Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kraków. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kraków. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 kwietnia 2015

Pychowice

Dzięki uprzejmości mojego brata każda wizyta w Krakowie obfituje we wspaniałe spacery - możemy wybrać się w miejsca wprost idealne dla setera, w które jednak często nie sposób dotrzeć komfortowo komunikacją miejską. Tym razem, kierując się rekomendacją Ewy z bloga Pies Berek, odwiedziłyśmy Pychowice.

Pychowice to obszar, który został włączony do granic administracyjnych Krakowa w 1941 roku, obecnie wchodzący w skład dzielnicy Dębniki. Od wschodu sąsiaduje ze skałkami Twardowskiego, od południa zaś z Kampusem UJ. To zielona, trochę dzika enklawa, do której nie dotarła jeszcze moda na stawianie biurowców na każdym wolnym kawałku przestrzeni. Mam nadzieję, że tak zostanie, bowiem będąc w Pychowicach można zupełnie zapomnieć o zgiełku miasta - tylko widoczne na horyzoncie, gęsto upakowane, wysokie budynki przypominają, że cywilizacja jest bliżej niż mogłoby się wydawać.

Do Pychowic można dojechać zarówno autobusem (linie 112, 162, 412), jak i samochodem. W tym drugim przypadku najlepiej z Tynieckiej wyjechać w Jemiołową, a następnie odbić w Rodzinną. Można też wjechać w Rodzinną bezpośrednio z Tynieckiej, jednak nie polecam tej opcji - to bardzo wąska uliczka i pokonanie jej dużym samochodem może stwarzać pewne problemy. Oczywiście, da się przejechać, ale nie będzie to szczególnie komfortowa podróż. Ostatecznie jednak, bez względu na to, jaką obierze się trasę, Jemiołowa i Rodzinna zbiegają się u wejścia na pola, gdzie można spokojnie zostawić samochód i ruszyć do seterowego raju.

Wybierając się na spacer do Pychowic trzeba pamiętać o tym, że to z jednej strony tereny dość dzikie, z drugiej natomiast popularne wśród okolicznych (i nie tylko!) psiarzy. Podczas przechadzki po polach możemy więc spotkać zarówno rozmaite ptactwo, jak i miejskie czworonogi wszystkich ras i rozmiarów. Wziąwszy pod uwagę to, a także fakt, że ostatnimi czasy T. ma raczej pstro w głowie i zamiast o posłuszeństwie myśli o wiośnie zdecydowałam się zabrać ze sobą 20-metrową linę treningową. Warto przy tym dodać, że Pychowickie pola na spacer z liną nadają się znakomicie. Teren jest w miarę równy i niezbyt zadrzewiony, dzięki czemu długaśny sznur w zasadzie nie ma o co plątać się, czy zaczepiać - zakładając się, że pies bez problemu odwoła się od skupisk gęstych, kolczastych krzaków.

Decyzja o wykorzystaniu liny okazała się słuszna i nieco na wyrost jednocześnie. W pierwszej części spaceru, kiedy jeszcze rude baterie były naładowane na 110%, T. reagowała tak sobie na przywołanie i komendę zmiany kierunku, przede wszystkim zaś po podbiegnięciu do mnie nie pobierała smakołyków, a ja nie ufam jej, gdy jest w takim stanie pobudzenia, że zapomina o tym, iż warto jeść. Później jednak, kiedy już można było uznać, że rozprostowała łapy jej zachowanie jako tako unormowało się: kontrolowała pozycję moją oraz naszych spacerowych towarzyszy, szarpała się patykiem i była w miarę pozytywnie nastawiona na kontakt z człowiekiem. Wszystko jednak nie powstrzymało jej od odwiedzenia okolicznego SPA w postaci gigantycznej kałuży.

