Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seter w szczególe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seter w szczególe. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 lipca 2015

Dla (samotnego) mężczyzny? Tylko seter irlandzki!

[To ostatni wpis na blogu, który ukazuje się przed wielkimi zmianami symbolizowanymi przez czekoowcę (jeżeli nie wiecie o co chodzi zerknijcie na naszego Facebooka). Cieszcie oczy, bo nie dość, że to pożegnanie z Trendem z seterem w dotychczasowej formule, to jeszcze głos zabiera dziś P.!]
 
Niedawno minęły dokładnie dwa lata od kiedy pożyczyłem od taty samochód, zapakowałem do niego D. i pojechałem odebrać naszego przyszłego, ukochanego psa - T. Dla D. pies zawsze był marzeniem, ale nigdy rzeczywistością. Z kolei moja mama uwielbia psy i większość życia spędziłem w domu z czworonogiem, zaczynając od Muzyka, który jadł ze mną na spółkę socjalistyczne pączki™, a kończąc na Cyferce, która żyła jeszcze, gdy wyprowadzałem się z domu rodzinnego. Mimo to pod wieloma względami dopiero T. jest tak naprawdę moim psem. Nie dość, że to ja zdecydowałem, iż z kupnem psa nie można już dłużej czekać, to na dodatek wymyśliłem akurat tę rasę. W końcu, tak się składa, że to ja spędzam z T. nieco więcej czasu niż D., choć z drugiej strony, D. spędza czas z T. jakościowo “lepiej”. Dlatego w ostatniej chwili (bo przed poważnymi zmianami na blogu) postanowiłem się podzielić kilkoma obserwacjami z życia z T. Bo seter irlandzki to rasa nie tylko po prostu bardzo fajna, ale też świetna dla faceta, a dla singla to już w ogóle genialna!
 
Zacznijmy od stereotypów: nie będzie szczególnie odkrywczą obserwacja, że większość samotnych facetów chciałaby przede wszystkim przestać być samotna. W tym celu posiadanie psa może się okazać nie lada pomocą i to z wielu powodów. Dlaczego? Sporo pań lubi psy, więc nawiązanie komunikacji z damą może okazać się o wiele prostsze, gdy psa mamy. Nawet jeśli myślimy o kobiecie, która nie jest szczególną fanką czworonogów, odpowiednio ładny i sympatyczny futrzak może szybko przełamać lody. Wreszcie, jeśli z naszym czworonogiem zaczniemy coś robić poza chodzeniem na krótkie spacery, może się ukazać, że wylądujemy w wyjątkowo sfeminizowanym środowisku psiarzy. Serio, serio. Rozejrzyjmy się chociażby po psiej blogosferze, czy zawodnikach DCDC: wśród “psiarzy” jest potężna nadpodaż kobiet i o ile nie zamierzam tu dowodzić, że są to same singielki, o tyle tak potężna dysproporcja płci działa na naszą (męską) korzyść. Aż chce się powiedzieć: “hau hau”.
 
Teraz kiedy już przykułem, mam nadzieję, uwagę, przejdę do kolejnego pytania: jaki pies? Odpowiedź brzmi: seter irlandzki. Już wyjaśniam, dlaczego.
 
Po pierwsze, ładny seter irlandzki jest po prostu piękny. D. ma zwyczaj powtarzać, że jeśli T. ma jakąś zaletę to jest nią uroda. Jest to spore uproszczenie, ale faktycznie T. działa na (niektóre) kobiety jak magnes. Zdarzało mi się zaczynać rozmowy z kobietami na np. przystankach czy w knajpach, kiedy byłem z T. nawet jeśli starannie ignorowałem świat zewnętrzny, grzebiąc w telefonie. Wyobraźmy sobie, że osoba po drugiej stronie smyczy jest trochę bardziej przystępna dla otoczenia i ubiera się nieco schludniej niż ja, a otrzymamy przepis na sukces. A przynajmniej na przełamanie pierwszych lodów.
 
