Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sporty kynologiczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sporty kynologiczne. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 czerwca 2015

Dog Games Summer: bo liczy się frisbee!

Od dawna byłam pewna, że kiedy nadejdzie ten dzień, w którym zdecyduję się wystartować z T. w zawodach rzecz będzie dotyczyła rally-o (lub w najlepszym wypadku mojego ulubionego obedience), a tuż przed tą wiekopomną chwilą na mózgu rudej zostaną wykryte nowe, głębokie bruzdy, warunkujące obecność nieznanych jej dotychczas procesów myślowych. I chociaż zdążyłam już przywyknąć do tego, że rzeczywistość wespół z T. nierzadko kpi sobie z moich planów, muszę przyznać, iż to, jak bardzo tym razem się przeliczyłam zdumiewa nawet mnie. Nie dość, że nasz pierwszy start odbył się w dyscyplinie, która z posłuszeństwem nie ma absolutnie nic wspólnego, to jeszcze ostatnimi czasy ruda sprawia wrażenie zwierzątka cierpiącego na ciężkie odfałdowanie mózgu - chorobę skutecznie pozbawiającą wyższych funkcji myślowych, która nienaruszone pozostawia jedynie ośrodki odpowiedzialne za polowanie. Aż trudno uwierzyć, że Dog Games Summer nie zmieniło się w naszym wykonaniu z jedną wielką tragedię.

***

Dog Games to seria zawodów sportów kynologicznych rozgrywana od 2012 roku. Jeszcze rok temu obok konkurencji frisbee na DG można było wystartować także w rally-o, toteż uważnie śledziłam wszystkie doniesienia o tegorocznych edycjach, w duchu planując debiut na wiosnę. Ostatecznie, posłuszeństwo na luzie wypadło z planu zawodów, zamiast niego natomiast pojawiła się nowa konkurencja - Speed Way, polegająca na pomiarze szybkości psa, który sprintem przebiega 10 metrów. Wprawdzie T., jak przystało na rasowego maratończyka, nie jest demonem prędkości, jednak doszłam do wniosku, że mimo wszystko doświadczenie wspólnego przebywania na zawodach w charakterze nie publiczności, a uczestników jest warte 30 zł opłaty startowej. W związku z tym w sobotę rano zapakowałam całą moją rodzinę w tramwaj i we trójkę wyruszyliśmy w stronę wschodzącego (no, prawie…) Słońca.

Pobudka w sobotę o 7 rano sprawiła, że T. natychmiast wyczuła, iż knuję coś niedobrego - w weekendy wszak śpi się co najmniej do 11 - toteż na tor łyżwiarski Stegny przybyliśmy z psem na poziomie pobudzenia 101%. Na szczęście, udało się nam sprawnie załatwić wszystkie formalności, dzięki czemu T. znalazła się na 10. pozycji listy startowej (raz jeszcze dziękuję za pomoc, Monika!). Dzięki temu nie musieliśmy czekać na start zbyt długo.

Pierwszy przebieg minął wprawdzie bez rażących błędów technicznych, ale widać było, że ani pies, ani my nie do końca się w tym sporcie odnajdujemy - a wydaje się, że Speed Way to taka prosta sprawa! P. trzymał T. za szelki, a ja uciekałam od niej z dyskami, drąc się przy tym wniebogłosy (jak wiadomo, gdy chodzi o psa pańcia nie zna wstydu). Po zwolnieniu T. wystrzeliła przed siebie jak z procy, ale nastąpiło ono zbyt wcześnie, a na domiar złego ruda zdecydowała się pobawić w border collie i zamiast biec po prostej zatoczyła niewielki łuk.

Drugi przebieg był lepszy i gorszy jednocześnie. Lepszy, T. udało się poprawić swój wynik, gorszy, bo wkradła się w niego pewna niesubordynacja. Mimo to jestem zadowolona, bo ruda zrobiła, co miała zrobić, zamiast w tuż przed bramkami odbić w bok i pokazać psom walczącym w Time Trail do kogo należą wszystkie dyski świata (o czym później). Między pierwszym i drugim przebiegiem P. zdążył się zmyć, dlatego funkcję asystenta pełniła niezastąpiona Monika. Myślę, że obecność osoby spoza kręgu absolutnie najbliższych i najukochańszych ludzi zadziałała na T. motywująco. Szkoda, że ja wyzerowałam ten podwyższony poziom motywacji odwracając się w stronę psa za drugą fotokomórką zamiast biec nieprzerwanie dopóki nie minie mnie ruda kupa futra. Po tym nastąpił wspomniany zgrzyt: T. stwierdziła, że skoro już po kwalifikacjach, a ja najwyraźniej nie zamierzam jej dzierżonych w dłoniach dysków rzucać nadszedł czas na zwiedzanie. Sytuację uratowała szynka, ale przez 15 sekund, które minęły od zakończenia przebiegu do odłowienia psa zdążyłam sobie wyobrazić naprawdę wiele strasznych rzeczy. Ostatecznie, z wynikiem 36,85 km/h zeszłyśmy z pola startowego, aby powrócić na strategiczną pozycję obserwacyjną pod drzewem.

Planowałam w cieniu wspomnianego drzewa spędzić długie godziny oddając się toczeniu uczonych konwersacji o psach (a jakże!) z Mają i przyglądaniu sportowym zmaganiom. Z planów, rzecz jasna, nic nie wyszło. Jakieś pół godziny później dokładnie przed naszym nosem zaczęło się Dog Dartbee, które sprawiło, że T. kompletnie zapomniała o tym, iż jest zmęczona, spragniona i głodna, a do tego żar leje się z nieba. Wszystko to było kompletnie nieważne w obliczu faktu, że ludzie rzucali frisbee INNYM PSOM! JAK ONI MOGLI?! Ruda dała taki popis połączonego z dzikim ujadaniem wyrywania się do zawodników, że pierwszy raz w życiu serio obawiałam się, czy smycz na pewno wytrzyma. Na szczęście miała na sobie szelki, za które mogłam złapać, by odciągnąć ją i tym samym sprawić, że przestanie udowadniać, że FRISBEE NALEŻY SIĘ TYLKO JEJ. Uff. W ten sposób nie później niż o 11.30 byłyśmy już w drodze do domu. Na autobus czekałyśmy dobre pół godziny, więc T. zdążyła się uspokoić, a ja mogłam bujać w obłokach i myśleć o kolejnym dniu zawodów…

...na który w końcu nie dotarłyśmy. Po tym, jak T. spuszczona ze smyczy na wieczornym spacerze tylko chodziła (!) wokół mnie doszłam do wniosku, że jedyna odpowiedzialna rzecz, jaką mogę zrobić to pozwolić jej następnego dnia zostać w domu i zbierać siły. Tak też się stało. Nad poprawą wyniku będziemy więc (mam nadzieję) pracować dopiero w czasie edycji jesiennej. Tymczasem jednak wnioski po Dog Games Summer są następujące: czas zamienić metalową klatkę na materiałową i poważnie wziąć się za uczenie psa odpoczywania w niej; pora poważnie wziąć się za frisbee, bo to zdecydowanie najbardziej atrakcyjna rzecz, jaką mogę T. zaoferować.


photo credit: Pola Dąbrowska

piątek, 12 czerwca 2015

Dog Orient w Puszczy Bolimowskiej

Miło mi poinformować, że zdołałam zmusić P. do napisania relacji z rajdu na orientację, który niedawno odbył się w Puszczy Bolimowskiej. Wygląda na to, że klawiatura jest w stanie znieść więcej niż pańcina świadomość - wydawało mi się, że wiedziałam, jak na Dog Orient poradziła sobie moja ekipa, a tu proszę, tyle nowych szczegółów! Zapraszam do lektury!

***

Kiedy nieco ponad rok temu spisywałem moje wrażenia z pierwszego dogtrekkingu, zakończyłem je prostą tezą: “jeżeli nie zacznę biegać na 10 kilometrów, dogtrekking ma nam niewiele do zaoferowania”. Od tamtej pory temat zaczął do mnie wracać, a w ostatni weekend (6-7 czerwca) znowu trafiłem na rajd Dog Orient, kończąc go z wynikiem jednocześnie gorszym i lepszym niż poprzednio.

Rok to kawał czasu, sporo się w T. i moim życiu zmieniło, stało się też jasne, że rudy zwierz ochotę na ruch ma nie do zdarcia. W końcu więc na jesieni zaczęliśmy nieśmiało truchtać, zimę nieregularnie przebiegaliśmy, więc na wiosnę (o dziwo!) przebiegnięcie dystansu 10 kilometrów dla mnie i T. nie stanowiło wyzwania, choć T. po 8 kilometrze wyraźnie zaczynało się nudzić (co nie jest tożsame z brakiem sił!). Wreszcie z myślą o dogtrekkingu w ramach treningu zacząłem zabierać na biegi 3-kilogramowy plecak. Krótko potem pojawiły się pewne problemy. Najpierw T. zaliczyła nieudaną sterylizację, co ją na jakiś czas wyłączyło z uprawiania poważnego wysiłku fizycznego, potem ja przeciążyłem (głównie swoją niefrasobliwością) kolana. Przez to miesiąc przed zawodami dystans ponad 5 kilometrów przebiegłem tylko dwukrotnie: na warszawskim Ekidenie, a potem kilka dni przed startem, kiedy na 7 kilometrze dostałem kolki i musiałem zrobić sobie przerwę zanim dodałem brakujące 3 kilometry do domu. Nie da się ukryć, że moje przygotowanie fizyczne pozostawiało więc sporo do życzenia.

Lepiej natomiast byłem przygotowany do imprezy pod kątem organizacyjnym. Wiedziałem co i w jakiej ilości zabrać, a co sobie odpuścić, jak się ubrać. Dwa dni przed wyjazdem do Bud Grabskich przetestowałem też jeden z napojów “izotonicznych” polecanych przez Marmurkowego. Okazało się jednak, że T. była wprawdzie gotowa przełknąć wodę z miodem, za to banan został oceniony, jako niejadalny. Kiedy ostatecznie receptura została odrzucona, zostało stanowczo za mało czasu na dalsze eksperymenty i pozostaliśmy przy zwykłej wodzie. W piątek wrzuciłem wszystko czego potrzebowałem (poza klapkami) do plecaka, wsiedliśmy do pociągu i po nieco ponad godzinnej jeździe byliśmy w Skierniewicach-Rawce. Śmieszny zbieg okoliczności: gdy byłem w pociągu, mój operator GSM wysłał mi SMS-a z informacją, że zużyłem abonament internetowy. Z kolei plan dotarcia do ośrodka bazował na Google Maps. W efekcie zbłądziłem jeszcze przed startem.