W trakcie dwóch naszych spacerów w Pychowicach spotkaliśmy pięknego Flat Coated Retrivera,  dwa maltańczyki, rhodesiana, buldożka francuskiego, a także mniejsze i większe kundelki, jednak psy szybko zniknęły nam z oczu, teren jest bowiem ogromny i nie wymusza interakcji pomiędzy psami, które nie mają na nią ochoty. T. rzecz jasna, nie wykazała zainteresowania przedstawicielami swojego własnego gatunku, zbyt zajęta eksplorowaniem środowiska. Dla takich psów Pychowice to prawdziwy raj, tamtejsze pola stwarzają im bowiem możliwość zrealizowania ich potrzeby ruchu w preferowany przez nie, a przy tym bezpieczny sposób. Teren jest oddalony od jakichkolwiek ulic, co więcej - przynajmniej na mój pierwszy rzut oka - dość czysty. Nie wiem, wyglądają pychowickie łąki w sezonie grillowym, jednak podczas naszej wizyty w trawie zauważyłam tylko jedną butelkę.

T. na spacerach bawiła się wyśmienicie - do tego stopnia, że za każdym razem zastanawiałam się, czy drogi powrotnej nie przyjdzie nam pokonywać na piechotę. Jak wiadomo, brudny, szczęśliwy seter niespecjalnie komponuje się z jasną, beżową tapicerką. Ze swej strony mogę powiedzieć, że Pychowice to obok Przylasku Rusieckiego najfajniejsze tereny spacerowe w Krakowie.

piątek, 2 stycznia 2015

Zesławice

T. nie przepada za podróżami samochodem, szczególnie tymi długimi, jednak od tej reguły jest jeden wyjątek. Auto mojego brata ruda traktuje niemalże, jak członka rodziny, któremu należy radosne, rozmerdane powitanie. Wcale mnie to nie dziwi. Zawsze bowiem, kiedy jesteśmy w Krakowie T. tym właśnie pojazdem jest wożona na spacery. I to nie byle jakie, tylko - po prostu - najlepsze. Tak było również w grudniu, kiedy odwiedziłyśmy Kraków z okazji świąt Bożego Narodzenia.

T. bardzo ucieszyła się z zabawki i zapasu pasztetu, które znalazła pod choinką w Wigilię, dla setera jednak żaden materialny prezent nie może równać się z dobrym spacerem, dlatego w pierwszy dzień świąt pojechaliśmy do Zesławic, gdzie ruda mogła szaleć do woli.
Obok schodków są zasłonięte trawą i trzcinami dziury. Pies, który w nie wpadnie może mieć problem z wydostaniem się.
Zesławickie pola.
Zesławice to nie park z wytyczonymi alejkami. Na taką wyprawę trzeba się odpowiednio ubrać.

Zesławice to część krakowskiej dzielnicy Wzgórza Krzesławickie. Niegdyś niewielka wieś; w obręb miasta została włączona dopiero w 1951 roku i chociaż od tego momentu minęło ponad 60 lat wciąż nie czuć tam wielkomiejskiej atmosfery - przeciwnie. Zesławice to przede wszystkim rozległe pola, należące do okolicznych gospodarstw oraz Zalew Zesławicki, będący z jednej strony rezerwuarem wody pitnej, z drugiej natomiast łowiskiem, z którego korzystają tamtejsi wędkarze.

Do Zesławic można dostać się zarówno samochodem, jak i komunikacją miejską (autobusy: 122, 422), droga jest jednak dość długa, bowiem centrum miasta dzieli od Zalewu Zesławickiego około 12 kilometrów. Stąd, autobus to opcja tylko dla naprawdę wytrwałych. Samochód natomiast sprawdzi się doskonale, szczególnie, że tuż obok zalewu znajduje się niewielki parking, oddzielający zbiornik wodny i przylegające do niego pola od jedynej w okolicy ruchliwej drogi.
Nadmiar atrakcji sprawił, że prawie zastała nas noc.

Serce Zesławic stanowią zbiorniki wodne, więc opiekunowie, którzy nie lubią, gdy ich czworonożni podopieczni wracając przemoczeni ze spacerów powinni to miejsce omijać szerokim łukiem. Pozostali będą się tam świetnie bawić, jednak należy pamiętać o tym, że w pogodne dni trzeba uważać na wędkarzy rozkładających się ze swoim sprzętem w nabrzeżnych zatoczkach. Psy mogą się tu kąpać, buszować w rozległych szuwarach, wystawiając wodne ptactwo lub biegać po polach. Warto podkreślić, że kaczek i innych ptaków, bytujących w pobliżu stawów i zbiorników wodnych jest tam naprawdę wiele, więc nie są to tereny spacerowe nadające się dla każdego psa bez wyjątku. Zesławice to jedno z takich miejsc, które jedni uznają za spacerowy raj, inni natomiast będą woleli omijać szerokim łukiem.

