującą jest obserwować ów rozwój.

Pytanie postawione na początku skłania jednak do myślenia nad tym, o czym lubimy czytać, co najbardziej w tekstach blogerów sobie cenimy. I na to pytanie z chęcią odpowiem. Największą przyjemność i pożytek mojemu psu przynoszą posty dotyczące tematyki spędzania z nim czasu wolnego. Mam tu na myśli raczej nie same miejsca typu przyjazne psom kawiarnie itd., lecz czynności, jakie możemy z naszym pupilem wykonywać i które urozmaicą nam spacer czy nudne, deszczowe dni. Pomysły na zabawy, ćwiczenia, sztuczki są tym, co przyciąga moją uwagę. najmocniej. Cenię sobie również teksty dotyczące miejsca psa w przestrzeni publicznej, których i u Was nie zabrakło.

Kończąc swą wypowiedź, chciałabym serdecznie podziękować za wszystkie ciekawe, wnoszące coś do mojego i Myszastego Potwora teksty i życzyć weny na kolejny rok, a najlepiej na wiele, wiele lat!

photo credit: newkidfish (Cathy A) via photopin cc
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...