W ośrodku zgarnąłem kluczyk do domku (jak się okazało - spałem sam) i poszliśmy się z T. rozpakować. Po sąsiedzku mieszkali m.in. Pestka z człowiekiem - przewodnikiem i Bohun z obstawą. Z drugiej strony mieszkało stado wyjców i szczekaczy, które boleśnie uświadomiło mi czemu ludzie mogą nie chcieć mieć psów w ośrodku na wakacjach. W towarzystwie sąsiadów i przy kilku piwach miło spędziliśmy z T. wieczór i początek nocy, ale koło północy zwinęliśmy się spać - następnego dnia o 10 startowaliśmy.

Obudziłem się o 7, zjadłem przygotowane w W-wie śniadanie, potem podrzemałem trochę, wstałem, przygotowałem się do zawodów (strój, elementy rozgrzewki, przepakować potrzebny bajzel z dużego plecaka podróżnego do małego plecaka sportowego etc.), po czym w towarzystwie “Bohunów” (Króla Wrocławskiego Chill Outu - przyp. D.) ruszyliśmy w kierunku linii startu. Dostałem mapę i 20 minut przed rozpoczęciem rajdu mogłem wreszcie spojrzeć na trasę i zdecydować jakie cele naprawdę chciałbym zrealizować podczas biegu. D. wcześniej sugerowała, że może po prostu powinienem przebiec minimalną trasę jak najszybciej, jednak ten pomysł zupełnie mi się nie podobał. 10 kilometrów zajmuje niecałą godzinę, nawet biorąc poprawkę na teren, pogodę i moją orientację, co oznaczało, że już o 12 mógłbym ruszyć z powrotem na stację kolejową. Bez sensu.

Ostatecznie stanęło na tym, że plan minimum to ~⅔ trasy, a reszta w zależności jak mi będzie szło. Będąc dobrej myśli przepchnąłem się na start do biegaczy i po chwili ruszyliśmy. T. tylko na to czekała i jak zwykle na początku wyrwała na przód niczym Shadowfax pod Gandalfem. Kilkaset metrów za linią startu biegłem razem z parą nieznanych ludzi dość wysokim tempem w kierunku punktu czwartego. Był on nieoczywisty do znalezienia, przez co szukaliśmy go może 4 minuty, ale już po chwili z podbitymi kartami startowymi, we trójkę, ruszyliśmy w kierunku następnego punktu - trzeciego. Po drodze mój niezmordowany ogar zahaczył o podpięte do prądu ogrodzenie okalające pastwisko dla konia. Psina wpadła w lekką panikę, ale po chwili nic nie było po niej widać (zobaczcie, wystarczy spuścić ich na chwilę z oka i od razu takie historie! - przyp. D.). W punkcie trzecim zameldowaliśmy się z, jak sądzę, bardzo dobrym czasem. Jednak w tym miejscu stało się dla mnie jasne, że tempo osób, z którymi biegłem jest trochę za dobre jak na moje nogi i dłużej nie zdołam go utrzymać. Rozdzieliśmy się, dalej biegłem i maszerowałem sam. Z fatalnym skutkiem.

Najpierw minąłem o przynajmniej pół kilometra punkt dwunasty, potem punkt drugi (nie sam zresztą) i zacząłem krążyć po leśnych działkach. Tu o tyle dobrze się złożyło, że zawodnicy, których spotkałem po drodze mieli swoją własną mapę, dzięki której odkryli jak bardzo nadłożyliśmy drogi. W efekcie kiedy dotarłem do dwunastki, mnóstwo osób już ją opuściło lub opuszczało. Wystarczyły w sumie cztery punkty, abym nabiegał się niemało. Byłem co najwyżej w środku stawki i sytuacja nie wyglądała zbyt różowo. Udało mi się nie pomylić trasy do jedenastki. Po drodze minąłem ekipę z Bohunem, z czego jasno wynikało, że na odcinku, na którym miałem najwięcej pary w nogach, narobiłem tyle głupot, że z punktu widzenia zawodów mój wynik był gorszy niż równy, dobry marsz. Stąd - skuszony prostą drogą - marszobiegiem ruszyłem w kierunku punktu dziewiątego, gdzie czekał na nas poczęstunek. Po drodze T. zaliczyła kąpiel w jedynym niewyschniętym strumieniu na całej - według mapy, bogatej w strumyki - trasie.

W punkcie żywieniowym nie wylądowaliśmy z całą pewnością jako pierwsi, ale chyba jeszcze z czasem w miarę przyzwoitym. T. wzgardziła wodą (przed chwilą była w strumieniu) i arbuzem, ja z kolei sobie kilku rzeczy nie odmówiłem, pobawiłem się kilka minut łamigłówkami i ruszyłem dalej na północ, żeby dotrzeć do punktu ósmego. Wciąż nie wykluczyłem obiegnięcia całej trasy, bo przecież ten kawałek udało mi się ogarnąć bardzo sprawnie. Tak się jednak składa, że potem wpadłem na swój ostatni głupi pomysł. Najgłupszy.

Ruszyłem - mniej lub bardziej na przełaj przez las - w kierunku punktu 10. Myślę, że zanim dotarłem do równo wyznaczonych działek leśnych, zmarnowałem sporo czasu oraz sił - zarówno swoich jak i psa. Do celu dotarliśmy wyraźnie zmęczeni. Zbliżała się czwarta godzina na trasie, a moje bieganie można było na tym etapie wsadzić między bajki. To co przyspieszyłem podbiegając kilkaset metrów, marnowałem zmęczonym marszem. Nadszedł czas wyboru, który ostatecznie wykluczył mnie z klasyfikacji. Mogłem skierować się do punktu pierwszego i być w miarę pewnym dotarcia do mety. Mogłem też udać się do punktu siódmego i zachować szanse zaliczenia wszystkich dwunastu punktów kontrolnych, nie wiedząc, czy wystarczy mi na to sił i czasu.

W punkcie siódmym zameldowałem się 100 minut przed końcem zawodów. Wyłowiłem wraz ze stojącym już tam zawodnikiem to co trzeba z tablicy informacyjnej i ruszyłem do punktu szóstego. Tutaj znowu wpadłem na ekipę z Bohunem, która kierowała się do jedynki, obawiając się się przekroczenia limitu czasu. Ponieważ jednak cała moja obecność tutaj była już podyktowana próbą obiegnięcia całej trasy, ruszyłem w kierunku położonego gdzieś nad rzeczką punktu piątego. Kiedy mniej więcej dotarłem na miejsce, byłem już naprawdę bardzo zmęczony. Nawet nie bardzo miałem siłę kręcić się po okolicy, jak teraz zresztą o tym myślę, to nie jestem nawet pewien czy rozglądaliśmy się (bo nie tylko ja tu byłem) w dobrym miejscu. Kilka osób (które dotarły tu przede mną) stwierdziło, że już dostatecznie dużo czasu zmarnowało i ruszyło w drogę powrotną. Kilka minut po nich T. i ja również opuściliśmy okolicę. Po może kwadransie dopadłem jakiejś grupy, dziarsko maszerującej ku jedynce. Z ochotą do nich dołączyliśmy.

Nie byliśmy w stanie im dotrzymać kroku. Musieliśmy co jakiś co chwilę podbiegać, żeby się nie oddalić, jednocześnie nawet niezmordowana T. nie próbowała trzymać tempa tylko z wyraźnym zmęczeniem szła koło mnie. Ostatecznie, zostałem z tyłu z zawodniczką, której pies odmówił dalszego uczestnictwa i czekała na brata, aby zwiózł ją z trasy. Uświadomiłem sobie, że na pewno nie mam siły, żeby się sprężyć i skończyć rajd. Wątpiłem również czy T. dałaby radę. Na szczęście, okazało się, że zmotoryzowany brat może podrzucić nas do ośrodka.

Ostatecznie w drogę powrotną zabrał nas inny samochód i inni ludzie. Byłem tak zmęczony, że mimo iż dwukrotnie pytałem o ich imiona, nie wiem kto mnie i T. podrzucił na miejsce. Ale dziękujemy!

W ten sposób minęliśmy linię mety z boku, nie zostaliśmy nawet sklasyfikowani, zgłosiliśmy tylko, że nie zginęliśmy na trasie i po jakimś czasie udaliśmy się na ogłoszenie wyników, aby dowiedzieć się, że - Kasia, Daniel i Bohun zajęli trzecie miejsce w kategorii par (wow!). Może półtorej godziny później wylądowałem na stacji kolejowej i skierowałem się do domu, kończąc przygodę w Puszczy Bolimowskiej.

Tegoroczny start podobał mi się dużo bardziej niż ten poprzedni. Po pierwsze, widzę owoce nieregularnego, ale jednak, trenowania. Endomondo nie kłamie - ponad 34 kilometry z Księżyca się nie wzięły. Jednocześnie wiem też, że zeszłoroczna teza o bieganiu na 10 kilometrów nie do końca się sprawdziła. Taki dystans przebyty biegiem wystarczy, żeby T. poczuła zmęczenie, ale nijak się ma do pokonania 30 kilometrów inaczej niż maszerując lub głównie maszerując. Do niedawna mówiłem, że bieganie dłuższych dystansów mnie nie interesuje, bo zjada za dużo czasu. Jednocześnie nie jestem fanem maszerowania i podoba mi się dogtrekking. Cele te w oczywisty sposób są ze sobą na jakimś poziomie sprzeczne.

Druga sprawa to moja orientacja w lesie. Jest do dupy. Muszę pomyśleć jak popracować nad tym problemem. Jeżeli nie kończąc 30-kilometrowej trasy mam na liczniku o 4 kilometry więcej, to można przyjąć że jakieś 6-7 straciłem na błądzeniu. 20%. Bezbożnie dużo. Z perspektywy tych zawodów była to różnica między skończyć i nie skończyć. Szaleństwo.

Wreszcie sprawa trzecia - taktyka. Czemu ja biegłem od startu? Wiedziałem przecież, że nie przebiegnę tej 30-kilometrowej pętli, czemu więc nie ruszyłem marszem i nie zacząłem biec np. od połowy?
P. w tle planuje treningi, a T. łypie z dezaprobatą.

Rajd po Puszczy Bolimowskiej sprawił mi wiele radości. Radości wynikającej z wystawienia się na próbę i dania z siebie niemal wszystkiego (przynajmniej fizycznie - mentalnie ugrzązłem tragicznie), co miałem. Te zawody jednocześnie były laboratorium testowym dla dalszych tego startów i punktem przejściowym między tym, co z T. i sobą robiłem do teraz i co będę robił od teraz. Póki co jednak jeszcze odpoczywamy. I nieśmiało planujemy co dalej.


poniedziałek, 1 czerwca 2015

"Wszystko o obedience" z Magdą Łęczycką

Obedience’owe dokonania Magdy Łęczyckiej podziwiam od dawna, więc gdy dowiedziałam, że w Warszawie będzie prowadziła dwudniowe seminarium “Wszystko o obedience” z radości podskoczyłam tak wysoko, że mało brakowało, a przebiłabym głową sufit. Niestety, radość szybko zmieniła się we frustrację: okazało się, że warsztaty zaplanowano w wyjątkowo niesprzyjającym terminie i wyglądało na to, że będę musiała obejść się smakiem. Końcowym efektem walki emocji i rozsądku był udział w sobotnich wykładach i treningach oraz niedziela, która upłynęła mi pod hasłem “dlaczego mnie tam nie ma?!”.

