Pokazywanie postów oznaczonych etykietą współpraca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą współpraca. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 lipca 2015

Recenzja: smakołyki Sea Jerky

Każdy kto zagląda tu nie od dziś doskonale wie, że T. jest psem, którego jedzeniem trudno jest zmotywować do pracy. Ruda żyje dla swobodnego biegania lub frisbee (w tej kolejności), a że nie zawsze ma się pod ręką ulubiony park lub bezpieczne miejsce do puszczania dalekich backhandów bywa, że trening z T. zmienia się w nie lada wyzwanie. W związku z tym, poszukiwanie tych najpyszniejszych smakołyków trwa nieustannie, a ja chętnie sięgam po rozmaite nowości. Ostatnio w treningowej nerce wylądowały przysmaki Sea Jerky Tiddlers firmy FISH4DOGS.


Rybki i… jeszcze trochę rybek!

Pierwszym co rzuca się w oczy w przypadku Sea Jerky jest niezwykle prosty skład - smakołyki zawierają jedynie pieczone skóry ryb. Po prostu. Nie ma w nich zbóż, glutenu, konserwantów, czy sztucznych barwników co z pewnością docenią opiekunowie czworonożnych alergików, którym niezwykle trudno jest dobrać bezpieczną karmę i przekąski. Dzięki temu skład analityczny również wygląda zachęcająco. Rybne kostki są nisko kaloryczne i powinny dobrze sprawdzić się u psów z nadwagą i takich, które szczególnie muszą dbać o linię. W Sea Jerky Tiddlers znajdziemy: 79% białka, 2,4% tłuszczu, 0,6% błonnika, 10% popiołu oraz 0,3% kwasów Omega-3.

Warto zaznaczyć, że smakowity skład Sea Jerky ma wyraźne odzwierciedlenie w zapachu przekąsek, które są na tyle aromatyczne, że czuć je nawet przez plastikowe, hermetycznie zamknięte opakowanie. Producent wprawdzie zadbał o to, aby wyposażyć torebkę w strunowe zamknięcie, mimo to jednak nie da się w pełni uniknąć przesiąknięcia psiej szafki rybim aromatem.


Rybka? Duża, twarda sztuka!

Sea Jerky występują w dwóch wersjach: Tiddlers i Squares. Zgodnie z zaleceniami producenta, Tiddlers sprawdzą się w przypadku małych psów, jako przekąski do żucia, w przypadku dużych natomiast będą nadawać się także do wykorzystania podczas treningów. Z kolei Squares są odpowiednie dla przedstawicieli ras średnich i dużych. Smakołyki mają formę sporej wielkości kostek: Tiddlers to nieregularne sześciany o boku ok. 15 mm, Squares zaś 25 mm. Powierzchnia przysmaków nie jest gładka, ale pokarbowana - ta specyficzna faktura ma pomóc w walce z kamieniem nazębnym.


Gruba ryba i rudy pies

T. obdarzyła Sea Jerky Tiddlers gorącą miłością jeszcze przed tym, jak zdążyłam wyjąć z papierowej, pocztowej koperty plastikowe opakowanie ze smakołykami. Oczywiście, odpowiedzialny jest za to bardzo intensywny aromat przysmaków, któremu nie zdoła się oprzeć żaden pies. Obecnie wystarczy uchylić drzwiczki szafki z psimi dobrami i sięgnąć po opakowanie Sea Jerky, aby ruda natychmiast pojawiła się w kuchni, gotowa do działania, z wyrazem pyska “Zrobię wszystko, czego tylko chce, ale DAJ MI JE! JUUUŻ!”. Chyba nigdy jeszcze żaden porządny smakołyk nie był dla niej równie atrakcyjny.

Tym bardziej żałuję, że Sea Jerky nawet w wersji Tiddlers są nieco zbyt duże, by rzeczywiście można było ich wygodnie używać podczas treningu. Mimo że setery irlandzkie należą do grupy dużych ras T. nie jest w stanie szybko zjeść takiego smakołyka i przejść do dalszej pracy. Nagrodzona jedną kostką natychmiast oddala się z miejsca ćwiczeń, aby zaszyć się w jakimś cichym kąciku i w spokoju spałaszować przysmak. W związku z tym, Sea Jerky tak naprawdę sprawdzą się tylko jako nagroda na koniec treningu lub dłuższego łańcucha zachowań, po którym z jednej strony planujemy krótką przerwę, a z drugiej chcemy dać psu do zrozumienia, że wykonał naprawdę świetną pracę. Niestety, podzielenie kostek na mniejsze fragmenty nie wchodzi w grę - w przypadku łamania lub krojenia otrzymujemy 50% kawałków pysznej rybiej skórki i 50% rybnego proszku, który będzie zalegał w szkoleniowej saszetce do końca świata i jeden dzień dłużej.

Sea Jerky świetnie natomiast sprawdzają się podczas treningu klatkowego albo po prostu jako przekąski - czasoumilacze. Nie dość, że pyszne to jeszcze zdecydowanie zdrowsze od na przykład zawierających chyba całą tablicę Mendelejewa prasowanych kości. Ja większość kostek zużyłam właśnie po to, aby pokazać T., jak wystrzałowym miejscem jest jej nowa klatka. Na efekty nie trzeba było długo czekać.

Przy takim wykorzystaniu okazuje się, że niewielka, zawierająca 100 gramów (kostki są bardzo lekkie, więc to wcale nie tak mało!) produktu paczka smakołyków wystarcza na dość długo. Za 16,99 zł otrzymujemy więc pakiecik pyszności, który wcale nie wyczerpuje się tak szybko, jak można by było się tego spodziewać.


Sea Jerky Tiddlers to nisko kaloryczne przekąski dla psów, o prostym, zdrowym składzie. Powinny sprawdzić się zarówno w przypadku czworonożnych niejadków, jak i zwierzaków o wyjątkowo delikatnych żołądkach. Wprawdzie nie najlepiej spisują się podczas treningów, są jednak niezastąpione gdy trzeba pomóc psu wyciszyć się, by mógł mile spędzić w samotności kilka chwil.