T. bawiła się tam doskonale, szczególnie, że był to dla niej pierwszy spacer po cieczce w tak atrakcyjnym dla niej miejscu. Oczywiście, nie było się bez kąpieli i kilku prób polowania. To ostatnie sprawiło, że spacer w Zesławicach był doskonałą okazją do przećwiczenia przywołania w warunkach bojowych, to znaczy w nowym, niezwykle dla psa atrakcyjnym terenie. O tym, że podczas wakacji zepsuło się nam przywołanie mogliście przeczytać na początku września: T., jak Pańcine Załamanie Nerwowe. Uważam, że to najważniejsza komenda, którą powinien znać każdy pies, dlatego od tamtego czasu nieustannie ćwiczymy przychodzenie na komendę słowną. Podczas spaceru warszawskich Arislandów, który odbył się jakiś czas temu T. popisała się stuprocentowym przywołaniem. Z jednej strony byłam z niej bardzo dumna, z drugiej natomiast nie powinno mnie to dziwić - spacer odbywał się na Polu Mokotowskim, które T. doskonale zna, nie jest to zatem tak atrakcyjne miejsce, aby dla węszenia czy zabawy z psami zrezygnować z pysznego pasztetu. Jak się pewnie domyślacie, nad Zalewem Zesławickim przywołanie nie działało równie dobrze, co w warszawskim parku. Mimo to, myślę, że mogę być zadowolona. T. bez oporów meldowała się na komendę słowną, chętna, aby odebrać swoją dawkę pasztetu. Niestety, raz biegnąc w moim kierunku skręciła w stronę wody, najpewniej chcąc pogonić kaczkę, której ja nie zauważyłam. Nieco później, aby oderwać ją od polowania w płytkiej wodzie musiałam użyć gwizdka - chmary wodnego ptactwa kąpiące się tuż obok drogi, którą szliśmy to było jednak zbyt wiele.

Wszystkie opisane wyżej atrakcje występowały wokół Zalewu Zesławickiego, który w ramach spaceru obeszliśmy dookoła. Zajęło nam to około 40 minut - potem załadowaliśmy mokrego psa do samochodu, gdzie mógł zawinąć się w ciepły psi koc i drzemać do czasu powrotu do domu.

piątek, 23 maja 2014

Dolina Będkowska

Dolina Będkowska to jedna z siedmiu dolin, które składają na Park Krajobrazowy Dolinki Krakowskie. Do tego pięknego, malowniczego miejsca trafiliśmy właściwie przez przypadek: w ramach długiego spaceru planowaliśmy wycieczkę do Doliny Kobylańskiej, jednak pobłądziliśmy wśród okolicznych wśi i zamiast do Kobylan dotarliśmy ostatecznie do Będkowic, a potem Łączek Kobylańskich. Żeby nie męczyć T. długą, jak na jej dotychczasowe doświadczenia, jazdą samochodem zdecydowaliśmy nie szukać dłużej dojazdu do Doliny Kobylańskiej, ale po prostu nieco zmienić plany.

Do doliny weszliśmy od strony Będkowic, mijając m.in. piękną, krytą gontem willę i stawy rybne. Ruszyliśmy przed siebie ulicą Jurajską: asfaltową drogą wijącą się wzdłuż wąwozu, którym płynie niewielki strumień, chcąc dotrzeć do wejścia do rezerwatu przyrody. Warto zaznaczyć, że ostatnie prywatne posesje znajdują się właściwie tuż przy wejściu do rezerwatu, więc mogą tamtędy jeździć samochody okolicznych mieszkańców i spuszczenie psa ze smyczy niekoniecznie jest dobrym pomysłem. Z kolei w samej Dolinie Będkowskiej obowiązuje - jak informują tabliczki na początku szlaku - nakaz prowadzenia psów na smyczy i w kagańcu, którego, jak się okazuje, chyba nikt nie przestrzega. Ze wstydem przyznaję, że w tym względzie zdecydowałam się wziąć przykład z tubylców.
Można pobiegać - sama radość!