***

W piątek wieczorem zafundowałam T. wyjątkowo długi, wyczerpujący spacer, a w sobotę rano po krótkiej przechadzce pomachałam jej na do widzenia, po czym zamknęłam za sobą drzwi. Seminarium “Wszystko o obedience” było pierwszym psim wydarzeniem, w którym wzięłam udział… bez psa. Zapisywałam się na nie w ostatniej chwili i nawet nie przyszło mi do głowy, aby zapytać, czy zostały jeszcze miejsca dla uczestników z psami. Z jednej strony, żałuję, bo jestem pewna, że uwagi Magdy bardzo pomogłyby mi w ogarnianiu rudej. Z drugiej jednak, muszę przyznać, że było to bardzo wygodne - mogłam skupić się na słuchaniu wykładów i obserwowaniu treningów, zamiast nieustannie myśleć o tym, jak w całym tym zamieszaniu poradzi sobie T. Cieszę się też, że oszczędziłam rudej drogi na plac ćwiczeń. Będąc stworzeniem miejskim ma dobrze opanowane metro, autobusy czy tramwaje, ale psy szczekające zza płotów to zupełnie inna bajka.

Seminarium dotyczyło obedience (cóż za zaskoczenie!), jednak tematyka wkładów koncentrowała się nie na konkretnych ćwiczeniach, ale na przygotowaniu młodego psa do tego wymagającego sportu. W sobotę odbyły się dwa treningi grupowe oraz wykłady o następującej tematyce:
  • Wychowanie psa do sportu, życie codzienne;
  • Podstawy obedience: motywacja, koncentracja, budowanie sesji, korygowanie;
  • Przez zabawę do trójki, planowanie treningów.


Jak się pewnie domyślacie, siedzibę Psich Smaków opuściłam naładowana wiedzą i motywacją, a także wyposażona w zeszyt pełen notatek. Teraz, kiedy go przeglądam mam wrażenie, że mimo iż starałam się naprawdę szybko ruszać ręką i tak nie zdołałam zapisać wszystkiego.
Praca z Magdą dosłownie zwala z nóg!

Najważniejsze wnioski? Pierwszy jest taki, że chyba każdy kto przygotowuje się do przyjęcia pod dach szczeniaka powinien w tego rodzaju warsztatach uczestniczyć. Nawet, jeżeli zupełnie nie interesuje go posłuszeństwo sportowe. Pies wychowywany zgodnie z radami Magdy to nie tylko świetny towarzysz w zmaganiach na ringu, ale przede wszystkim zwierzak, z którym miło jest żyć. To bardzo ważne, bo zwykła codzienność zajmuje w życiu znacznie więcej miejsca niż treningi i starty w zawodach.
Poza tym, z bolesną jasnością zobaczyłam wszystkie błędy, jakie popełniałam na początku swojej drogi z T., głównie te dotyczące jej kontaktów z obcymi ludźmi. Powinnam była od samego początku stanowczo i brutalnie hamować zapędy wszystkich osiedlowych cmokaczy, aby podczas powitania z obcymi ludźmi nigdy nie miała choćby najmniejszej okazji zahaczyć o emocjonalny kosmos, w którym tak często przebywa. Nie da się ukryć, że T. potrzebuje dużo pracy nad samokontrolą i wyciszenia.
Muszę też przyłożyć się do budowania motywacji pokarmowej - T. od jakiegoś czasu nie ma już miski, ale prawdę mówiąc nie zauważyłam szczególnych zmian w jej nastawieniu do pracy za jedzenie. Wygląda na to, że muszę podkręcić emocje jakie ruda kojarzy z codzienną porcją karmy. Potrzebujemy aktywnego karmienia: ścigania się do jedzenia, podrzucania go, gestów, które przekonają psa, że nie tylko o pasztet warto jest powalczyć. Bierne karmienie z ręki zdecydowanie nie rozwiąże naszych gastronomicznych problemów.
Ponadto, chyba przekonałam się do idei dzienniczków treningowych. Przy czym w przypadku T. nie chodzi o to, aby wiedzieć co i kiedy ćwiczyć, ale by udało się podkreślać małe sukcesy, które zmotywują mnie do dalszej pracy - bo, prawdę mówiąc, ostatnimi czasy ruda mocno daje w kość (druga cieczko, gdzie jesteś?!).

Każdy z wykładów był świetnie poprowadzony, Magda wpierała się prezentacją i naprawdę dużą liczbą filmów dokładnie obrazujących to, o czym w danej chwili była mowa. Część materiałów video, które oglądaliśmy możecie zobaczyć na jej kanale na Youtube. Poza tym, każdego dnia odbywały się dwa treningi grupowe. Uczestnicy z psami zostali podzieleni na dwie drużyny - mniej i bardziej zaawansowaną - które kolejno szlifowały swoje umiejętności. Niestety, treningi wypadły nieco gorzej od rewelacyjnej części teoretycznej, zwłaszcza w przypadku grupy początkującej. Ćwiczeń do przerobienia podczas jednej półgodzinnej sesji było sporo, co sprawiało, że osoba próbująca skutecznie pracować z psem i jednocześnie skupiać się na wyjaśnieniach oraz udzielanych wskazówkach łatwo mogła się trochę pogubić. Widać było, że mózgi zarówno czworonogów, jak i ludzi po prostu parują - mam wrażenie, że większą efektywność można by osiągnąć stawiając na mniejszą liczbę zadań przy dokładniejszym ich przepracowaniu. Duża ilość praktyki była natomiast bardzo fajna z perspektywy obserwatorów - ja zabrałam ze sobą do domu naprawdę sporo pomysłów na ćwiczenia z T.
Gosia i Baloo są powodem, dla których seminarium było nie tylko intelektualną, ale i towarzyską ucztą.
Jak widać "Wszystko o obedience" obfitowało w niebieską, australijską pleśń (tu w postaci Grandysa)...
...ale byli obecni również przedstawiciele innych ras.

***
Seminarium “Wszystko o obedience” to wydarzenie, o którym niezmiernie trudno jest opowiedzieć, właśnie dlatego, że jest w nim… wszystko. Od budowania porozumienia ze szczeniakiem, przez naukę sztuczek pomocnych w opanowaniu konkretnych ćwiczeń, po planowanie treningów i startów w zawodach. Na dodatek przekazane w przystępny, kompetentny sposób. Wśród informacji zawartych w wykładach chyba każdy znajdzie jakąś nowość, coś co pomoże poprawić porozumienie z psem i wniesie do treningów nową jakość. A przecież mowa tu tylko o jednym dniu! Mam nadzieję, że kiedy Magda zdecyduje się na powtórkę będę mogła uczestniczyć w całym wydarzeniu. Oczywiście, z psem.


Informacje praktyczne
Organizator: Psie Smaki
Prowadzący: Magdalena Łęczycka
Koszt: 180 zł (1 dzień bez psa)
Miejsce: Sępia 22, Warszawa

piątek, 15 maja 2015

"Pies w formie" z Paulą Gumińską

Ostatni weekend spędziłam w towarzystwie T. na seminarium “Pies w formie” organizowanym przez Merdu-Merdu, a prowadzonym przez Paulę Gumińską - zoofizjoterapeutkę, zawodniczkę dogfrisbee i agility oraz hodowcę psów rasy border collie w jednej osobie. Tak się złożyło, że uczestnictwo w tym wydarzeniu dostałam w prezencie urodzinowym, z kolei T. w niedzielę 10 maja skończyła dwa lata, można więc powiedzieć, że razem świętowałyśmy przemijający czas w najlepszy możliwy sposób: ucząc się i budując formę tak bardzo potrzebną w sportowych zmaganiach.

***


Jak przełożyć teorię…

Część wykładowa seminarium odbywała się zarówno w sobotę, jak i w niedzielę między 9 a 13, co oznacza, że uczestnicy mieli aż osiem godzin na chłonięcie wiedzy o mądrym uprawianiu psich sportów. W sobotę Paula poruszała zagadnienia związane z typowymi urazami w poszczególnych dyscyplinach kynologicznych, rozgrzewką (warm up) oraz rozprężeniem powysiłkowym (cool down), właściwą regeneracją oraz opóźnionym zespołem bólu mięśni. Niedziela z kolei została poświęcona treningowi: siłowemu, wytrzymałościowemu, świadomości ciała, a także rozciąganiu i wreszcie ćwiczeniu umiejętności technicznych właściwych danej konkurencji.

Taka ilość wiedzy może wydawać się nieco przytłaczająca, zapewniam jednak, że Paula to doskonała prowadząca, która świetnie poradziła sobie z przekazaniem jej uczestnikom. Szczególnie doceniam to, że tak dobrze zdołała połączyć zagadnienia typowo fizjologiczne z omawianiem konkretnych przykładów ćwiczeń, czy sytuacji. Wszystko zostało wyjaśnione w przystępny sposób, tak aby osoba bez specjalistycznej wiedzy medycznej mogła z wykładów wynieść jak najwięcej. Można było posłuchać zarówno o zmianach czynnościowych zachodzących w organizmie psa podczas uprawiania wysiłku fizycznego, jak i dowiedzieć jakie konkretnie partie mięśni oraz umiejętności ćwiczą popularne psie sztuczki. Wyjątkowo podobało mi się to, że Paula zamiast podawać gotowe przepisy starała się pokazać, jak mądrze patrzeć na psiego sportowa oraz uprawianą przez niego dyscyplinę tak, aby na przykład samodzielnie ułożyć bezpieczną i skuteczną rozgrzewkę. Jedyne, czego mi zabrakło to bibliografia dla osób chętnych do poszerzenia wiedzy w domowym zaciszu.

Każdego dnia prezentacja Pauli (za przyzwoleniem i zachętą samej prowadzącej) była przerywana pytaniami uczestników. W seminarium udział brała niewielka grupa osób, więc takie rozwiązanie wyjątkowo dobrze się sprawdziło. Pytania stawiane na bieżąco nie miały szansy umknąć, a same wykłady stały się dzięki nim dalece bardziej interesujące, bo na sali znajdowali się miłośnicy rozmaitych dyscyplin: agility, dogfrisbee, obedience (w postaci mojej skromnej osoby) oraz IPO. Ogromnie podobało mi się to, że mogę rzucić okiem “od kuchni” na sporty, o których wcześniej miałam raczej blade pojęcie. Dotychczas sądziłam, że agility to zupełnie nie moja bajka, muszę jednak przyznać, że po “Psie w formie” nabrałam przekonania, że jest to trudna, lecz przy tym szalenie ciekawa dyscyplina.