Po drugie, seter irlandzki nie jest tak wstydliwym stworzeniem w komunikacji M2M (men-to-men) jak np. buldożek francuski czy york. Bez urazy dla jednych i drugich, ale nie raz słyszałem jak faceci tłumaczyli się, że ten pies to nie ich tylko partnerki lub mamy, bo przecież prawdziwemu mężczyźnie posiadanie takiego psa nie przystoi. Seter irlandzki jest sporych rozmiarów (plus nie do przecenienia), zaś jeśli ktoś powie, że np. wygląda lalusiowato zawsze można odpowiedzieć, zgodnie z prawdą, że właściwie to jest pies do polowań. Żaden stereotyp myśliwego nie łączy się z epitetem “lalusiowaty”.
 
Po trzecie, seter irlandzki to pies absolutnie bezpieczny (na ile, naturalnie, zwierzę może być absolutnie bezpieczne). Przykładowo owczarki niemieckie - choć atrakcyjne dla wielu osób, mądre i pracujące m.in. w służbach celnych, czy policyjnych - są rasą pod tym względem bardziej problematyczną. Jeśli zajrzymy w statystyki z np. USA możemy przekonać się, że odpowiadają za znaczący odsetek pogryzień. Trudno odebrać to inaczej niż jako mocny sygnał, że jest to rasa, która wymaga świadomego podejścia albo zainwestowania znacznej ilości czasu w szkolenie od szczenięcia. W tego typu statystykach próżno jednak szukać seterów irlandzkich, które są psami tak pokojowymi, że mogłyby z powodzeniem być symbolem hipisów.
 
Po czwarte, seter to pies życiowo dość ugodowy. Naturalnie irlandy są energiczne, potrzebują regularnie solidnej dawki intensywnego ruchu (a.k.a. dymania ile sił w łapach przez godzinę lub więcej). Ale poza tym to rasa śpiochów, które jakoś przeżyją nasze godziny pracy biurowej - w zamian za potężną dawkę ruchu np. wieczorem.
 
Chyba ostatnią, magiczną zaletą seterów jest preferowany przez te psy model spacerowy. Seter to pies, który wyprowadza się sam (a przynjamniej mój model tak ma). Spuszczony w jakimś atrakcyjnym miejscu (park, las, w ostateczności skwer), seter nie będzie potrzebował dodatkowej zachęty, żeby się ruszać. Zacznie eksplorować i cieszyć się tym jak kot kocimiętką. Stąd nawet osoby same mające problemy z większą ilością ruchu mogą seterowi ten ruch zapewnić. Sam tak zresztą wyprowadzałem T. przez mniej więcej pierwszy rok. Jednak potrzeba ruchu setera może być właśnie tym impulsem, który sprawi, że sami zmotywujemy się do ruszania z kanapy. Tak stało się ze mną. I choć daleko mi jeszcze do maratończyków, to z całą pewnością odwróciłem trend ku otyłości. Tyle wygrać!
 
A co jeśli to wszystko się nie sprawdzi? Jeśli przekonamy do siebie odpowiedzialnego hodowcę, kupimy i odchowamy szczeniaka, a nasze perspektywy matrymonialne nie ulegną poprawie ani odrobinę? Cóż, w najgorszym wypadku przez następna dekadę (lub nieco więcej) będziesz mieszkał ze swoim najlepszym przyjacielem, z którym zwiążesz się na więcej sposobów niż da się upchnąć w krótkiej notce blogowej. Całkiem nieźle jak na plan B, prawda?

piątek, 26 czerwca 2015

Wielkie pytanie o życie, wszechświat i całą resztę

A odpowiedź? 42. Jak powiedział Douglas Adams to taka liczba, którą można by bez żadnych obaw przedstawić swoim rodzicom, toteż dziś przed Wami 42 fakty dotyczące T. Ni mniej, ni więcej.


***

1. Jej rodowodowe imię brzmi Audrey Hepburn z Arislandu, a jego niewątpliwy urok jest jedną z niewielu kwestii dotyczących psa, w których zgadzamy się ze sobą w 100%. Bez dwóch zdań, najładniejsze imię w całym miocie.

2. Dla mnie od początku było oczywiste, jakie domowe imię powinna nosić, jednak aby postawić na swoim musiałam toczyć długie boje - zewsząd słyszałam, że za długie, że niewygodne do wołania, że dla psa zbyt skomplikowane. Pies swoje imię łyknął dość łatwo, otoczenie natomiast z pewnym trudem. Do tej pory spotykam się ze zdziwieniem, kiedy przychodzi mi ją przedstawić, a wahanie w głosie Ani Radomskiej wyczytującej kolejne drużyny startujące w Speed Wayu będę pamiętać jeszcze długo.