Wady i zalety

+ prosty zdrowy skład;
+ brak zbóż;
+ brak glutenu;
+ brak sztucznych barwników i konserwantów;
+ wygodne opakowanie ze strunowym zamknięciem;
+ bardzo intensywny zapach, który jest ogromnie atrakcyjny dla psów;
+ dobre do zadań specjalnych (trening klatkowy!);

- zbyt duże, by można było wykorzystywać je na treningach;
- trudno je podzielić na mniejsze części, bardzo się przy tym kruszą.


Tekst powstał w ramach testów produktów biorących udział w plebiscycie TOP for DOG.

piątek, 5 czerwca 2015

Recenzja: identyfikator SafePet

Identyfikator to chyba, obok obroży i smyczy, najbardziej przydatne akcesorium, jakie można zafundować swojemu psu. Dzięki niemu zwierzak, który oddali się od właściciela ma szansę wrócić do domu nim w ogóle zauważy, że jego ulubiony człowiek gdzieś się zawieruszył. Z tego względu staram się dbać o to, aby T. była odpowiednio oznakowana zawsze, kiedy wychodzi z domu. A że nasza dotychczasowa adresówka zrobiła się już nieco niewyraźna i wytarta od kilku tygodni funkcję “metki” mojego psa pełni identyfikator SafePet.


 
Dowód osobisty?

Identyfikator SafePet został zaprojektowany na wzór dowodu osobistego - dokumentu, którego posiadaniem szczycą się pełnoletnie dwunogi. To miła koncepcja, bo przydaje wagi istnieniu zwierzęcia. W końcu tylko pełnoletni obywatele kraju mają swoje dowody osobiste, symbole dorosłości i przepustki do krainy wysoko procentowych trunków. Przyznaję uczciwie, że fakt, iż T. posiada swój dowód tożsamości mile łechce moją psiarską próżność, a także jest w pełni zgodny z moim przekonaniem, że pies jest pełnoprawnym członkiem rodziny.

W związku z taką koncepcją proces składania zamówienia jest nieco odmienny, od tego gdy przychodzi do kupowania zwykłych adresówek. Aby spersonalizować identyfikator dla swojego psa lub kota należy wejść na stronę SafePet i uzupełnić specjalny formularz, w którym trzeba umieścić zdjęcia zwierzaka, a oprócz niego takie informacje jak imię, data urodzenia, rasa, miejscowość, kolor oczu, waga, wzrost oraz ewentualne wiadomości dodatkowe, które nie są widoczne na adresówce. Jak łatwo się domyślić, konieczność podania wszystkich tych danych wynika ze specyficznego designu identyfikatora - podobne znajdziemy w ludzkim dowodzie osobistym. Niestety, wiele danych, które przydają się do identyfikacji ludzi nie ma zastosowania w przypadku zwierząt. Uważam, że waga, wzrost, czy kolor oczu zabierają na adresówce cenne miejsce, które można by przeznaczyć na inne informacje, jak choćby czip lub jego brak, a przypadku psów rasowych imię rodowodowe oraz numer tatuażu, aby w przypadku braku kontaktu z właścicielem zwierzęcia można by zadzwonić do odpowiedniego oddziału ZKwP lub hodowcy. Z tego powodu kiedy projektowałam dowód osobisty T. odpuściłam np. mierzenie i ważenie psa - zamiast tego przepisałam informacje z wzorca rasy.

Firma szybko zreflektowała się, że nadmiar niepotrzebnych danych jest problemem. Dostępna jest już nowa, zmieniona wersja adresówki - projektując ją nie wpisujemy wagi, wzrostu, czy koloru oczu psa. Zamiast tego dostajemy dwie linijki wolności, w których może znaleźć się dokładnie to, czego dusza zapragnie! Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem tego, jak szybko SafePet się rozwija i ewoluuje w stronę formy najbardziej pożądanej przez klientów.


Powszechny spis psowatych

SafePet to nie tylko adresówka, ale przede wszystkim stojąca za identyfikatorem usługa. Składając zamówienie kupujemy nie tylko fajnie wyglądający kawałek plastiku, lecz również wpis do ogólnopolskiej bazy danych oraz możliwość wydrukowania gotowych ogłoszeń o zginięciu psa. Te dodatkowe funkcje są dla mnie niezmiernie istotne - aby sprawdzić dane zwierzaka w bazie SafePet nie potrzeba specjalnych czytników, jak w przypadku mikroczipów - wystarczy smartfon z dostępem do Internetu, dzięki czemu skraca się czas kontaktu z właścicielem. Tak samo, jak w przypadku SafeAnimal wpis do bazy danych jest dożywotni i nie podlega żadnym opłatom abonamentowym.

Ogłoszenia to również bardzo pomocny dodatek. Nie życzę nikomu, aby kiedykolwiek się przydał, wyobrażam sobie jednak, że gdyby mój pies zaginął wolałabym nie tracić czasu na gimnastykę w programach graficznych, tylko kliknąć "drukuj" i pięć minut później rozwieszać ogłoszenia po okolicy. W tej smutnej godzinie okazują się przydatne dodatkowe dane, jakie zostały podane w formularzu zamówienia. Znajdziemy je właśnie na ogłoszeniu, dlatego warto dobrze zastanowić się nad tym, co chcemy napisać o swoim pupilu, podczas wypełniania formularza zamówienia. Gdy ulotki (niestety!) okażą się potrzebne wystarczy dodać miejsce zaginięcia psa i gotowe.


SafePet w praktyce

Jaki jest SafePet widać jak na dłoni - to oczywiste, że specyficzny design nie każdemu przypadnie do gustu, warto natomiast bliżej przyjrzeć się temu, jak adresówka sprawuje się codziennej, spacerowej praktyce.

Identyfikator wykonany jest z zalaminowanego plastiku, dzięki czemu jest niesamowicie lekki i prawie w ogóle nie hałasuje, kiedy pies jest w ruchu. Druk jest wyraźny, ostry, krawędzie liter nie “rozlewają się” tak, jak w przypadku poprzedniej adresówki, której używała T. Na razie, po kilku tygodniach użytkowania, dzielnie udaje mu się znosić codzienne spacery - a przy seterze, kochającym wodę, błoto i dzikie gonitwy w polu to wcale nie taka oczywista sprawa. Warto, jak w przypadku każdej adresówki, kółeczko, które dodaje do niej producent zamienić na trytykę (opaskę zaciskową), aby mieć pewność, że gadżet pozostanie na swoim miejscu do końca świata i jeden dzień dłużej.
Adresówka w porównaniu z karabińczykiem smyczy dla średniego/ dużego psa.
Adresówka w porównaniu z monetą pięciozłotową.