...na praktykę…

Każdego dnia psy miały jedno indywidualne wejście (indywidualny trening po okiem Pauli), które trwało około kwadrans. Patrząc na harmonogram seminarium jeszcze przed jego rozpoczęciem uznałam, że to niewiele. Byłam w błędzie. Z zaskoczeniem patrzyłam na T., która po swoich krótkich treningach była naprawdę zmęczona zaprzęganiem do pracy nieużywanych wcześniej mięśni.

W sobotę zajmowałyśmy się świadomością zadu, w ramach której zdołałyśmy pod okiem Pauli liznąć targetowanie tylnymi łapami. Natomiast nasze niedzielne wejście upłynęło pod znakiem ćwiczenia równowagi w postaci wchodzenia na przedmioty oraz nauki doskonale wszystkim znanej sztuczki “wiewiór”. W pierwszym dniu T. spisywała się naprawdę dzielnie, drugiego natomiast była nieco rozkojarzona: nie do końca wiedziała, czego od niej chcę, kiedy próbowałam zachęcać ją do wchodzenia na skrzynkę - wolała przez nią przeskakiwać albo dawała dyla z placu boju by entuzjastycznie powitać innych uczestników (miziania nigdy za wiele!). Fantastycznie z kolei poradziła sobie z wiewiórem. Wprawdzie było to nasze pierwsze podejście do tego tricku, miałam jednak wrażenie, że ruda załapała o co chodzi. Co więcej, pracowała mięśniami przykręgosłupowymi, a o to mi właśnie chodziło.

To, co bardzo mnie cieszy to ocena Pauli, dotycząca figury T. Ostatnio zaczynałam poważnie zabierać się za tuczenie psa, przekonana, że jest nieco zbyt chudy, Paula jednak uspokoiła mnie, określając T. jako typowego maratończyka, który powinien raczej zbudować nieco masy mięśniowej niż obrosnąć w tłuszcz. 


...i nie zwariować po drodze

Zapisując się na “Psa w formie” nie do końca wiedziałam, czego powinnam się spodziewać. Dotychczas brałam udział jedynie w krótkich warsztatach i treningach. Było to pierwsze dwudniowe seminarium, w którym miałam przyjemność uczestniczyć, z czym wiązało się sporo obaw, dotyczących przede wszystkim tego, jak z taką imprezą poradzi sobie T.

Ku mojemu zaskoczeniu, rudzielec zniósł tę przymusową edukację całkiem nieźle. Pierwszego dnia T. bardzo grzecznie wytrwała w obcej klatce przez całą część wykładową, chociaż wcześniej nigdy nie zamykałam jej na tak długo. Drugiego było gorzej, ale szybko uspokajała się, kiedy znikałam z bezpośredniej okolicy kennelu, co sprawiało, że nie mogła mnie słyszeć.

Muszę przyznać, że na tego rodzaju wydarzeniach niezmiennie bawi mnie, jak bardzo wyróżnia się T. wśród psów I. grupy FCI (a czasem, po prostu, wśród border collie). Jednocześnie zaskakuje mnie to, jak niesamowicie pozytywnie reagują na nią ludzie - ja mogę umierać z frustracji gdy mój pies nie jest w stanie się skupić i odczuwa głęboką potrzebę przywitania się z każdym człowiekiem w pomieszczeniu, ale dla innych jej entuzjazm i radość są wręcz niewyobrażalnie urocze.

***

“Pies w formie” to świetne seminarium dla osób, które są na początku swojej sportowej drogi. Nie tylko otwiera oczy na wiele spraw, o których normalnie się nie myśli, ale przede wszystkim uczy mądrego treningu i zwraca uwagę na prewencję urazów - to niezmiernie cenne!


Informacje praktyczne

Organizator: Merdu-Merdu
Prowadzący: Paula Gumińska, wspierana przez Wenę
Koszt: 300 zł (uczestnik + pies)
Miejsce: Sępia 22, Warszawa

piątek, 8 maja 2015

Trening z Elą Urbańską

Święto Pracy spędziłyśmy w istocie bardzo pracowicie. Zamiast leżeć do góry brzuchami na kanapie uczestniczyłyśmy w indywidualnym treningu z Elą Urbańską, który P. jakiś czas temu wylicytował w ramach pomocy finansowej dla polskich zawodników jadących na Mistrzostwa Świata Owczarków Belgijskich (FMBB).

Jako, że ostatnimi czasy T. przejawia szczególny talent do gubienia mózgu wtedy, kiedy najbardziej życzyłabym sobie, aby ten ważny organ pozostawał ze mną w ścisłym kontakcie zajęcia z Elą miały dotyczyć przede wszystkim budowania motywacji do pracy z przewodnikiem i skupiania pomimo rozproszeń. Do tej pory, gdy T. podczas ćwiczeń zaczynała bujać w obłokach starałam się za wszelką cenę skupić jej uwagę na sobie, bywało jednak że moje starania zupełnie nie przynosiły efektów. Wkręcona w polowanie T. potrafiła jednocześnie zupełnie mnie zignorować i wykonać komendę. Brzmi dziwnie, ale zapewniam, że to możliwe - potwierdzi to każdy kto widział, jak mój pies wykonuje siad, jak zahipnotyzowany gapiąc się przy tym na najbliższego ptaka, a następnie plując kawałkiem parówki, który dostaje w nagrodę.
Zaczynamy zajęcia w trybie brak mózgu i perfekcyjna dysharmonia.
Konkurencja w postaci pożyczonego border collie...
...wywołuje focha i pełne desperacji wrzaski.

Zależy mi na tym, aby T. była w stanie pracować zawsze i wszędzie, a nie tylko wtedy, gdy akurat jest w odpowiednim nastroju. W związku z tym, jakiś czas temu do naszych standardowych treningów wprowadziłam time out w postaci przypięcia psa do drzewa lub ogrodzenia, które następuje do trzykrotnym zignorowaniu komendy. Metoda sprawdza się nieźle, szczególnie wtedy, kiedy mam psa rezerwowego, z którym mogę pracować, gdy T. przebywa na karnym jeżu. Podczas treningu z Elą okazało się jednak, że wszystkie karne jeże tego świata w połączeniu ze wszystkimi psami rezerwowymi nie mogą równać się z… frisbee.

Do nagradzania T. rzutem dyskiem byłam wcześniej bardzo sceptycznie nastawiona, bo nie mamy wypracowanego porządnego oddawania tej konkretnej zabawki. Po złapaniu frisbee ruda raz robi jedynie rundę honorową, innym razem zaś zachęca mnie, żebym ją goniła i ani myli o wypuszczeniu dysku z pyska, bo jest to chyba jedyny przedmiot, jaki darzy tak gorącą miłością. Trudno jest ćwiczyć chodzenie przy nodze, gdy po każdym nagrodzeniu psa trzeba się nieźle nagimnastykować, aby rzeczoną nagrodę odzyskać - wymiana frisbee to wszak dla T. pojęcie nawet nie teoretyczne, ale po prostu nieistniejące.

Nie wiem, czy wcześniejsze próby przekonania T. do tego, że oddawanie dysków jest fajne w końcu przyniosły coś na kształt pożądanego efektu, czy to Ela samą swoją obecnością sprawiła, że w mózgu rudej przeskoczyła jakaś specjalna zapadka. Prawdę mówiąc, gdy piszę te słowa, jestem w zbyt wielkim szoku, aby w ogóle próbować się nad tym zastanawiać. Dość powiedzieć, że T. nie tylko nie miała problemów z wypuszczaniem frisbee z pyska, ale nawet wykonywała coś, co przy pewnej dozie dobrej woli można by nazwać aportem. T. koncepcja szarpania się w nagrodę za wykonane ćwiczenie jest całkowicie obca, toteż zawsze myślałam, że wrota do magicznej krainy, w której psy nagradza się zabawką są dla mnie po wsze czasy zamknięte. A tu taka niespodzianka!

Rzut frisbee w nagrodę sprawdził się podczas treningu znakomicie, mimo moich wyjątkowo mizernych umiejętności dyskomiota. To zdecydowanie moje największe odkrycie szkoleniowe ostatnich tygodni. W ramach korekty za zarwanie kontaktu wzrokowego wystarczyło, abym zignorowała psa i kilka sekund sama bawiła się dyskiem - mózg rudej natychmiast wracał na swoje miejsce, a pies sam z siebie wykazywał chęć do pracy i oferował kontakt, wręcz pchając się pod nogi. O to chodziło.

piątek, 27 lutego 2015

Treningi w rozproszeniach

Jakiś czas temu T. zaczęła naprawdę dobrze radzić sobie na placu szkoleniowym - to miejsce, które nie tylko bardzo lubi, ale też kojarzy z pracą, a co za tym idzie, kiedy się tam znajduje ma co najmniej +3 do skupienia. Bardzo mnie to cieszy, mam jednak świadomość, że to wcale nie oznacza, iż mogę spocząć na laurach - przeciwnie, nadszedł czas na podniesienie kryteriów i rozpoczęcie ćwiczeń w poważnych rozproszeniach skoro pies doszedł do wniosku, że czasem warto pomyśleć.
T. potrafi całkiem nieźle koncentrować się w towarzystwie innych psów, co wynika przede wszystkim stąd, że jest raczej typem chodzącym własnym ścieżkami - chętnie się przywita, pozwoli obwąchać, a czasem nawet trochę pogania, ale w gruncie rzeczy od kontaktu z innymi przedstawicielami szlachetnego, czworonożnego gatunku oderwać ją łatwo. Zdecydowanie bardziej ruszają ją ludzie. Z każdym chciałabym się przywitać, każdego kocha aż do przesady, a entuzjazm, który się z niej wylewa podczas poznawania nowych osób potrafi być naprawdę męczący. Druga sprawa to potrzeba eksploracji terenu. W nowym miejscu T. chciałaby sobie wszystko dokładnie powąchać i sprawdzić. Jak się pewnie domyślacie, praca w nieznanym miejscu, gdzie w bezpośredniej bliskości znajdują się ludzie jest dla T. bardzo trudna, a skupienie psa na sobie wymaga ode mnie sporo wysiłku. W związku z tym, zaczęłyśmy ćwiczenia z rozproszeniami, które - mam nadzieję - nauczą T., że gdy odwiedza jakieś nowe miejsce najpierw trzeba wykonać pracę, a impreza jest dopiero potem.