3. T. ma na koncie uczciwie przebiegnięty półmaraton.

4. Jednak bez względu na to, ile kilometrów ma za sobą, gdy zbliża się do wybiegu dla psów przed Ogrodem Krasińskich zmienia się w małą lokomotywę.

5. W pewnym momencie musieliśmy kąpać ją tak często, że przestała wchodzić do łazienki. Aby odczulić to pomieszczenie P. nauczył ją pić z prysznica. T. bardzo to lubi, dlatego po wyczerpującym spacerze startuje właśnie do łazienki, zamiast do miski wodą stojącej w kuchni.

6. Obecnie chętnie ładuje się do każdego zbiornika wodnego, a nawet większej kałuży, ale nie zawsze tak było - mniej więcej przez pierwszy rok życia T. zanurzała się maksymalnie do łokci.

7. A skoro jesteśmy przy kałużach… To prawdziwa koneserka kałużanki smakowej - na spacerze z miski napije się tylko wtedy, gdy chodzimy po istnej pustyni.

8. Kocha śnieg. Uwielbia biegać za śnieżkami chyba bardziej niż za czymkolwiek innym, do tego stopnia, że zimą rzut śnieżką może być… alternatywnym, awaryjnym przywołaniem.

9. Ciepłe miejsce w jej sercu zajmuje też frisbee. Zaborcza miłość do latających talerzy rozpoczęła się na finałach DCDC 2014 roku i w najlepsze trwa do tej pory.

10. Gdy mówię zaborcza, dokładnie to mam na myśli. Kiedyś na wieczornym spacerze T. ukradła dysk grającym we frisbee ludziom (seriously, kto gra we frisbee o 23?!), a odebranie go jej i zwrócenie prawowitym właścicielom zajęło ponad godzinę.

11. Podczas biegania wprost niemożliwie się ślini, a ślina z paszczy moczy pysk, uszy, głowę, a czasem nawet pierś. Zachwyceni jej urodą przechodnie, słysząc odpowiedź na pytanie “A gdzie to się piesek tak zmoczył?” nagle są zachwyceni… nieco mniej.

12. Nie lubi jeździć samochodem, ale mimo to upodobała sobie dwa auta. Pierwszym, jest wóz mojego brata, który kojarzy ze świetnymi spacerami w Krakowie, a drugim naszej trenerki Doroty, który pierwszy raz objawił jej… Frolic.

13. Sygnałem do wyjścia na spacer nie jest dla niej sięgnięcie po smycz, czy kręcenie się po przedpokoju, ale moment, w którym jedno z nas zmienia domowy dres na spodnie do ludzi.

14. T. ma zakaz wstępu na pościel. Początkowo nie był on zbyt restrykcyjnie przestrzegany, bo jedynym sposobem, aby pospać trochę dłużej było zaproszenie psa do łóżka. Obecnie zakaz jest egzekwowany w 100%, chociaż tęsknię za wspólnym leżeniem pod kołdrą.

15. Pierwszą podróż pociągiem odbyła na trasie Warszawa - Toruń, a celem wyprawy był toruński konwent fanów fantastyki i RPG Copernicon.

16. Przez kilka miesięcy miała osiem kłów identycznej długości, zupełnie jak rekin. Oporne mleczne zęby zostały w końcu usunięte chirurgicznie. Nie wiem, jak to się stało, ale nie mamy żadnego zdjęcia z tamtego malowniczego okresu!

17. Jest bardzo piękna - w całym swoim psim życiu była tylko na jednej wystawie, na której udało się jej spanikować i uciec z ringu. Mimo to dostała ocenę doskonałą.

18. Jest bardzo piękna - budzi zainteresowanie chyba wszystkich osób, które mijają ją na ulicy, część z nich chce sobie robić z nią zdjęcia.

19. Zwykle, obok ogólnych zachwytów dotyczących urody psa, o wyglądzie T. można usłyszeć dwa komentarze: 1) “Ależ ona się pięknie błyszczy, czym ją Państwo karmicie?” lub 2) “Pani głodzi psa, TOZ na Panią naślę!”. Jeden rudy pies i tyle skrajnych emocji!