SafePet wydaje się być bardzo duży jest to jednak złudne wrażenie. Owszem, identyfikator w podstawowej wersji jest spory (5,4 cm x 2,9 cm), jednak nie tak gigantyczny, jak się spodziewałam oglądając zdjęcia na stronie producenta. Po prostu dobrze widać go nawet na dużym, nieźle obsypanym futrem psie. Natomiast mój początkowy lęk dotyczący tego, że najpierw będzie widać adresówkę, potem długo-długo nic, a dopiero później psa okazał zupełnie nieuzasadniony. Warto jednak wziąć pod uwagę, że jej wielkość może się okazać problematyczna w przypadku przedstawicieli ras małych lub miniaturowych. Specjalnie z myślą o nich producent niedawno wprowadził do sprzedaży identyfikator w mniejszym rozmiarze (4,1 cm x 2,4 cm).


Trudno mi dokładnie określić, jak SafePet sprawdziłby się w warunkach ekstremalnych. Na razie psa nie zgubiłam i gubić nie planuję, a T. szczęśliwie jakoś specjalnie tych zamierzeń nie utrudnia i na spacerach wcale nieźle trzyma się swoich ludzi. Mogę natomiast powiedzieć, że w życiu codziennym identyfikator spełnia swoje zadanie - daje mi poczucie, że na wszelki wypadek mój pies jest odpowiednio oznakowany, obecny w bazach danych on-line. Mam nadzieję, że to, gdyby zdarzało się jakieś nieszczęście, pomoże T. wrócić do domu.


Wady i zalety

+ wyraźny druk;
+ wodoodporność;
+ lekkość;
+ wpis do bazy danych;
+ korzystna cena;
+ brak dodatkowych opłat abonamentowych;
+ możliwość wydrukowania ogłoszeń;
+ szybki, miły kontakt z producentem;
+ firma stale ulepsza swój produkt - już dostępne są nowe wersje, które eliminują podstawowe problemy;

- nie każdemu przydanie do gustu specyficzny design;
- nie wszystkie informacje na adresówce są potrzebne;
- brak możliwości dostosowania danych widocznych na adresówce do indywidualnych potrzeb.

Dwa ostatnie punkty mają zastosowanie w przypadku wersji adresówki, którą ma T., ale są już nieaktualne - wprowadzono nową wersję identyfikatora, która eliminuje te problemy!


Tekst powstał w ramach testów produktów biorących udział w plebiscycie TOP for DOG.

piątek, 6 lutego 2015

Recenzja: karma Braci Chart

Nie od dziś wiadomo, że odpowiednie żywienie ma ogromny wpływ na zdrowie i wygląd psa, a wybór właściwej, zbilansowanej diety to jeden z ważniejszych, jakich musi dokonać świadomy właściciel każdego czworonoga. Podjęcie odpowiedniej decyzji dodatkowo utrudnia fakt, że psia dieta powinna być nie tylko zdrowa, ale akceptowana zarówno przez człowieka, jak i jego czworonoga - tak, aby ten pierwszy miał czas na coś poza przygotowywaniem psich posiłków, a ten drugi mógł jeść zdrowo i do syta. Będąc posiadaczką wyjątkowo wybrednego rudzielca, odkąd znalazłam karmę, którą T. uznała za godną swojego podniebienia byłam sceptycznie nastawiona do wszelkiego rodzaju nowinek pojawiających się na rynku pet food, zdecydowana trzymać się wywalczonego z psem kompromisu. Złamałam się jednak, kiedy pojawiła się karma Braci Chart.


Kim są Bracia Chart?


Marka Barci Chart pojawiła się na rynku pet food niedawno, bo w listopadzie zeszłego roku. Firma wyrosła na gruncie wieloletniej przyjaźni i kynologicznej pasji, a moją uwagę zdołała szybko przykuć dość nietypowym produktem: Bracia oferują świeży, nisko przetworzony pokarm dla psów, oparty na składnikach spożywczej jakości czworonogom zamieszkałym w Warszawie i okolicach. Obiecują, że będzie nie tylko zdrowo i smacznie, ale również szybko i wygodnie - bo tak naprawdę Bracia Chart to nie tylko karma, ale cała usługa, której celem jest zarówno zapewnienie psu wartościowych posiłków, jak i zaoszczędzenie czasu właścicielowi czworonoga. Czy tak jest w rzeczywistości? Przekonajcie się sami.


Co jest w środku?


Karma Braci Chart bardzo przypomina domowe jedzenie - takie, jakie niektórzy z nas przyrządzają codziennie swoim pupilom. Posiłki są gotowane, zawierają wyłącznie składniki spożywczej jakości, bez dodatków jakichkolwiek środków konserwujących. Zgodnie z zasadą "im krótsza lista ingrediencji, tym lepiej" skład charciej mieszanki jest bardzo prosty. Karma zawiera jedynie lekko ścięgniste mięso wołowe II gatunku (30%); podroby wołowe takie jak serca, żwacze oraz gardziele (25%); warzywa I gatunku w tym marchewkę, pietruszkę i buraki stosowane zamiennie (13%), długoziarnisty ryż spożywczy (30%) oraz dodatki w postaci oleju rzepakowego, oliwy, jajek lub pestek słonecznika (2%). Taki zestaw powinien dobrze "zaopiekować" się nie tylko żołądkami naszych czworonożnych przyjaciół, ale również odpowiednio zadbać o kondycję ich skóry i sierści. Może się nawet okazać, że pies karmiony mieszanką Braci Chart jada lepiej od wsuwającego fast foody właściciela. Dość powiedzieć, że wołowina II gatunku, jako mięso chude i lekko ścięgniste polecana jest na grilla lub do wyrobu domowych wędlin.
Na papierowej banderoli znajdują się data przydatności do spożycia oraz szczegółowy skład.