Staram się raz na kilka dni zabierać T. na męczący, swobodny spacer, a kiedy już się wybiega idziemy w jakieś zatłoczone, hałaśliwe miejsce, gdzie przez kilka minut ćwiczymy. 10 minut to górna granica, której - przynajmniej na razie - nie zamierzam przekroczyć. Interesują mnie jedynie te komendy, które T. dobrze zna i potrafi w miarę ładnie wykonać podczas cotygodniowego treningu na placu: przede wszystkim chodzenie przy nodze, które jest esencją zarówno mojego ukochanego obedience, jak i rally-o. Podczas takich sesji nie obchodzą mnie jednak szczegóły, ani dokładne wykonanie ćwiczenia - nie przeszkadza mi, że pies wybiega przede mnie na prostej, czy tragicznie odpada przy zwrotach. Chcę tylko, że wszedł w nowe miejsce i zrobił bez marudzenia to, czego od niego wymagam, bez względu na to, ile osób do niego cmoka i ile dziwnych dźwięków słychać w tle.

Mogłoby się wydawać, że nie wymagam od T. zbyt wiele, jednak pies psu nierówny - wiem, że dla niej to całkiem sporo. Odważę się powiedzieć, że na razie idzie nam całkiem dobrze. T. mimo rozproszeń pracuje dość chętnie i radośnie. To dla mnie szczególnie ważne, bo spodziewałam się raczej nastawienia w stylu “Usiadłam już, widzisz? To teraz daj mi spokój!” i wykonywania komend na odczepnego, byle szybciej skończyć. Tymczasem okazało się, iż ruda zdołała otworzyć się na pracę ze mną do tego stopnia, że podczas równania jest w stanie nie tylko machać ogonem, ale też nie zrywać kontaktu wzrokowego. Można nawet powiedzieć, że coraz częściej zdarza się jej, zamiast po prostu biegać sprintem, samodzielnie pomyśleć. Zresztą - sami zobaczcie. W HD!

 

Film powstawał na przestrzeni stycznia i lutego (co - jak sądzę - widać po dokładności, z jaką T. wykonuje kolejne ćwiczenia). Wykorzystałam muzykę zespołu The Kyoto Connection, który swoją twórczość udostępnia na licencji CC BY-SA.

piątek, 20 lutego 2015

Obiwarsztaty z Team Spirit: samokontrola

W Walentynki, zamiast szykować romantyczną kolację, kolejny raz miałam okazję uczestniczyć w obedience’owych warsztatach organizowanych przez warszawski klub Team Spirit, a prowadzonych przez Jagnę Nowotarską. Tym razem zajęcia dotyczyły samokontroli, a więc zagadnienia, które opiekunowi tak energicznego psa jak T. nigdy się nie nudzi.
Przygotowania do warsztatów pochłonęły co najmniej tyle czasu, co same zajęcia. Na początek uzupełniłam zapasy szkoleniowych smakołyków - jako, że najczęściej korzystam z parówek tym razem dla odmiany postawiłam na Chappi, Frolica oraz nieśmiertelny pasztet Profi. Potem pozostało już tylko wybiegać psa oraz załatwić transport. Tymi obowiązkami podzieliliśmy się po połowie: ja korzystałam z pięknej, wiosennej pogody, szalejąc z T. na wybiegu dla psów przed Ogrodem Krasińskich, a P. usiłował zamówić taksówkę. Niestety, nie poszło tak łatwo, jak za pierwszym razem - bez względu na regulamin korporacji, większość kierowców odmawiała wpuszczenia psa do samochodu. W efekcie z domu wyjechaliśmy z niewielkim opóźnieniem. Nie straciliśmy przez to wprawdzie ani minuty zajęć, jednak dodatkowe 10 minut oczekiwania i tak okazało się zgubne w skutkach. Dałam się zwieść ciepłym, południowym promieniom słońca i zamiast po prostu poczekać zdecydowałam, że może jednak się przebiorę w nieco lżejsze, wygodniejsze rzeczy. Wszystkich tych, którzy jeszcze nie mieli okazji odwiedzić hali Team Spirit przestrzegam przed popełnieniem podobnego błędu. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak bardzo zmarzłam.
Czekając na początek warsztatów utrwalamy pozycję przy nodze...
i kukamy.
Mimo zamieszania z taksówką na miejsce dotarliśmy pierwsi. Jagna była już na hali, dzięki czemu T. mogła przez kilka minut zwiedzać ją na własną rękę, udało się jej więc z niezłą dokładnością obwąchać wszystkie kąty i sztuczną trawę. Trudno stwierdzić, czy to przez tę możliwość krótkiej eksploracji, czy może dlatego, że hala nie była już dla niej nowym miejscem, czy też po prostu pies powoli zaczyna dorastać do trudów pracy sportowej, muszę jednak przyznać, że gdy nadeszła godzina rozpoczęcia warsztatów T. była dobrze skupiona. Nie wyrywała się do innych psów, ani nie pałała niepowstrzymaną żądzą przywitania się z każdym obecnym człowiekiem.
Jagna pokazuje na Tekli o co chodzi w tej całej samokontroli.
A my grzecznie słuchamy.
Zresztą, po doświadczeniu zdobytym podczas moich pierwszych warsztatów z Jagną, tym razem najbardziej niepokoiła mnie obecność P. Istotnie, okazało się, że jeżeli ruda ma ćwiczyć P. zmuszony jest stać w mniej więcej tym samym miejscu - każda próba przemieszczenia się kończyła się tym, że pies zaczynał się rozglądać na boki, aby wyłowić go wzrokiem. Mimo wszystko, myślę, że mogę być zadowolona, P. bowiem stał na drugim końcu hali, w pewnym oddaleniu od naszej dwójki. Mam nadzieję, że powoli, małymi kroczkami uda się nam dojść do tego, że T. będzie pracować bez względu na to, kto, jak i gdzie przemieszcza się w najbliższej okolicy.

Właściwie, może nie powinnam jakoś specjalnie narzekać, bo T. poradziła sobie z samokontrolą nadspodziewanie dobrze. Spodziewałam się frustracji, wpychania ryjka do szkoleniowej nerki oraz wymuszających uderzeń łapą, tak charakterystycznych dla setera. Tymczasem, przez większość treningu miałam psa myślącego, skoncentrowanego na mnie i na zadaniu, co więcej, skoncentrowanego od razu - bez długiego okresu przejściowego potrzebnego na walkę o uwagę. Udało się nam przećwiczyć zarówno standardową samokontrolę, jak i samokontrolę z przepychaniem w siadzie i warowaniu. Ku mojej radości, zrobiłyśmy też pierwszy krok w stronę mocnego stój. T. zaskakująco dobrze radziła sobie również z samokontrolą w pozycji przy nodze, chociaż z tym miała do czynienia chyba pierwszy raz w życiu, a także z nie pobieraniem rzucanych na podłogę smakołyków.
Wszystkie te małe sukcesy bledną jednak całkowicie w obliczu tego najważniejszego: T. przetrwała ćwiczenie z rozpraszającą ją Jagną, która podeszła do nas, cmokała cichutko i dotknęła boku psa. Wytrwać w siadzie udało się dopiero (już?) za drugim podejściem, ale wierzcie mi, dla zwierza tak bardzo nastawionego na kontakt z człowiekiem to było naprawdę ogromnie trudne zadanie. Co za sukces! Taką radość mogła powiększyć tylko Jagna, komplementująca naszą wspólną pracę.
To zdjęcie jest jak motywacyjny zastrzyk. Nie mogę się napatrzeć!
Po upływie około 1,5 godziny T. była wyraźnie zmęczona myśleniem. Koncentracja powoli ulatywała, zastępowana chęcią zabawy. Wiem, że mogłaby wytrzymać dłużej na wysokich obrotach, prawda jest jednak taka, że wcale jej w tym nie pomagałam. Byłam okropnie zmarznięta, zimno zaś zawsze było moim największym wrogiem - niska temperatura potrafi skutecznie zabić u mnie wszystkie wyższe funkcje mózgu, a przecież trudno oczekiwać od psa, aby był skupiony, kiedy jego przewodnik myślami jest już w domu przy ciepłej herbacie. Na hali zostałyśmy jednak do 16 (a więc równe dwie godziny), słuchając rad i uwag kierowanych do nas oraz innych uczestników warsztatów - w końcu wiedzy nigdy za wiele.
Łapy i nogi jeszcze twardo stoją na sztucznej trawie, ale głowy ewidentnie są już w innym miejscu.


PS. Po więcej zdjęć z warsztatów zapraszam na seterowego Facebooka.

piątek, 30 stycznia 2015

Obiwarsztaty z Team Spirit: chodzenie przy nodze

Kiedy na Facebooku zobaczyłam, że w weekend 10-11 stycznia klub Team Spirit szykuje warsztaty z technik chodzenia przy nodze oraz zmian pozycji od razu pomyślałam, że takiej okazji przepuścić nie mogę. Z wydarzenia nie wynikało, żeby spotkanie było przeznaczone jedynie dla klubowiczów, a spora liczba chętnych spoza szeregów Team Spirit zachęciła mnie do działania. Natychmiast odezwałam się do prowadzącej, Jagny Nowotarskiej, by zgłosić swój udział.

Początkowo moja radość nie znała granic. Potem, dla kontrastu, wpadłam w panikę. Bo jak to możliwie, żeby mój szalony seter odnalazł się w stadzie obikujących, zakochanych w pracy borderów? Wbrew moim obawom, w zajęciach uczestniczyły nie tylko psy rasy border collie, chociaż i tak mocno rzucałyśmy się w oczy wśród samych przedstawicieli pierwszej grupy FCI. Nie uprzedzajmy jednak faktów i przyjrzyjmy się temu, co działo się jeszcze przed rozpoczęciem imprezy.

Od momentu paniki wobec warsztatów miałam mocno mieszane uczucia. Z jednej strony, byłam świadoma tego, że możliwości koncentracji T. znacznie wzrosły od czasu ostatniej kompromitacji naszej psio-ludzkiej drużyny. Z drugiej natomiast, skupienie jej na mnie podczas pierwszego w życiu pobytu na hali ze sztuczną trawą, wśród innych psów i ludzi, z którymi można się witać w nieskończoność uznałam za zadanie praktycznie niemożliwe do wykonania.