20. Gustuje w najtańszych smakołykach o możliwie najbardziej podłym, pozbawionym wartości odżywczych składzie.

21. Chociaż zdążyła już skończyć dwa lata nie wie, co to tarzanie się. Najwyraźniej takie zachowanie jest poniżej jej godności.

22. Nie znosi sprayu, którego P. używa do unieczynniania broni biologicznej, w jaką po każdym treningu zmieniają się jego buty biegowe. Gdy się go używa odwraca głowę i intensywnie się oblizuje, czyli po prostu wysyła sygnały uspokajające.

23. Czasami próbuje się wepchnąć za człowiekiem do toalety. Zawsze mówię jej wtedy: “Piesku, ustaliłyśmy to już dawno temu, są takie rzeczy, które pańcia robi sama”.

24. Wie kiedy spodziewać się znienawidzonej lampy błyskowej i z satysfakcją wykorzystuje to do rujnowania kolejnych zdjęć.

25. Śpi na kanapie. Chyba, że akurat jest jej tam zbyt gorąco.

26. Wszędzie gdzie się pojawia budzi bardzo pozytywne emocje. Wygląda na to, że jestem jedyną osobą, która potrafi się na nią złościć. Tak, P. jest miękki.

27. Jest chyba jedynym psem, którego nie boi się moja mama.

28. Kiedy chce, aby zwrócić na nią uwagę kładzie człowiekowi pysk na kolanach, co jest po prostu niemożliwie urocze.

29. Jeżeli to nie skutkuje, zaczyna stosować bardziej bezpośrednie metody komunikacji w postaci wymuszających uderzeń łapą. P. dzięki temu zwyczajowi dwukrotnie wymieniał szkła w okularach.

30. Gdy ktoś siedzi przy komputerze, lubi położyć się tuż obok - najlepiej, tak, aby każdy, nawet najmniejszy ruch fotela na kółkach powodował uszkodzenia jej bezcennego, psiego ciała. Masochistka?

31. Dobrze znosi naprawdę duże zakresy temperatur, pod warunkiem, że sama może dozować sobie ruch.

32. Burze i pokazy fajerwerków nie robią na niej najmniejszego wrażenia.

33. Za to odkurzacz wydaje się jej co najmniej podejrzanym narzędziem, dlatego na wszelki wypadek wskakuje na kanapę, kiedy ten pojawia się na horyzoncie.

34. Gdyby szczekała mogłaby pracować, jako osiedlowy monitoring, bo bardzo lubi wyglądać przez okno.

35. Ma okropnie silny instynkt łowiecki, a dziecięciem będąc próbowała upolować nisko lecący samolot i księżyc w pełni.

36. Lubi gonić - się z innym psem lub coś. W tym drugim przypadku kompletnie nie rozumie co się dzieje, kiedy to coś przed nią nie ucieka. Raz przestraszyła się stojącej nieruchomowo na trawniku wrony, ostatnio zaś próbowała zachęcać do zabawy ptaka.

37. Wszyscy ludzie, którzy chodzą po świecie to dla niej ukochane ciocie i ulubieni wujkowie, z kolei jej miłość do psów jest mocno ograniczona - będąc na smyczy chętnie przywita się z przedstawicielem swojego gatunku, ale podczas swobodnych spacerów raczej ignoruje czworonogi i biega w swoim świecie.

38. Gdy przestrzaszy się czegoś podczas spaceru przybiega do swojego człowieka i przytula mu się do nóg, co nazywam odruchem "pańcia broń!".

39. Swoją klatkę trakuje, jako źródło jedzenia, o które potrafi się dopominać uderzając łapą w pręty, jednak zrelaksowanie się w niej wciąż pozostaje poza jej zasięgiem.

40. Trudno z nią pójść do weterynarza na zwykły przegląd, bo weterynarz zamiast przeglądać, poświęca czas na wyrażanie zachwytów (serio, serio!).

41. Wychodzi na spacery w bardzo kulturalnych godzinach - jeżeli zrywa nas z łóżka o dziwnej porze, to znaczy, że ten alarm trzeba potraktować naprawdę poważnie, a każda zwłoka grozi biegunkowym wzorem na dywanie w salonie.