Oczywiście, w przypadku szczeniąt, psich emerytów, alergików, czworonogów będących na diecie lub sportowców, potrzebujących pożywienia bardziej kalorycznego niż zwykłe istnieje możliwość indywidualnego dobrania składników.

Po ugotowaniu w pachnącym bulionie karma jest odsączana, schładzana, a następnie pakowana w specjalne foliowe osłonki, co sprawia, że przybiera kształt różnej wielkości “kiełbasek” owiniętych papierowymi banderolami z logiem firmy, datą przydatności do spożycia i wyszczególnionym, dokładnym składem. “Kiełbaska” może zawierać 300, 500 lub 900 gram mieszanki. W domu wystarczy rozciąć folię i przełożyć jej zawartość do psiej miski.


Jak to działa?


Oferta Braci Chart skierowana jest do psów i ich właścicieli mieszkających w Warszawie i okolicach - firma swoim zasięgiem obejmuje całą lewobrzeżną stolicę oraz sporą część aglomeracji warszawskiej. Po złożeniu zamówienia w sklepie internetowym oraz wypełnieniu formularza kontaktowego pozostaje tylko ustalić godzinę odbioru pakietu żywieniowego i cierpliwie czekać na kuriera, który dowiezie karmę do czworonożnego klienta. Płatności regulujemy przy odbiorze karmy gotówką lub kartą. Zamówić można pakiet próbny, a kiedy już będziemy mieli pewność, że karma służy czworonożnemu członkowi rodziny: tygodniowy lub miesięczny abonament. W tym ostatnim przypadku jedzenie dostarczane jest raz w tygodniu, tego samego dnia, o tej samej porze. Muszę przyznać, że to po prostu obłędnie wygodna opcja. Nie dość, że charci kurier jest wyjątkowo elastyczny i gotowy przywieźć pakiet “kiełbasek” nawet w godzinach sobotniego obiadu, to na dodatek nie trzeba przejmować się tym, że nagle w środku tygodnia otworzy się “psią szafkę” tylko po to, aby przekonać się, że jedzenie “już wyszło” i trzeba na gwałt zamówić nowy worek karmy.
Mapa, przedstawiająca terytorium Braci Chart, stąd.

Po tym, jak za kurierem zamkną się drzwi pozostaje już tylko przełożyć karmę do lodówki. To bardzo ważna czynność, o której nie można zapomnieć! Ze względu na brak substancji konserwujących karma Braci Chart powinna być przechowywana w temperaturze 2-4 stopni Celsjusza; ma również dość krótki termin przydatności do spożycia. To właśnie data ważności najpełniej świadczy o tym, że w karmie nie ma żadnych konserwantów czy ulepszaczy, co pozwala mieć pewność, że pies rzeczywiście je naturalnie i zdrowo. Niestety, wszystko to sprawia, że “kiełbaski” trzeba odstawić w przypadku podróżowania z psem.
Jedzenie na cały tydzień - prosto od kuriera.

Co się stanie, gdy z przyczyn losowych klient minie się z umówionym wcześniej kurierem? Jeżeli tylko pozwoli na to data ważności, karma zostanie przywieziona przy okazji kolejnej dostawy. Jeżeli jednak jedzenie miałoby się zepsuć Bracia Chart nie pozwolą, aby się zmarnowało. Na swojej stronie internetowej piszą wprost: nieodebrane przez klienta “kiełbaski” trafią do zaprzyjaźnionego schroniska dla bezdomnych zwierząt. To wspaniałe rozwiązanie, które aż zachęca, aby raz na jakiś czas “zapomnieć” o godzinie dostawy i akurat wyjść z domu.

Wszystkie te udogodnienia i przyjemności otrzymujemy w przypadku psa wielkości T. (24-26,5 kg zwierza) za ok. 300 zł miesięcznie, przy czym abonament, zawiera w sobie zarówno cenę karmy, jak i cotygodniowe dostawy. Biorąc pod uwagę koszt dużego worka wysokiej jakości suchego pokarmu usługi Braci Chart wypadają pod względem finansowym porównywalnie lub drożej, w zależności od producenta i aktualnych promocji. Natomiast, w zestawieniu z kosztami gotowania psu w domu przy użyciu dobrej jakości mięsa Bracia Chart są bezkonkurencyjni - nie dość, że ich usługi są sporo tańsze, to jeszcze psi opiekun ma pewność, że posiłki pupila są odpowiednio zbilansowane i nie musi spędzać zbyt dużo czasu w kuchni.


Co na to T.?


Bardzo sceptycznie podchodzę do wszelkiego rodzaju nowinek żywieniowych, T. bowiem jest strasznym niejadkiem i przekonanie jej, że to, co akurat znajduje się w misce rzeczywiście jest godne jej łaskawej uwagi potrafi być naprawdę trudną sprawą. Często śmieję, że to pies, który ma na głowie tak wiele ważnych spraw, iż nie ma czasu na tak przyziemną czynność, jaką jest jedzenie. Ku mojemu zaskoczeniu dla karmy Braci Chart bez zwłoki decydowała się porzucić pozę zblazowanej psiej arystokratki i po prostu opróżniała miskę. Więcej nawet, była gotowa za tę karmę pracować - taka sytuacja nigdy jeszcze się nam nie zdarzyła.

Warto przy tym zaznaczyć, że karma jest nie tylko smaczna, ale przy tym ma fajną konsystencję. Jest dostatecznie miękka, aby nie trzeba było jej kroić - wystarczy połamać ją palcami lub widelcem. Co więcej składniki zostały ze sobą tak sprytnie zmiksowane, że są na tyle zwarte, iż na uszach nie widać całego psiego jadłospisu. Pamiętam, że kiedy przechodziłam przez etap gotowania dla T. bardzo irytowało mnie, iż właściwie po każdym posiłku sierść na uszach dokładnie informowała o tym, co pies jadł na obiad. Zmorą był szczególnie ryż, który codziennie trzeba było wyjmować palcami lub wyczesywać z sierści. Sięgając po Braci Chart obawiałam się powrotu tego problemu, więc kiedy okazało się, że w przypadku tej mieszanki nie występuje byłam naprawdę mile zaskoczona. Zwarta konsystencja sprawia także, że karma świetnie nadaje się jako wypełniacz do konga. Myślę, że entuzjaści tej popularnej zabawki oraz osoby, które ze względów szkoleniowych nie podają psom miski będą z karmy Braci Chart bardzo zadowolone.
Sprytny kolaż, za pomocą którego próbuję zaprezentować konsystencję karmy.