Nie zamierzałam jednak rezygnować, zaczęłam natomiast zastanawiać się, jak mogłabym ułatwić T. stojące przed nią zadanie. Pierwszym krokiem było ponowne odezwanie się do Jagny i sprawdzenie, czy na hali można pojawić się wcześniej, tak aby pies mógł sobie wszystko dokładnie powąchać. Ostatecznie, plan ów, niestety, nie wypalił. Drugą kwestią był dojazd na miejsce. Hala Team Spirit znajduje się na Mokotowie, co w normalnych warunkach oznacza dla nas konieczność spędzenia ok. 30 minut w tramwaju. Bardzo chciałam T. oszczędzić tej przyjemności, wiedząc, że po wyjściu z transportu publicznego ma zwykle wielką ochotę na swobodne bieganie, które, rzecz jasna, na hali nie wchodziło w grę. W tym wypadku rozwiązanie okazało się proste: na warsztaty pojechałyśmy taksówką. Kierowca nie był zbyt szczęśliwy musząc dowieźć nas na miejsce - padało, zatem obie byłyśmy całe mokre. Trochę poburczał, ale w końcu wpuścił nas do samochodu i pognałyśmy w nieznane. Zainteresowanych kwestią wożenia psów taksówkami informuję, że ta była zrzeszona w korporacji Taxi Grosik i trzeba było dopłacić 10 zł za combi (pies podróżował w bagażniku). Ostatnim ułatwieniem było zostawienie w domu P., który początkowo miał towarzyszyć nam w roli fotografa. Doszliśmy do wniosku, że T. będzie się łatwiej skupić, jeżeli nie będzie musiała pilnować, gdzie co chwilę znika jej drugi człowiek. Jak się domyślacie, z tego względu z warsztatów nie mam żadnych zdjęć. O tym, że na zajęcia przyjechałam zaopatrzona w ilość smaków, na której normalny pies zapewne byłby w stanie przepracować kilka miesięcy zapewne nie muszę wspominać.
To tylko zdjęcie poglądowe, na dodatek zrobione post factum. W rzeczywistości było tego dużo więcej!

***

Pierwsza tura warsztatów - chętnych było tak wiele, że podzielono ich na 3 grupy, po półtorej godziny każda - rozpoczynała się o 16. Jako, że Ruda Drużyna trafiła właśnie do pierwszej grupy, na hali byłyśmy około 15.50, T. miała więc parę chwil na pokręcenie się po sztucznej trawie i kilka aż nadto entuzjastycznych niuchnięć.

Warsztaty zaczęły się krótkim wykładem Jagny na temat nauki trudnej sztuki chodzenia przy nodze oraz zaprezentowaniem tej umiejętności w wykonaniu jej suczki BC, Tekli. Chwilę później wszyscy przystąpili do ćwiczeń ze swoimi czworonogami, prowadząca zaś monitorowała pracę poszczególnych zespołów, doradzała, podpowiadała, poprawiała.

Kiedy podeszła do nas po pierwszy T. wpadła w pełen miłości i entuzjazmu amok, który chyba nawet zdołał Jagnę nieco zadziwić. Za jej radą porzuciłam próby ustawienia psa we właściwym miejscu, z łopatką na wysokości mojego kolana, a zamiast tego zaczęłam ćwiczyć z T. samokontrolę z przepychaniem. Nie tylko w miarę szybko zdołała się uspokoić, ale też zaczęła po jakimś czasie zaczęła naprawdę ładnie pracować. Jako, że - podobnie zresztą, jak inne obecne na warsztatach psy - pozycję przy nodze miała utrwalaną w siadzie, zamiast stać uparcie siadała, miałyśmy więc pewien problem z ćwiczeniem tego elementu, świetnie z kolei - ku mojemu zaskoczeniu! - szło jej dostawianie do nogi. Usłyszałam nawet, że bestia szybko łapie, kiedy już uda się jej skoncentrować na zadaniu, ha! Aby jeszcze bardziej dać rudej w kość Jagna zaproponowała mi, żebym została dłużej i poćwiczyła również z drugą grupą. W naszym przypadku ćwiczenia sprowadzały się przede wszystkim do utrwalania właściwej pozycji u psa oraz odpowiedniego miejsca nagradzania u pańci - chodzenia przy nodze w stanie czystym właściwie nie było, ale wcale mnie to nie dziwi. To jeszcze nie ten etap, od bycia prawdziwym obidogiem T. dzielą po prostu lata świetlne. Mimo to - po tym, jak w sumie na hali spędziłyśmy około 2,5 godziny - mózg rudej ostatecznie wyparował uszami.

Muszę przyznać, że jestem z T. całkiem zadowolona. Kiedy już udało się jej skupić, bardzo ładnie pracowała, ignorując zarówno ludzi, jak i inne obecne na hali psy (również te nagradzane zabawką w bardzo entuzjastyczny sposób). Co więcej, gdy miałam okazję przez chwilę poćwiczyć z Teklą, T. dzielnie zniosła powarkiwania borderki, której nie podobało się, że inny pies nagle znalazł się “w ręku” jej przewodniczki. Warsztaty były dla T. przede wszystkim okazją do ćwiczenia koncentrowania się na pracy w ogromnych rozproszeniach, dla mnie natomiast lekcją tego, jak uczyć od zera typowo obedience’owego równania. Trudno mi powiedzieć, czy Ruda Drużyna osiągnie kiedyś ten poziom, z pewnością jednak wszystko, czego się dowiedziałam przyda się nam pod kątem zarówno rally-o, jak i życia codziennego.

***

Dobiegł już końca konkurs "Pasjonująca lektura". Wszystkim uczestnikom jestem niezmiernie wdzięczna za nadesłane odpowiedzi - dzięki nim wiem, jaka tematyka najbardziej Was interesuje. Mam nadzieję, że już niedługo będziecie mogli przeczytać na blogu teksty, o których wspominaliście w swoich konkursowych pracach. Tymczasem jednak, pora ogłosić zwycięzcę. Moje szczere gratulacje oraz nagroda wędrują do... Klaudii i jej czworonożnego przyjaciela imieniem Miloł!
O czym można przeczytać na blogu idealnym? Pytanie to jest bardzo ciekawe, jednakże z przykrością muszę stwierdzić, że nie ma na nie odpowiedzi. Dlaczego? Dlatego, że blog idealny zwyczajnie nie istnieje. Widnieje w czeluściach internetu wiele fantastycznych blogów, którym do ideału bardzo jest blisko, jednakże tego jednego, jedynego nie ma. Jest to jednak paradoksalnie rzecz pozytywna, gdyż coś, co idealne nie jest, ma szansę na nieprzerwany rozwój, dążenie do bycia lepszym, co wydaje mi się dużo bardziej interesujące, niż tworzenie czegoś, czego w żaden sposób nie da się już ulepszyć, poprawić. Rzeczą niewątpliwie fascynującą jest obserwować ów rozwój.

Pytanie postawione na początku skłania jednak do myślenia nad tym, o czym lubimy czytać, co najbardziej w tekstach blogerów sobie cenimy. I na to pytanie z chęcią odpowiem. Największą przyjemność i pożytek mojemu psu przynoszą posty dotyczące tematyki spędzania z nim czasu wolnego. Mam tu na myśli raczej nie same miejsca typu przyjazne psom kawiarnie itd., lecz czynności, jakie możemy z naszym pupilem wykonywać i które urozmaicą nam spacer czy nudne, deszczowe dni. Pomysły na zabawy, ćwiczenia, sztuczki są tym, co przyciąga moją uwagę. najmocniej. Cenię sobie również teksty dotyczące miejsca psa w przestrzeni publicznej, których i u Was nie zabrakło.

Kończąc swą wypowiedź, chciałabym serdecznie podziękować za wszystkie ciekawe, wnoszące coś do mojego i Myszastego Potwora teksty i życzyć weny na kolejny rok, a najlepiej na wiele, wiele lat!

photo credit: newkidfish (Cathy A) via photopin cc

piątek, 19 grudnia 2014

Sport dla każdego

Czasem na seterowym Facebooku wspominam o treningach: a to piszę że na trening jedziemy, a to że z niego wracamy, innym razem bąknę coś na temat poczynionych przez nasz psio-ludzki zespół postępów. Przyszedł więc czas, aby napisać trochę o tym co, gdzie i jak trenujemy.

***

Pierwszy prawdziwy kontakt z rally-o - bo w tym właśnie sporcie próbujemy rozwinąć skrzydła - miałam w sierpniu tego roku, podczas szkółki dla początkujących, organizowanej przez Centrum Edukacji Kynologicznej Zuzik. Pisząc, że szło nam wyjątkowo marnie nie zdołam nawet zbliżyć się ogromu żałości i beznadziei, jakie zaprezentowałam z T. w tamtą sobotę. Dość powiedzieć, że mój pies został oceniony jako wykazujący zachowania kompulsywne i w związku z tym zaproponowano mi konsultację behawioralną. Nie muszę pewnie dodawać, że na niedzielnych zawodach zjawiłyśmy się tylko po to, aby poddać przebieg walkoverem już przy czwartym znaku. Początek kariery sportowej T. można nazwać ekscytującym, ale z pewnością nie udanym.

Dwa tygodnie później rozpoczęłyśmy regularne treningi rally-o w Pozytywnej Psiej Szkole Kamiga pod okiem Doroty Jaskulskiej. Na zajęcia wstępnie zapisałyśmy się jeszcze w maju. Wcześniej czekałam na nie z niecierpliwością, domyślacie się jednak, że po popisowej porażce na evencie Zuzika mój entuzjazm do treningów, a także psich sportów w ogóle zdążył cokolwiek osłabnąć. Nie zamierzałam wprawdzie rezygnować z kamigowego rally, jednak na pierwszą lekcję jechałam w dość minorowym nastroju. Zuzikowe zamieszanie dobitnie pokazało mi, że niewiele mogę się po moim psio-ludzkim teamie spodziewać. Psychicznie byłam przygotowana na to, że jedyne, co będę mogła zrobić to raz po raz wzdychać z rezygnacji.

Przeliczyłam się. Nie bardzo miałam czas na wzdychanie, bo chociaż zaprezentowałyśmy umiejętności na poziomie nawet nie gruntu, a podziemnego parkingu, trenerka nie pozwoliła mi zatonąć w poczuciu własnej beznadziejności. Podczas gdy pozostali kursanci grzecznie ćwiczyli tak wyrafinowane elementy jak skupianie się na przewodniku, ja - pod czujnym okiem Doroty - usiłowałam przekonać T., że istnieję gdzieś na dalekim końcu smyczy i naprawdę warto zwrócić na mnie uwagę. Były krzyki, piski, jęki oraz cmokanie. Były wspólne sprinty do zabawki. Było też rozrzucanie na wszystkie strony kawałków parówki i suszonych wołowych płuc. Cały ten arsenał sprawił, że odniosłam jako taki sukces - T. raczyła spoglądać na mnie z dobrą częstotliwością, to znaczy przez około 2 sekundy co mniej więcej 10 minut.

Można powiedzieć, że tamten trening był drugim początkiem naszej sportowej drogi, znacznie bardziej pozytywnym niż ten pierwszy. Efekty wprawdzie nie były imponujące, ale wtedy tak to nie one się liczyły. Naprawdę ważne było moje samopoczucie. Po uczestnictwie w szkółce byłam przybita i wściekła - zarówno na psa, jak i na siebie. Natomiast, indywidualne podejście Doroty, jej rady i pomysły sprawiły, że tamtego dnia wróciłam do domu w przekonaniu, że również z T. da się coś zrobić przy sporej dozie cierpliwości i szalonego entuzjazmu. W ten sposób z nowym zapałem zabrałam się do pracy.