Na przechadzkę wybraliśmy niebieski szlak, prowadzący przez całą długość doliny, nie nastawialiśmy jednak na pokonanie całej trasy, ale po prostu kręciliśmy się po należących do wspomnianego szlaku jarach i wąwozach. T. zachowywała się pięknie. Spodziewałam się, że przez pierwszych kilkanaście minut spaceru będzie zbyt podekscytowana, aby przejmować się tak banalnymi rzeczami, jak komendy słowne i przychodzenie na wezwanie i tak też było. Mimo to, mój pies zdołał bardzo pozytywnie mnie zaskoczyć. Kiedy ja spokojnie maszerowałam, T. wybiegała daleko do przodu, jednak z własnej inicjatywy co chwilę zawracała, żeby sprawdzić, gdzie jestem. Co więcej, raczej trzymała się szlaku, zamiast wbiegać do lasu. Zupełnie już zaskoczyła mnie, czekając na mnie przy rozwidleniu dróg, żeby sprawdzić, którą ścieżkę wybiorę i pognać nią dalej. Oczywiście, czekała nie grzecznie siedząc, ale biegając od jednej odnogi do drugiej. Jeżeli ktoś z Was pomyślał w tym momencie, że mam idealnego psa, pragnę zapewnić, iż wcale tak nie jest. Jasne, T. ma momenty olśnienia, ale najczęściej jest po prostu standardowo szalonym, młodym seterem. Na przykład kiedy dotarliśmy do polnej drogi oddzielającej uprawy od lasu najpierw wpadła wprost w młode zboże, a potem wykąpała się w błotnistych koleinach.
Maszerujemy. T. na przedzie, ja dzielnie próbuję dotrzymać jej kroku.
Przywołanie sprawdzone w warunkach bojowych.
Krótka chwila bezruchu.
T. na polach uprawnych.

Biorąc pod uwagę przepisy Dolina Będkowska to nienajlepsze miejsce na spacer ze swobodnym bieganiem, świetnie jednak nada się na intensywny dogtrekking: dzięki ukształtowaniu terenu pies będzie miał szansę popisać się swoją siłą i pomóc przewodnikowi w marszu pod górę. O ile bowiem przed sezonem można trochę “oszukać system”, o tyle w ciepłe, letnie dni po dolinie kręci się sporo ludzi, w tym rodzin z dziećmi i rowerzystów, więc spuszczanie psa może być rzeczywiście niewskazane.
Po powrocie na miejsce postojowe czekamy na naszą limuzynę.

***

Park Krajobrazowy Dolinki Krakowskie jest położony poza granicami miasta (od centrum Krakowa Dolinę Będkowską dzieli około 30 kilometrów), więc to opcja spacerowa przede wszystkim dla osób zmotoryzowanych. Nie ma problemów z parkowaniem - w okolicy znajduje się sporo miejsc postojowych na prywatnych posesjach, które właściciele udostępniają turystom za drobną opłatą (my płaciliśmy 7 zł, bez ograniczeń czasowych).
W okolice Będkowic można dostać się również autobusami 210 i 278. Niestety, są to linie jeżdżące raczej rzadko, a przystanki nie są zlokalizowane w bezpośredniej bliskości wejścia do doliny, więc trzeba nastawić się na dodatkowy spacer.


View Larger Map
photo credit: mój brat, M. S.

piątek, 2 maja 2014

Przylasek Rusiecki

Przylasek Rusiecki to rozległy zielony teren położony wprawdzie jeszcze w granicach administracyjnych Krakowa, w Nowej Hucie, jednak na tyle daleko od centrum miasta, by można było poczuć się tam, jak na wsi. Pewnie nie trafiłabym w te okolice, gdyby nie fakt, że mój brat jest zapalonym wędkarzem - w Przylasku znajduje się bowiem kilkanaście zbiorników wodnych, będących terenami wędkarskimi, wokół których rozciągają się rozległe pola.