Karma w wersji z marchewką okazuje się również mieć świetny wpływ na układ pokarmowy psa: jest dobrze wchłaniania, dzięki czemu kał wydalany jest regularnie i ma zwartą, suchą formę. Znika potrzeba zabierania na spacery całej baterii woreczków na odchody, a sprzątanie po psie, chociaż do najmilszych nie należy, staje się odrobinę przyjemniejsze. Opiekunowie czworonogów o delikatnych żołądkach powinni jednak uważać na opcję z dodatkiem buraków - mimo że na wszystkie pozostałe smaki T. reagowała po prostu wspaniale, po “kiełbasce” z ich dodatkiem dostała biegunki. Pozytywnym aspektem sprawy jest natomiast fakt, że kiedy doniosłam o tym Braciom bardzo się przejęli i obiecali raz jeszcze przemyśleć swoje menu. Zostałam nie tylko telefonicznie przeproszona za komplikacje, ale również otrzymałam dodatkowy, tygodniowy zapas świetnej karmy z marchewką. Inne firmy mogą uczyć się od Braci Chart profesjonalizmu i dbania o klienta.


Czy warto?


Jak najbardziej. Karma Braci Chart doskonale sprawdzi się w przypadku czworonogów, które kapryszą przy misce, a także u sportowców, którzy miski w ogóle nie znają. Usatysfakcjonuje też właścicieli, którzy chcą swoje psy karmić jedzeniem możliwie najmniej przetworzonym i jak najbardziej naturalnym, ale jednocześnie nie czują się na siłach, aby przejść na BARF-a. Bracia Chart rzeczywiście sprawiają, że jest zdrowo, smacznie, szybko i wygodnie. Pozostałe miasta Polski mogą zazdrościć stolicy.


Wady i zalety:


+ prosty, zdrowy skład;
+ smak (P. również próbował, mówi, że dobre!);
+ konsystencja: nie zostaje na sierści, nadaje się na pastę do konga;
+ karma dobrze działa na psi układ pokarmowy;
+ wygodna opcja abonamentu i cotygodniowych dostaw;
+ możliwość indywidualnego ustalenia składu karmy;
+ nieodebrane dostawy ofiarowywane schronisku;
+ konkurencyjne ceny w przypadku małych i średnich psów;
+ świetny kontakt z klientem;

- nie wszystkim psom służy opcja z buraczkami;
- duży koszt w przypadku przedstawicieli ras dużych i olbrzymich.

sobota, 23 sierpnia 2014

Otwarcie Wilanów Dog Park

W tę sobotę miało miejsce otwarcie Wilanów Dog Park, placu zabaw dla psów, który powstał z inicjatywy produkującej karmę dla zwierząt firmy Butcher’s oraz władz dzielnicy Wilanów. Wprawdzie na terenie parku ostatnie prace wykonawcze trwały jeszcze w piątek wieczorem, jednak kiedy blogerzy - zaproszeni na godzinę 11 przez agencję PR reprezentującą Butcher’sa - zjawili się na miejscu wszystko było już gotowe na przyjęcie pierwszych psich gości.

***
Psi Park to ogrodzony teren wielkości około 1000 mkw, znajdujący się u zbiegu Alei Wilanowskiej z ulicą Przyczółkową, odrobinę ukryty pomiędzy okolicznymi placami zabaw przeznaczonymi dla dzieci. Łatwo dostać się tam zarówno samochodem, jak i komunikacją miejską (autobusy linii: 139, 164, 180, 317, 519, E2; linie podmiejskie: 700, 710, 724). Przed wejściem do środka i rozpoczęciem korzystania z oferowanych przez park atrakcji warto zapoznać się z obowiązującym w tym miejscu regulaminem. Zawierająca go tablica informacyjna znajduje się przy głównym wejściu. To dość standardowy dokument, dobrze jednak pamiętać o tym, że psy ras uznanych za niebezpieczne oraz mieszanki tych ras powinny być ubrane w kagańce, należy również sprzątać zostawiane przez czworonogi nieczystości. Na teren parku można wejść o każdej porze dnia i nocy, a wstęp jest darmowy.
Tuż za furtką...
Przyjrzyjmy się teraz temu, co znajduje się za ogrodzeniem, Wilanów Dog Park jest bowiem całkiem interesującym miejscem, co więcej - przynajmniej na razie - jedynym tego typu w całej stolicy. W parku - co może budzić pewne kontrowersje - w ogóle nie ma trawników. Zamiast po trawie psy biegają po piasku, ich właściciele zaś spacerują po wysypanych drobnymi kamykami alejkach. Konstrukcja alejek budzi we mnie pewne wątpliwości, wydawało się jednak, że czworonogi nie odczuwają żadnego dyskomfortu, biegając po nich. Z kolei zastąpienie zwykłych trawników piaskiem uważam za świetny pomysł. Trawników jest przecież w mieście co nie miara, natomiast pies mieszkający na typowym, warszawskim osiedlu rzadko ma okazję pohasać po takim nietypowym podłożu, jak piasek. Wreszcie, pozostawiane przez czworonogi “prezenty” można łatwiej i dokładniej sprzątnąć z piaszczystego podłoża.
Sekcja ogólna.
Część przeznaczona dla małych psów.
Teren został podzielony na dwie sekcje: większą, ogólną i mniejszą, przeznaczoną jedynie dla przedstawicieli małych ras. Dzięki temu właściciele maluchów, którzy niepokoją się perspektywą socjalizowania swoich czworonogów z kilkakrotnie większymi od nich psami mogą spokojnie korzystać z parku. W obu częściach znajdują się rozmaite, dostosowane do wielkości psich użytkowników, przyrządy do ćwiczeń: przeszkody o regulowanej wysokości, pochylnia, równoważnia, tunele oraz tyczki do slalomu, które umożliwiają opiekunom psów ciekawe spędzanie czasu z czworonożnymi przyjaciółmi. Dla osób, które wcześniej nie spotkały się z tego typu atrakcjami umieszczono tablice informacyjne zawierające wszelkie niezbędne wyjaśnienia, z których można się również dowiedzieć kilku ciekawostek na temat psów. Za wykonanie przyrządów odpowiada firma Novum, której prezes, pan Sławomir Chmieliński, pojawił się na miejscu (w przeciwieństwie do przedstawicieli firmy Butcher’s i agencji Blueberry). Tu chciałabym serdecznie podziękować mu zarówno za interesującą rozmowę, jak i ogromne otwarcie na wszelkie uwagi obecnych na miejscu psiarzy. Trzeba przyznać, że przeszkody zostały rozmieszczone na terenie parku w przemyślany sposób, dzięki czemu nawet duży pies może swobodnie z nich korzystać i biegać po torze, w jaki się układają. Wykonane są zaś z solidnych, odpornych tak na warunki atmosferyczne, jak i na ataki psich łap materiałów. Niestety, z części przyrządów psom trudno jest korzystać - pochylnie i kładki są zrobione z blachy, wprawdzie wytrzymałej, ale za to bardzo śliskiej. Wynikający stąd brak solidnego oparcia dla łap może budzić niepokój zwierząt, wspinających się na kładki, a nawet być przyczyną groźnych upadków. W przyszłości sponsor parku, firma Butcher’s, powinna zadbać o pokrycie powierzchni problematycznych przyrządów znacznie mniej śliskim, a przy tym co najmniej równie wytrzymałym materiałem HDPE. Pokrycie z HDPE mają na przykład widoczne na zdjęciach okrągłe platformy, które spisują się wyśmienicie.
Bawimy się w wysyłanie do tunelu.
Skaczemy przez nisko zawieszone tyczki.
Chodzimy po kładce...