Przełom nastąpił już dwa tygodnie później. Na trzecim z kolei treningu T. była zupełnie innym psem. Oczywiście, nie potrafiłyśmy bezbłędnie wykonać wszystkich ćwiczeń, najważniejsze jednak było to, że była w stanie się na mnie skoncentrować, współpracowała, starała się. Zmianę zauważyli wszyscy, a ja z treningu wracałam naładowana pozytywną energią i chęcią do dalszej pracy. Wystarczy spojrzeć na wpis, który pojawił się na seterowym Facebooku tamtego dnia:
Nasza przygoda z Rally-o zaczęła się dokładnie dwa tygodnie temu, niezbyt ciekawie, żeby nie powiedzieć - kompromitująco. Przez całe zajęcia musiałam niczym lwica walczyć o każdą sekundę uwagi psa. A dziś... T. pięknie pracowała, była skupiona i naprawdę nieźle chodziła po torze. Zostałyśmy wprost zasypane komplementami, zarówno przez trenerkę, jak i innych kursantów. To takie miłe: z jednej strony widzieć efekty swojej pracy z psem, a z drugiej mieć świadomość, ze inni to zauważają i doceniają.

Na dzień dzisiejszy mamy za sobą już trzy miesiące treningów. Na zajęciach ćwiczymy przede wszystkim skupienie na przewodniku oraz chodzenie przy nodze na kontakcie wzrokowym. Są to bez wątpienia elementy najważniejsze, stanowiące podstawy do pracy z poszczególnymi znakami, a w dłuższej perspektywie również do ukończenia toru z sukcesem. Myślę, że idzie nam nieźle, jednak trochę trudno ocenić to obiektywnie, szczególnie, że po drodze T. zaczęła się pierwsza cieczka, która wydaje się po prostu nie mieć końca, a do tego mocno wpływa na zdolności intelektualne rudej. Nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się razem z T. wystartować w zawodach - czy w ogóle przyjdzie taki dzień, kiedy będziemy na to gotowe. Oczywiście, chciałabym. Moim małym marzeniem jest wyjazd na zawody i ukończenie toru bez dyskwalifikacji, ale mam świadomość, że jego realizacja będzie wymagać wiele pracy.

Zawody jednak, chociaż z pewnością wiążą się z mnóstwem pozytywnych emocji i satysfakcji, są zjawiskiem występującym w przyrodzie rzadko. Tym, co liczy się dla mnie najbardziej są pozytywne zmiany, jakie dzięki treningom rally-o zaszłym w moim codziennym życiu z psem.
  • Przekonanie T., że nie trzeba koniecznie witać się z każdym napotkanym człowiekiem przychodzi mi zdecydowanie z mniejszym trudem. Nieodpowiedzialna miłość, jaką całe społeczeństwo darzy cudze psy od dawna spędza mi sen z powiek. Na szczęście, teraz lepiej radzę sobie z natrętnymi cmokaczami i przywoływaczami. Kiedy pies wyrywa się do obcych, chcąc wylewnie się z nimi przywitać ludzie często starają się dodatkowo go nakręcać, nie zwracając uwagi na to, czy właściciel zwierzęcia sobie tego życzy, czy nie. Gdy natomiast przywołany zwierz siada przed przewodnikiem, nawiązując z nim kontakt wzrokowy i ignoruje natręta ten ostatni często sam dochodzi do wniosku, że nic nie uda mu się wskórać.
  • T. łatwiej jest skoncentrować się kiedy wokoło dużo się dzieje. Dzięki temu spacerowanie w zatłoczonych, hałaśliwych miejscach stało się dużo łatwiejsze. Ostatnio podczas spaceru wypuściliśmy się na Starówkę, gdzie podziwialiśmy świąteczną iluminację Warszawy, przy okazji ćwicząc chodzenie przy nodze. Da się!
  • Wcześniej ćwicząc coś z T. często miałam wrażenie, że moje polecenia wykonuje niechętnie. Zupełnie, jakby myślała “widzisz, usiadłam, a teraz odczep się ode mnie i daj mi biegać”. Długo trwałam w takim przekonaniu, aż pewnego razu usłyszałam na treningu, że T. ma piękny wyraz pracy, świetny wykrok i wspaniale wygląda, jak radośnie macha ogonem idąc przy nodze. Zaraz, zaraz... Mój pies macha ogonem idąc przy nodze? Nie wierzyłam własnym uszom, ale… Naprawdę tak jest!
  • Psie sporty robią się coraz bardziej popularne, często mówi o nich, jako o magicznych sposobach na zmęczenie psa. Zdaję sobie sprawę z tego, że są takie czworonogi, które potrafią zupełnie wyczerpać swoje baterie tylko podejmując intelektualne wyzwania, jednak T. do tej grupy nie należy. Owszem, ćwiczenia potrafią nieźle dać jej w kość, ale poza tym ma ogromną potrzebę biegania. Nie pracy, konkretnej i usystematyzowanej, ale właśnie swobodnego biegania. To niezbędny element, jeżeli ma się dobrze zmęczyć. Trening absolutnie nie jest jej w stanie tego zastąpić.

Z całej tej, być może nieco przydługiej, historii można wyciągnąć jeden wniosek. Da się. Z prawie każdym psem. Dlatego jeżeli chcecie spróbować sportów kynologicznych, ale jednocześnie myślicie, że Wasz pies się do tego nie nadaje - pomyślcie jeszcze raz. Oczywiście, nie mówię o warunkach fizycznych zwierzęcia i związanym z nimi ryzyku kontuzji, lecz o nastawieniu psa na pracę z przewodnikiem (czy też jego braku). Rally-o to świetny sport na start: jest bezpieczny, ma proste zasady i nie wymaga takiej precyzji, jak (moje ulubione) obedience. Owszem, czasem potrzeba świetnego trenera, aby odkopać potencjał danego zespołu spod grrrubych pokładów żałości, ale naprawdę się da.

środa, 28 maja 2014

Pierwszy dogtrekking, cz. 2

[P., zwykle pełniący funkcję fotografa, zdecydował się napisać kilka słów, aby sprostować wszystkie te szkaradne kalumnie, jakie posypały się na niego w poprzednim wpisie. Zapraszam do lektury i polecam nacieszyć nią oczy, bo nie wiem, czy P. jeszcze kiedykolwiek zdecyduje się odezwać na blogu.]

Nie ma co ukrywać, wyjście na dogtrekking nie było moim pomysłem, mimo to postanowiłem jakoś przetrwać całą tę psią awanturę - ale po kolei.

Wycieczkę zacząłem od zakupów i pakowania. Ostatecznie w plecaku znalazły się 3 litry wody w 6 małych butelkach, jeden duży napój izotoniczny, dwa snickersy i kilka kabanosów dla mnie oraz kilka paczek z czymś do przegryzienia dla T., a także miska, kompas i zaświadczenie o zdrowiu psa. Poza tym kaganiec "na wszelki wypadek", garść smakołyków, gwizdek i smycz. Wszystko razem złożyło się na dość ciężki plecak. To w połączeniu z szarpiącym się - bo podekscytowanym i młodym - psem, a także upałem, pociągiem oraz tramwajem bez klimatyzacji przełożyło się na długą i męczącą podróż. Sobota, mimo moich cichych modlitw, pod względem pogody okazała się być przekleństwem - było gorąco, sucho i w miarę bezwietrznie - które “towarzyszyło” nam od samego początku.

Pierwszym, co rzuciło mi się w oczy po dotarciu na miejsce było kilkadziesiąt osób i psów rozłożonych na okolicznych trawnikach. Dopiero po chwili zorientowałem się, gdzie jest stanowisko rejestracyjne. Dwa stoły: przy jednym zaświadczyłem o zdrowiu T., przy drugim odebrałem numer startowy (89) i garść prezentów. Potem przystąpiłem do zakupu pasa i linki, podobno niezbędnych przy tego rodzaju aktywności. W obu kategoriach towar był dość przebrany, ale mimo to udało mi się skompletować zestaw, z którego jestem zadowolony. Szczególnie, że za pas zapłaciłem 70 zł, za linkę 30, co sprawia, że rozważany wcześniej zestaw Manmata wydaje się absurdalnie drogi.

Niedługo potem mieliśmy wyruszyć na szlak. Na starcie z przodu zostali ustawieni ludzie z ambicjami do prawdziwego biegania, za nimi natomiast tłum ludzi z kategorii open.

Start.

Ludzie i psy z przodu istotnie zaczęli biegiem, a T. widząc wyrywającą się na przód sforę chciała za wszelką cenę dotrzymać jej kroku. Protesty nie miały sensu: grzecznie zdecydowałem, że kawałek możemy pobiec. Mimo energicznego startu trudno było jednak uniknąć poruszania się w mniejszym lub większym tłumie. Tu pojawił się pierwszy problem. Psy nie są dla mnie stylem życia, nie jestem też osobnikiem szczególnie łaknącym towarzystwa. Ludzka masa zaczęła szybko działać mi na nerwy, więc na jednym ze skrzyżowań odbiłem w innym kierunku niż reszta uczestników. Oczywiście, okazało się, że z punktu widzenia tempa pokonywania trasy, pomysł był słabiutki, ale mogłem wreszcie się rozluźnić i cieszyć z odosobnienia. 

Niestety, nie trwało to długo, bo krótko po tym zaczęły się problemy z T. Z kroku na krok wyglądała na coraz słabszą: powłóczyła łapami, a pysk z wywalonym językiem niebezpiecznie zbliżał się do ziemi. Ostatecznie dotarłem do punktu (1) z psem wyglądającym bardzo słabo. Co ciekawe, nie tylko spotkałem tam ludzi, ale były też osoby, które na miejsce dotarły po mnie.

Po odbiciu karty, zająłem się T. - nalałem jej wodę, rozpakowałem paczkę przekąsek w poręcznych paseczkach i zacząłem ją karmić. Bo ostatnim, co zjadła moja psina - jak na niejadka przystało - była część wczorajszej kolacji, więc domyślałem się, że upał i start z kopyta skutecznie spaliły resztki oparów paliwa i T. do punktu dotoczyła się już na pustym baku.

Pomogło.