Przylasek Rusiecki to doskonałe miejsce spacerowe, nie tylko dla setera, ale każdego psa, który lubi wodę i szalone gonitwy w trawie. Do Krakowa został przyłączony nie tak dawno, bo w 1973 roku, toteż tereny otaczające stawy są po prostu dzikie - to pola i skupiska drzew, wśród których brak wytyczonych ścieżek, a najbliższa ruchliwa ulica znajduje się w sporym oddaleniu. Dzięki temu psa można spuścić ze smyczy, by cieszył się swobodą na łonie dzikiej przyrody. To ostatnie szczególnie wymaga podkreślenia - w Przylasku nie trudno o spotkanie z sarną, czy inną dziką zwierzyną, której próżno szukać w mieście. Stąd psy o silnym łowieckim instynkcie mogą sprawiać kłopoty i jeżeli mamy problemy z przywołaniem, warto zaopatrzyć się w linę treningową. Czworonogi, które dobrze reagują na komendy słowne lub gwizdek będą się czuły jak w raju, trzeba jednak pamiętać o wędkarzach. Jak wspominałam, Przylasek Rusiecki to przede wszystkim tereny wędkarskie, więc w licznych kotlinkach na brzegach każdego ze stawów można spotkać wielu entuzjastów łowienia ryb. Przypuszczam, że psiak wpadający z rozłożone na brzegu wędki i żyłki to nic przyjemnego, toteż trzeba zwracać uwagę na to, co robi nasz pupil, aby w porę go odwołać.
Widok na akwen nr 1.

Spacer w Przylasku to przede wszystkim świetna okazja do zwodowania psa. Nad Akwenem nr 1 znajduje się niewielka piaszczysta plaża z łagodnym zejściem do wody, gdzie można powoli, w przyjazny sposób pokazać mu, że pływanie to fajna sprawa. Z kolei bardziej obyte z wodą czworonogi same znajdą wiele miejsc, w których mogą do niej wskoczyć. Pewnie niektórym z nich trudno będzie się oprzeć perspektywie kąpieli, szczególnie w ciepły dzień, dlatego warto przygotować się psychicznie i fizycznie na konieczność powrotu do miasta z mokrym psem. Sama trafiłam do Przylasku w niezbyt zachęcającą pogodę - padał deszcz i nie było zbyt ciepło. Mimo to T., która do tej pory w ogóle nie była zainteresowana pływaniem nagle stwierdziła, że nadeszła pora kąpieli i z własnej inicjatywy chlupnęła do jeziora. Niestety, wybrała sobie niezbyt dobre miejsce dla początkujących pływaków: pień powalonego drzewa, który stanowił wprawdzie wygodny pomost, jednak wprost z niego trafiało się od razu na głęboką wodę. Owszem, zaczęła pływać, ale brak gruntu pod łapami mocno ją zaniepokoił, stąd później większość spaceru upłynęła nam pod hasłem “chcę do wody, ale trochę się boję”. T. krążyła wokół brzegów kolejnych akwenów, moczyła łapy i brzuch, a nawet aportowała rzucane do wody patyki, pod warunkiem, że nie znajdowały się zbyt daleko od brzegu, ale raczej trzymała się płycizn. Po spacerze T., rzecz jasna, ociekała wodą, na szczęście jednak w samochodzie czekały na nas dwa psie koce.

Muszę podkreślić, że wspomniana plaża to kąpielisko Przylasek Rusiecki. Świetnie sprawdzi się, jako miejsce spacerowe w chłodniejsze, słotne dni, jednak latem najpewniej będzie okupowana przez rodziny z dziećmi, dlatego kiedy jest ciepło lepiej ominąć ją szerokim łukiem, żeby uniknąć ewentualnych słownych przepychanek. Na szczęście, poza akwenem nr 1 są jeszcze inne jeziora.
Dumna T. po wydobyciu drewninanego klocka z otchłani jeziora.