...powoli i spokojnie...
...jednak ześlizgujemy się z niej i wypadamy z kadru.
Przeszkody w sekcji dla małych psów. Zdjęcia pokazują regulację wysokości, na jakiej umieszczony jest drążek.
Warto zaznaczyć, że Wilanów Dog Park to miejsce nastawione przede wszystkim na spędzanie czasu z psem - wspólną naukę korzystania z przyrządów do ćwiczeń i aktywną zabawę. Osoby, pragnące po prostu wybiegać psa tam, gdzie możliwe jest bezpieczne spuszczenie czworonoga ze smyczy mogą być zawiedzione, teren bowiem jest na tyle mały, że trochę brakuje na nim miejsca na “niezorganizowane” harce. W przypadku dużej koncentracji kilograma psa na metr kwadratowy przestrzeni może dojść do sytuacji, w której swobodnie biegające czworonogi będą przeszkadzać tym ze sportowym zacięciem. Byłoby wspaniale, gdyby teren udało się powiększyć o kawałek niezagospodarowanej plaży, na której futrzaki mogłyby po prostu biegać lub aportować przyniesione z domu zabawki, nikomu nie zawadzając.
Były też psie zabawy...
...w które nawet T. postanowiła się włączyć.
Szybko jednak postanowiła zamienić kolegów na bieganie.
Aktywne spacery to nie tylko psia przyjemność: w parku z myślą o strudzonych właścicielach czworonogów umieszczono kilka ławek. Znajdują się one w rozsądnym oddaleniu od przyrządów, otoczone przez - na razie niewielkie - drzewka, rzucające na odwiedzających przyjemny cień. Na miejscu są, oczywiście, także pojemniki na śmieci, na których zwieszone są pakiety papierowych torebek na odchody. Brakuje natomiast ujęcia wody i kilku dyżurnych misek, tak, aby psi goście mogli ugasić pragnienie w słoneczny dzień.

Czy warto odwiedzić Wilanów Dog Park? Z pewnością! Przede wszystkim, powstanie takiego miejsca to krok w dobrym kierunku - miejmy nadzieję, że z czasem wybiegów i placów zabaw dla psów zacznie pojawiać się coraz więcej. Wilanów Dog Park to bowiem na razie jedyny tego rodzaju obiekt, gdzie można pobawić się w agility (chociaż na razie ze względów bezpieczeństwa lepiej odpuścić kładkę i szałas). To świetne miejsce do zarówno do socjalizacji, jak i ćwiczeń w rozproszeniach. Przestrzeń została zorganizowana w przemyślany sposób, tak, aby rzeczywiście korzystało się z niej przyjemnie. Firma Butcher’s nie zdołała, niestety, ustrzec się od kilku potknięć podczas realizacji przedsięwzięcia, mam jednak nadzieję, że zdecyduje się na wprowadzenie niezbędnych ulepszeń, tym samym zmieniając Wilanów Dog Park w idealne miejsce na aktywne spędzanie czasu z psem.
Wady i zalety:

+ ogrodzona przestrzeń, na której można bezpiecznie spuścić psa ze smyczy;
+ dobra lokalizacja: dogodny dojazd z wielu punktów miasta;
+ przeszkody rozmieszczone w przemyślany sposób;
+ przyrządy dostosowane zarówno do małych, jak i dużych psów;
+ hopki z regulowaną wysokością;
+ solidnie wykonane przyrządy do ćwiczeń;
+ piasek zamiast trawy;

- śliskie pochylnie i huśtawki;
- drążki przeszkód w sekcji małych psów blokują się przy zmianie wysokości;
- brak ujęcia wody dla psów;
- mała powierzchnia parku.

piątek, 8 sierpnia 2014

Recenzja: Cesar Millan "Jak uszczęśliwić psa"

Cesar Millan to osoba, której nikomu nie trzeba przedstawiać: jest co najmniej równie znany dzięki programowi telewizyjnemu “Zaklinacz psów” cieszącemu się wręcz fanatycznym uwielbieniem fanów z całego świata, co swoim kontrowersyjnym poglądom na wychowanie naszych ukochanych czworonogów. Niedawno nakładem Wydawnictwa Illuminatio ukazała się jego najnowsza książka “Jak uszczęśliwić psa. 98 najlepszych wskazówek od Zaklinacza psów” (ang. Cesar Millan's Short Guide to a Happy Dog: 98 Essential Tips and Techniques) w zamierzeniu mająca pomóc wszystkim psim przewodnikom w wychowaniu pupili na świetnych towarzyszy codziennego życia. Do tej pory nie miałam do czynienia z publikacjami książkowymi spod znaku Cesar’s Way, toteż postanowiłam bliżej przyjrzeć się jej zawartości.