Później ruszyliśmy w dalszą drogę. Wtedy zacząłem się orientować się w różnicach pomiędzy nawigacją miejską i leśną, co szybko uświadomiło mi braki w doświadczeniu. Drogę do punktu (2) - jak późnej zweryfikowałem - przez 90% długości odcinka pokonałem optymalnie, potem jednak skręciłem źle i wyskoczyłem w środku trasy łączącej punkty (2) i (3). Skończyło się to więc zabawnym powrotem pod prąd wzdłuż jeziorka, podczas którego mijałem kolejne grupki dogtrekkerów poruszających się w poprawnym kierunku. Tutaj też pojawiła się kolejna komplikacja, mianowicie punkt (2) był opisany jako obraz Matki Boskiej. Mając taki nieprecyzyjny opis, spodziewałem się czegoś może nie na miarę ołtarza Wita Stwosza, ale jednak konkretnych rozmiarów. To zaowocowało kręceniem się bez sensu wzdłuż brzegu jeziorka. Punkt w końcu odnalazłem przy kolejnym przejściu wzdłuż brzegu, dzięki temu, że siedziały przy nim dwie uczestniczki. Był zawieszoną na drzewie kapliczką wielkości domku dla ptaków, z przyczepionym w środku obrazkiem Matki Boskiej wielkości kieszonkowej. Gdybym szedł poprawną trasą do końca, widziałbym go dość wyraźnie przy ścieżce, natomiast od strony jeziora kapliczka była prawie niewidoczna. Kolejna lekcja przyswojona: punkty orientacyjne niekoniecznie są dobrze widoczne na trasie i trzeba się rozglądać.
Punkt kontrolny 2.

Będąc dobrej myśli, ruszyłem dalej do punktu (3). Mimo niezłego planu ostatecznie trochę pobłądziłem i poszedłem trasą znacząco odbiegającą od optimum. Natomiast dzięki temu T. przeżyła chwilę radości, ponieważ wpadliśmy na wielką błotną kałużę, która dała jej szansę na schłodzenie się a także - o zgrozo! - możliwość ugaszenia pragnienia (generalnie, T. dużo chętniej pije kałuże, niż czystą wodę). Pod koniec odcinka wpadłem na parę, która udzieliła mi cennych wskazówek i niedługo dotarłem do "bunkra" przy punkcie (3). Tam czekały na mnie te same dziewczyny, które spotkałem wcześniej - a punkt (2) opuściłem przed nimi. Zacząłem więc utwierdzać się w przekonaniu, że będę ostatnią osobą na mecie i, patrząc na zegarek, zacząłem się zastanawiać, czy zmieszczę się w 6-godzinnym limicie czasowym.

W drodze do punktu (4), kolejny raz zabłądziłem. W pewnym momencie wpadłem na popas znacznej grupy. Nieśmiało dołączyłem, ale gdy potem z tej grupa rozbiła się na dwie mniejsze, które ruszyły w przeciwnych kierunkach nie podczepiłem się do żadnej z nich. Trzymałem się swojej koncepcji samotnego marszu, poczekałem więc aż uczestnicy zniknęli mi z oczu. Miałem chwilę na spokojne posiedzenie z mapą i kompasem, co pozwoliło mi mniej więcej zorientować się, gdzie jestem i ustalić drogę do celu. O dziwo, zacząłem dobrze, jednak na krótko przed punktem (4) wpadłem na ponownie tę samą parę uczestniczek, które twierdziły, że leżącego w puncie (4) grobu prof. Dąbrowskiego nie znalazły, zamierzają więc odpuścić i iść do (5). Takie podejście kłóciło się z moim planem (zresztą jak później sprawdziłem, to była zła trasa do punktu (5)), więc życząc im szczęścia się pożegnałem i ruszyłem szukać nagrobka. Tu popełniłem też chyba największy błąd całej wycieczki.
Punkt kontrolny 4.

Jedna z uczestniczek spuściła swojego psa, by pozwolić mu schłodzić się w pobliskim jeziorze. Widząc wyraźnie zmęczoną T., zdecydowałem się wziąć z niej przykład: spuściłem ją ze smyczy i pchnąłem w kierunku jeziora. Faktycznie, psina skoczyła się ochłodzić, ale kiedy wyszła na brzeg szybko się okazało, że wcale nie była zmęczona, w każdym razie nie tak bardzo. Była znudzona. Odzyskawszy nagle swobodę ruchów w środku wielkiego lasu, śpiewającego do niej bogactwem dźwięków, widoków i zapachów, T. wystrzeliła przed siebie jak z procy. Tyle ją widziałem.

Początkowo myślałem, że jak na zwykłym spacerze będzie się gdzieś kręcić, ale po kilku minutach dalszej wędrówki, kiedy nie widziałem ani nawet nie słyszałem psa, zacząłem się nieco niepokoić. Wróciłem na ścieżkę, na której zaczęła się cała “zabawa” i wyciągnąłem gwizdek. Przy drugim wydechu T. nagle stanęła za mną, z wielkim wyszczerzem na pysku. Z ulgą na powrót wziąłem ją na smycz i ruszyłem w kierunku nagrobka. Znalazłem go kilka minut później. Jak się okazało, leżał tam nie tylko profesor, ale i doktor nauk medycznych Piotr Radio.

Spod nagrobka ruszyłem do punktu (5) czymś, co uznałem za najkrótszą trasę. Do jeziora torfu dotarłem dokładnie tak, jak planowałem. Nad samym jeziorem było trochę trudniej (bagna dookoła), ale już po chwili wpadłem na jakąś grupkę, która powiedziała, że punkt kontrolny "jest jeszcze dalej". Jeszcze dalej była linia brzegowa i trochę turystów. Spodziewałem się, że punkt będzie dostrzegalny z ścieżki. Tak myśląc, dotarłem do końca jeziora, gdzie wpadłem na kogoś z grupy "sportowców" ze ślicznym białym psiakiem. Po krótkiej wymianie zdań zawróciłem i razem zaczęliśmy się rozglądać za tym samym punktem, który po 5-10 minutach udało mi się wypatrzyć w krzakach na czymś w rodzaju bagnistego mikro półwyspu. Po chwili obaj odbiliśmy karty i ruszyliśmy w kierunku punktu (6). Początkowo myślałem, że szybko się rozdzielimy, ale T. uznała, że skoro tam jest miły, biegnący pies to ona nie zamierza zostać w tyle. I tak pobiegliśmy razem z nowymi towarzyszami - po raz pierwszy od startu nie byliśmy sami. Do punktu (6) wybraliśmy trasę w stylu "zbliżyć się maksymalnie drogą, a potem na przełaj przez bagno na południe od brzegu jeziora". W efekcie ten odcinek pokonaliśmy bardzo szybko. Wypatrzenie punktu kontrolnego mogłoby być trudne, ale akurat była przy nim jakaś zawodniczka, co znacząco ułatwiło nawigację w bagnistej gęstwinie.

Do punktu (7) również biegliśmy razem przez gęstwinę, choć po jakimś czasie okazało się, że nie jest mi (bo T. pewnie by dała radę) dane dotrzymać kroku i dystans pomiędzy nami a Janem z Białą zaczął się powiększać. Ale też cele nasze były odmienne: ja chciałem ukończyć trasę, a nowo poznany kolega wygrać i to w ambitniejszej kategorii. Ostatni raz widziałem go, kiedy próbowałem przeprawić się przez ok. 5-10-metrową kałużę, która chyba zasługuje na miano małego bagna. Co ciekawe, na mapie zaznaczona była, jako przecinka łącząca drogi i będąca ich przedłużeniem. Mimo prób zręcznego manewrowania, skończyło się to dość niefortunnie - to jest wypominanym mi w relacji D. błotem wewnątrz butów. Prawdę mówiąc, jakoś szczególnie mi to nie przeszkadzało, a błoto w butach dość skutecznie obiło za czynnik chłodzący.

Od tego momentu cała trasa była rozczarowująco prosta. Po prostu szło się polną drogą przez las i tyle. Najpierw minąłem duży budynek, którego tabliczka ochrony była punktem (7), następnie zaś prosto ruszyłem do placówki Lasów Państwowych, a stamtąd na start zamykając pętlę. Ku mojemu zdumieniu nikogo już nie spotkałem.
Punkt kontrolny 7.

Metę minąłem z czasem 5 godzin 36 sekund. T. z radością przyjęła wielką michę wody, po czym po zdaniu karty z trasy ruszyliśmy do części barowo-wypoczynkowej. Najpierw zjadłem kiełbaskę z grilla, potem wymieniłem numer startowy na porcję pierogów, a T. wyjątkowo dostała jednego [Ty zdrajco! - przyp. D.]. Pogadałem chwilę z wcześniej poznanym kolegą, poczęstowaliśmy nasze psiaki odrobiną karmy i czekaliśmy na zakończenie wyścigu. Odebrałem też dyplom. Z miejscem in blanco.
Dyplom. Miejsce należy wpisać samodzielnie po tym, jak organizator opublikuje oficjalne wyniki.

Wreszcie wszyscy, którzy mieli skończyć wyścig, skończyli go, a organizatorzy rozdali nagrody. Wszyscy byli dla mnie anonimowi, z wyjątkiem mojego tymczasowego towarzysza, który, jak się okazało, zwyciężył w klasie sport. Gratulacje!

***

Powstaje więc pytanie, czy dogtrekking jest fajny, a przede wszystkim, czy warto wybrać się tam jeszcze raz (kiedy D. będzie na chodzie). Moje odpowiedzi to "w zasadzie tak" i "w zasadzie nie".

W zasadzie tak, dogtrekking to fajny pomysł na zorganizowany, długi i ciekawy spacer z psem, który na pewno odpowiednio go zmęczy. Dla sportowców jest dodatkowo opcja rywalizacji. Super. Wielogodzinny i przede wszystkim celowy spacer po warszawskim parku krajobrazowym to naprawdę mile spędzony czas.

W zasadzie nie, nie sądzę, żeby kolejny dogtrekking miał w naszym przypadku sens. Cóż tu dużo mówić, jestem raczej sflaczały. O ile przejście całej trasy było męczące, ale okazało się wykonalne, to bieganie przez większość jej długości byłoby dla mnie poza zasięgiem. Z drugiej strony, T. na "spacerach" lubi przede wszystkim eksplorację otoczenia i bieganie z możliwością rozwinięcia pełnej szybkości. Pierwsze odpadało: w lesie pies musi być na smyczy lub w kagańcu. Kaganiec z kolei jest zakazany przez regulamin zawodów, pies musiał więc być na smyczy. Ergo, eksploracja odpada. Bieganie z kolei odpada, bo ja nie jestem w stanie dotrzymać psu kroku. W efekcie, pokonywałem trasę równym krokiem, podczas gdy T. albo wlokła się smętnie albo mnie szarpała, bo wypatrzyła błoto, kałużę lub inną niesamowicie interesującą rzecz. Oboje się uczciwie zmęczyliśmy, ale myślę, że dwugodzinne bieganie na Polu Mokotowskim daje jej znacznie więcej radości. Stąd mój wniosek: jeżeli nie zacznę biegać na 10km, dogtrekking ma nam niewiele do zaoferowania. Szkoda.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...