Właścicieli psiaków, które nie przepadają za wodą na pewno ucieszy fakt, że Przylasek to nie tylko stawy i otaczające je szuwary. Akweny od Wisły oddziela wał przeciwpożarowy i rozległe pole. To mnóstwo miejsca na bieganie, gonitwy i trening. Wszędzie natomiast jest wilgotno i błotniście, dlatego kalosze są obuwiem obowiązkowym dla każdego psiego przewodnika, który chce cieszyć się spacerem, zamiast myśleć o jeziorach w swoich… butach.
T. buszująca w trawie. W końcu spacer, podczas którego ilość miejsca do biegania odpowiada ilości energii i entuzjazmu psa.
Widok z wału przeciwpożarowego.

Jedyną wadą Przylasku Rusieckiego są śmieci. Niestety, w trawie poniewiera się sporo butelek, puszek, papierów i innych rozmaitych odpadków, które zostawiają za sobą odwiedzający to miejsce ludzie. Przy łowiskach można natknąć się na prowizoryczne kosze na śmieci, w postaci worków przyczepionych do wbitych w ziemię drewninanych tyczek, a Polski Związek Wędkarski, który dzierżawi te tereny, organizuje czasem akcje sprzątania okolicy akwenów, jednak jest to mało, aby utrzymać tam czystość. Mimo to okolice zbiorników wodnych wciąż pozostają mniej zaśmiecone, niż niejeden miejski park po "udanym" weekendzie, nie jest więc tak źle, jak mogłoby się wydawać.

Bez wahania mogę powiedzieć, że wycieczka do Przylasku Rusieckiego okazała się dla T. jak dotychczas najlepszym spacerem w życiu. Nigdy dotąd nie widziałam mojego psa biegającego po łąkach z takim entuzjazmem i radością. Tylu nowych zapachów i niesamowitych wrażeń nie przyniosły T. wszystkie spacery z zeszłego miesiąca razem wzięte. Widać było, że po prostu nie może się zdecydować, gdzie włożyć nos. Jestem przy tym z T. bardzo dumna, bo mimo mnogości interesujących rzeczy wokoło ładnie przychodziła na wezwanie, a nawet udało się nam trochę poćwiczyć chodzenie przy nodze. Rzecz jasna, po takim spacerze T. padła jeszcze w samochodzie, a po tym, jak pozwoliła zaprowadzić się do domu ponownie zajęła się spaniem. Można było zapomnieć, że w mieszkaniu w ogóle przebywa jakiś pies, taka zrobiła się grzeczna!

***

Spacer w Przylasku Rusieckim to, niestety, opcja przede wszystkim dla osób zmotoryzowanych, bo akweny od centrum miasta dzieli około 20 kilometrów. Warto wybrać się tam na cały dzień (szczególnie, jeżeli mamy w rodzinie wędkarzy!), a że Przylasek położony jest daleko od cywilizacji trzeba zabrać ze sobą nieco więcej sprzętu, niż smycz i smakołyki, więc samochód jest tym bardziej przydatny. Teoretycznie można tam dotrzeć autobusem 146, jednak to jeden z rodzaju tych jeżdżących raz na godzinę, więc decydując się na wyprawę komunikacją miejską trzeba przykroić swoje plany do rozkładów jazdy.


View Larger Map
photo credit: mój brat, M.S.

piątek, 25 kwietnia 2014

Park Lotników Polskich

Ci z Was, którzy obserwują Trend z seterem na Facebooku doskonale wiedzą, że na Wielkanoc razem z T. pojechałam do Krakowa (oczywiście, pociągiem). Jako, że mój brat ofiarował się zawozić nas samochodem na długie spacery postanowiłam skorzystać z jego uprzejmości i poświęcić tych kilka dni na zwiedzanie miasta z psiej perspektywy. Poznawanie krakowskich terenów spacerowych rozpoczęłyśmy od Parku Lotników Polskich, który dobrze wspominałam z naszej bożonarodzeniowej wizyty.