Wprawdzie, jak głosi popularne przysłowie, książki nie należy oceniać po okładce, zacznę jednak od krótkiego spojrzenia na powierzchowną, a zatem wydawniczą stronę publikacji. Liczący nieco ponad 200 stron poradnik wydano w formacie mniej więcej zeszytowym (B5) w miękkiej oprawie ze skrzydełkami. Z okładki do czytelnika uśmiecha się garniturem olśniewająco białych zębów słynny autor, tulący zadowolonego z siebie buldoga. Nieco podobnych, aczkolwiek już tylko czarno-białych, zdjęć znajdziemy również w środku. Jakość wydania, szczególnie pod względem czytelności i łatwości poruszania się po książce, nie pozostawia wiele do życzenia. Szkoda tylko, że poradnik wydrukowano na brzydkim, szarym papierze.


“Jak uszczęśliwić psa” składa się w sumie z 9. rozdziałów. Przyswojenie zawartych w nich wiadomości powinno dostarczyć czytelnikowi wiedzy na temat funkcjonowania psiego mózgu, zaspokajania podstawowych potrzeb czworonogów, wyboru odpowiedniego pupila oraz rozwiązywania typowych problemów behawioralnych. Omawianie kolejno zawartości każdego z nich mija się z celem, toteż w poniższym tekście skupię się jedynie na najważniejszych, najcenniejszych, ale też i najbardziej kontrowersyjnych aspektach publikacji.

Trzy pierwsze rozdziały (“Psi stan umysłu”, “Naturalne Psie Prawa Cesara” oraz “Dziewięć prostych zasad równoważenia psa”) dotyczą funkcjonowania psiego mózgu oraz wynikających stąd metod komunikacji na linii pies-pies i pies-człowiek, a także miejsca psa we współczesnej rodzinie (jak twierdzi Cesar: w stadzie). Zakres wiadomości obejmujących psią neuroanatomię jest co najmniej mocno ograniczony. Jako, że lubię zdobywać wiedzę z dobrą dokładnością szukając tego rodzaju informacji wolałabym sięgnąć do zdecydowanie bardziej szczegółowych źródeł. Nie widzę potrzeby zamieszczania tego rodzaju wiadomości w poradniku przeznaczonym dla “szarego człowieka”, który z jednej strony takiej wiedzy za bardzo nie potrzebuje, z drugiej natomiast, jeżeli już potrzebuje to z pewnością w znacznie szerszym zakresie. Tych kilka “naukowych” stron pełni jednak w książce ważną funkcję, ma mianowicie uzasadniać teorię Millana, dotyczącą psio-ludzkiej komunikacji. Naczelny treser amerykańskich czworonogów uważa bowiem, że komunikują się one - tak ze sobą, jak i ze swoimi ludzkimi kompanami - za pomocą energii. O tym, że psy świetnie potrafią odczytywać nastroje swoich właścicieli (i nie tylko) wiadomo nie od dziś, jednak teoria Cesara, szczególnie w świetle współczesnej neurobiologii, brzmi jak tani mistycyzm. Psy - jako najbliżsi zwierzęcy towarzysze człowieka, znani ze swojej niezwykłej empatii - od dawna są przedmiotem zainteresowania naukowców, a wyniki badań, dotyczących odczytywania przez nie ludzkich intencji i nastrojów nie stanowią tajemnicy państwowej. Tym bardziej trudno mi zrozumieć, dlaczego Cesar Millan swoje teorie szkoleniowe opisuje używając instrumentarium właściwego raczej dla XIX wieku. Wszystkim zainteresowanym neurobiologią, a jednocześnie niezwiązanym zawodowo z tzw. hard science polecam rewelacyjnego bloga słynnego polskiego profesora, Jerzego Vetulaniego, ze szczególnym uwzględnieniem publikacji o neuronach lustrzanych.

Jakkolwiek naukowe podwaliny metod wychowawczych stosowanych przez autora “Jak uszczęśliwić psa” pozostawiają wiele do życzenia, niektóre z jego wychowawczych rad są całkiem rozsądne. Cesar Millan znany jest wprawdzie ze szkolenia opartego przede wszystkim na teorii dominacji (wiele mówi na ten temat już choćby tytuł jego najnowszego programu telewizyjnego “Przywódca stada”, ang. Pack Leader), przez lata jednak zdążył nieco złagodnieć i otworzyć się na koncepcję wzmocnień pozytywnych. Z tego względu w “Jak uszczęśliwić psa” znajdziemy mieszankę różnych metod szkoleniowych - zarówno awersyjnych, jak i pozytywnych. Psi przewodnik otrzymuje w omawianym poradniku zestaw wskazówek, które należy traktować z wielką ostrożnością i z pewnością nie można stosować ich “w ciemno”, względem każdego psa. Z jednej strony mamy bowiem powtarzaną wielokrotnie zasadę obchodzenia się z czworonogiem opartą na trzech krokach: ćwiczeniach (wybieganiu, rozładowaniu energii), dyscyplinie (w rozumieniu wyznaczania zasad, w ramach których zwierzę funkcjonuje w domu i konsekwentnego ich przestrzegania) oraz okazywaniu czułości, z drugiej natomiast, jako metoda naprawiania niewłaściwych zachowań proponowane jest szarpanie smyczą podczas spacerów. Cała publikacja jest zresztą pełna tego rodzaju sprzeczności. Cesar podkreśla na przykład konieczność zapewnienia psu codziennej dawki ruchu, jednocześnie proponując jako odpowiednie ćwiczenia przede wszystkim spacery na smyczy, polegające na chodzeniu cały czas przy nodze przewodnika, z krótkimi przerwami na wąchanie trawki w nagrodę. Dla mnie - jako właściciela setera irlandzkiego, a zatem psa o ogromnej potrzebie ruchu - to dość szokujące rozwiązanie; jestem pewna, że zastosowanie go w naszym przypadku mogłoby doprowadzić jedynie do ogromnej frustracji i stresu u psa, a nawet wyuczonej bezradności. Podobnie rzecz ma się w przypadku antropomorfizacji: raz autor przestrzega przed nią, jako przed wielkim niebezpieczeństwem, innym razem opisuje znaczące spojrzenie swojego psa, które kazało mu odmienić swoje życie.

Dość obszerną część publikacji zajmuje rozdział, dotyczący korygowania powszechnych u psów problemów behawioralnych, jak nadmierne podniecenie, agresja, lęk separacyjny, czy nadmierne szczekanie i gryzienie przedmiotów. Proponowane rozwiązania, będące - o czym już była mowa - połączeniem technik wywodzących się zarówno z teorii dominacji, jak i metody wzmocnień pozytywnych, opatrzone są przykładami psów, z którymi Cesar zetknął się w swojej pracy. Osobiście uważam, że tego rodzaju historie z życia wzięta są często ogromną zaletą rozmaitych publikacji szkoleniowych, niestety, nie w tym konkretnym przypadku. Opisane w “Jak uszczęśliwić psa” historie rehabilitowania konkretnych czworonogów są zdecydowanie zbyt ogólne, aby pomóc czytelnikowi w przyswojeniu proponowanych przez Cesara metod szkoleniowych. Zbyt często sprowadzają się do niewiele mówiących stwierdzeń w stylu “Przez dwa ciężkie miesiące musiałem z nią (suczką imieniem Luna) pracować w Centrum Psychologii Psa, ale w końcu udało mi się sprawić, że znów zamieszkała z Abelem”.

Jedyną częścią poradnika, którą można polecić właściwie bez jakichkolwiek zastrzeżeń jest rozdział 6, “Wybór psa, który będzie dla ciebie odpowiedni”. Aż trudno uwierzyć, że został on napisany przez tę samą osobę. Cesar nie tylko daje w nim wartościowe wskazówki, dotyczące wyboru właściwego czworonożnego towarzysza, ale też kładzie mocny nacisk na potrzeby psów, konieczność poświęcania im czasu oraz bycia przygotowanym na koszty związane między innymi z opieką weterynaryjną. Również w tym rozdziale przeczytamy o zaletach wciąż niedostatecznie powszechnego czipowania psów i sterylizacji zwierząt (Cesar rozsądnie podkreśla, że nie powinny jej podlegać jedynie reproduktory i suki hodowlane). Szczególnie tę ostatnią część powinni przeczytać wszyscy właściciele psów, którzy nie decydują się na sterylizację swoich pupili, bo “pies musi przynajmniej raz pokryć sukę”, a “każda suka co najmniej raz w życiu powinna mieć szczenięta”.

Mogłoby się wydawać, że “Jak uszczęśliwić psa” to publikacja, która ma więcej wad, niż zalet. To prawda, jednak być może wbrew pozorom tym, co najbardziej razi w niniejszym poradniku nie jest pomieszanie pozytywnych i awersyjnych metod szkoleniowych, a częste odbieganie od tematu. Sięgając po książkę pod tytułem “Jak uszczęśliwić psa” czytelnik spodziewa się w niej przede wszystkim znaleźć cenne wskazówki, dotyczące wychowania swojego czworonoga. Tymczasem poradnik w co najmniej równej mierze, co o szkoleniu psów opowiada o… prywatnym życiu autora i jest pełen nachalnej autopromocji. Dowiadujemy się między innymi, że Cesar bardzo mocno przeżył rozwód oraz podjął wiele niekorzystnych decyzji biznesowych, które ostatecznie doprowadziły go do próby samobójczej. Jego metody szkoleniowe wynoszone są do rangi życiowej filozofii, dzięki której można naprawić nawet najbardziej złamane życie, a także osiągnąć sukces w sferze rodzinnej i zawodowej. Więcej nawet - okazuje się, że program “Zaklinacz psów” jednemu z widzów dosłownie uratował życie. Cesar kreuje się na życiowego coacha, psychologa nie tylko psiego, ale i ludzkiego, a czytając “Jak uszczęśliwić psa” trudno oprzeć się wrażeniu, że książka powstała przede wszystkim w celu promocji innych dokonań autora, a nie niesienia kaganka oświaty (jaka by ona nie była) wśród zagubionych psich przewodników.

Na koniec warto zwrócić uwagę na jakość polskiego wydania publikacji. Tłumaczenie, którego autorem jest Maciej Lorenc wypada zgrabnie i chociaż osobiście nie lubię tego charakterystycznego dla amerykańskich poradników stylu nie mam mu nic do zarzucenia. Szkoda natomiast, że wydawca nie zadbał o lepsze dostosowanie publikacji dla polskiego czytelnika: na końcu książki znajduje się garść adresów przydatnych stron internetowych o ćwiczeniach, czy podróżowaniu z psem. Niestety, wszystkie te odnośniki prowadzą do stron rozmaitych amerykańskich organizacji i stowarzyszeń. Nie przedstawiają one zatem dla polskiego odbiorcy żadnej wartości. Po pierwsze, problemem jest bariera językowa chociaż znajomość języka angielskiego jest coraz bardziej powszechna, po wtóre zaś polskie i amerykańskie realia hodowli psów i opieki nad nimi są zbyt odmienne, aby lektura mogła być czymś więcej niż ciekawostką.

“Jak uszczęśliwić psa” Cesara Millana to książka, do której należy podchodzić ze sporą dozą ostrożności i zdrowego rozsądku, a także umiejętnością krytycznego myślenia. Mogę ją polecić jedynie wiernym fanom Cesara Millana, którzy być może dzięki tej publikacji złagodzą nieco swoje podejście do wychowania czworonogów. Poradnik, niestety, absolutnie nie nadaje się dla początkujących psich przewodników. Każdy kto dopiero zaczyna swoją przygodę z psami, powinien sięgnąć po inne źródła wiedzy - chociażby dlatego, że więcej jest w nich przydatnych wskazówek i porad, a mniej sławnego autora. 

Podstawowe informacje

Tytuł: "Jak uszczęśliwić psa. 98 najlepszych wskazówek od Zaklinacza psów"
Autor: Cesar Millan
Wydawca: Illuminatio
Data wydania: 2014
Tłumaczenie: Maciej Lorenc
ISBN: 978-83-63965-43-3
Cena: 39,90 zł

Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Illuminatio.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...