***

Park Lotników Polskich, szerzej znany pod nazwą Park AWF-u, znajduje się na Czyżynach, pomiędzy alejami Pokoju i Jana Pawła II. Cały teren liczy niemal 60 hekatrów i jest jednym z największych parków w Krakowie, słusznie obleganym przez psiarzy (i nie tylko).
Nie byłam pewna, jak T. zachowa się w nowym miejscu, więc początkowo spacerowała na 20-metrowej linie.

Park należy do tych terenów zielonych, które nie są szczególnie uporządkowane i zaprojektowane od linijki, co ma zarówno swoje zalety, jak i wady. Na początek przyjrzyjmy się tym pierwszym. Przede wszystkim z perspektywy psiarza, który chce, aby jego pupil mógł swobodnie biegać bez smyczy park z możliwie najmniejszą liczbą atrakcji to świetny wybór - można się bowiem spodziewać, że nawet w piękny, ciepły, wiosenny dzień po drodze nie spotka się zbyt wielu ludzi, których pies mógłby zaczepiać. Ta zależność dobrze sprawdza się w przypadku parku AWF-u, w którym “cywile” raczej muszą sami organizować sobie rozrywki. Znajduje się tam bowiem chyba tylko jeden niezbyt rozbudowany plac zabaw, który można łatwo ominąć podczas spaceru, z kolei Ogród Doświadczeń, położony bliżej Alei Pokoju jest ogrodzony, podobnie, jak powstająca właśnie Kraków Arena. Dzięki temu można mieć pewność, że wybierając ścieżki w pewnym oddaleniu od huśtawek i piaskownicy nie narazimy się na pretensje ze strony mam z dziećmi, a psiak będzie miał możliwość radosnego hasania między drzewami. Alejki i chodniki parkowe nie należą do najlepiej utrzymanych, przez co park nie jest zbyt atrakcyjny dla rolkarzy, za to korzysta z niego wielu biegaczy i rowerzystów. Stąd właściciele psów z tendencjami do gonienia wyżej wymienionych sportowców muszą uważać. Na szczęście, skwery pomiędzy chodnikami są na tyle duże, iż mało uważny psiak może nawet nie zauważyć, że gdzieś z boku pojawia się coś, co dałoby się pogonić. Zwłaszcza, że można liczyć na znacznie ciekawsze towarzystwo sympatycznych czworonogów i ich właścicieli.
T. może nie wyszła tu najlepiej (pozowanie nie jest jej mocną stroną), jednak w tle widać powstającą Kraków Arenę.

Wadą parku, widoczną przede wszystkim zimą, jest jego znikome oświetlenie. Latarni jest niewiele, a w niektórych częściach parku nie ma ich wcale, stąd wieczorem jest tam prawie zupełnie ciemno. Późny, wieczorny spacer może być nieco niepokojącym doświadczeniem, szczególnie dla samotnej posiadaczki psa w typie “każdego napastnika przywitam z radością i poliżę”. Podobnie rzecz ma się z koszami na śmieci (zwykłymi), które nie są rozmieszczone zbyt gęsto, z kolei koszy przeznaczonych specjalnie na psie kupy w parku nie ma wcale. Przypuszczam, że w tym kontekście nie muszę pisać, iż w parku nie uświadczymy żadnej knajpki, w której wygłodniały psi przewodnik mógłby się posilić. Niemniej, Park Lotników Polskich chociaż nie jest idealny, świetnie sprawdza się, jako miejsce przeznaczone do dzikich psich harców, czy na trening.
W Parku Lotników Polskich można na chwilę zapomnieć, że przebywa się w dużym mieście.

***

Do Parku Lotników Polskich można dostać się zarówno samochodem, jak i komunikacją miejską. Autem najlepiej podjechać od strony Alei Jana Pawła II - pomiędzy hotelem Justyna, a budynkami Akademii Wychowania Fizycznego znajduje się mała uliczka, w której można zostawić samochód. Komunikacją miejską można dostać się do parku zarówno od strony Alei Pokoju (tramwaje 1, 4, 10, 14, 22, 52, przystanek M1, Aleja Pokoju), jak i od Jana Pawła II (autobus 724, przystanek Ugorek; autobus 744, przystanek Wieczysta).

View Larger Map
photo credit: mój brat, M.S.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...