42. Jest ukochaną, rozpieszczaną psią jedynaczką. A co!

piątek, 1 maja 2015

Reklamacji nie uznano

Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci; czego Jaś się nie nauczył tego Jan nie będzie umiał - przysłowia i ludowe mądrości dotyczące edukacji jasno dają nam do zrozumienia, że nauka w młodym wieku przynosi najlepsze efekty. Ta zasada równie dobrze, co w przypadku ludzi sprawdza się w kwestii szkolenia psów. Powszechny mit, mówiący o tym, że za wychowanie czworonoga należy zabrać się dopiero, kiedy ten skończy rok nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Naukę podstawowych komend oraz obowiązujących w codziennym życiu zasad trzeba zacząć natychmiast, gdy szczenię zawita do nowego domu, bowiem zaniedbania z tego ważnego, początkowego okresu potrafią się bardzo długo mścić.

T. to mój pierwszy pies, toteż na początku naszej wspólnej drogi popełniłam wiele podstawowych błędów, od których z pewnością zdołałby się ustrzec bardziej doświadczony przewodnik. W myśl zasady mówiącej, że uczyć należy się na błędach, najlepiej zaś na cudzych, postanowiłam podzielić się tutaj swoimi przemyśleniami, związanymi z tym, co powinnam była zrobić inaczej. Teraz, kiedy T. ma już prawie dwa lata jestem o wiele mądrzejsza - to trudny pies, który zafundował mi prawdziwą szkołę życia. Bez wątpienia, z każdym kolejnym czworonogiem będę popełniać błędy, nie ma bowiem na świecie idealnych trenerów i przewodników, jednak mam nadzieję graniczącą z pewnością, że będą to błędy… zupełnie nowe.

***

T., do mnie!

Chyba każdy opiekun psa myśliwskiego wie, jak trudno wypracować perfekcyjne przywołanie. Pies, który puści się w pogoń za zwierzyną lub zwęszy interesujący trop potrafi kompletnie ogłuchnąć, dlatego dobrze jest rozpocząć naukę przywołania możliwie jak najwcześniej. Każdy szczeniak, gdy jest jeszcze bardzo młody, przechodzi okres naturalnego podążania za przewodnikiem. Wtedy, aby przybiec na zawołanie nie potrzeba psu jakiejś szczególnej zachęty - wystarczy pochylić się, klasnąć w ręce, czy krzyknąć wesołym, wysokim głosem. To bardzo ważny okres, którego nie powinno się przegapić. Nie mogę powiedzieć, abym zupełnie przeoczyła ten istotny moment w życiu mojego psa, z pewnością jednak nie postarałam się, aby naprawdę silnie wzmocnić u T. podążanie za mną i przychodzenie na komendę. Moim błędem było nie używanie odpowiednio atrakcyjnych nagród, kiedy T. decydowała się do mnie przybiec - od początku powinnam była stosować w takich sytuacjach tuńczyka w puszcze, pasztet lub szynkę, zamiast dużo wygodniejszych, ale zdecydowanie mniej smacznych psich ciastek. Przez to, kiedy T. podrosła i stała się rozbrykaną nastolatką ciekawość świata i potrzeba eksploracji środowiska wygrały z tym, co miałam jej do zaoferowania. W ten sposób rozpoczęły się nasze problemy z przychodzeniem na komendę. Początkowo przywołanie działało nieźle w pozbawionych rozproszeń warunkach, ostatecznie jednak dobrnęłam do niechlubnego punktu, w którym T. całkowicie ignorowała tę komendę.

Problem udało mi się w sporym stopniu przepracować, jednak do tej pory zdarzają się w tej najważniejszej kwestii wzloty i upadki - obawiam się, że nigdy nie dojdziemy w tym względzie do poziomu posłuszeństwa, który satysfakcjonowałby mnie w pełni i pozwolił w 100% zaufać psu. Niemniej, na dzień dzisiejszy cieszę się w miarę akceptowalnym przywołaniem. Pomogły niesamowicie niewygodne spacery na długiej, 20-metrowej linie, dzięki której T. nie mogła zignorować komendy, ogrom entuzjazmu okazywanego psu po wykonaniu polecenia oraz naprawdę pyszne smakołyki. A także powtarzanie odpowiednich ćwiczeń tysiące razy - do tego założę się, że nim T. stanie się stateczną, dojrzałą damą całą sekwencję treningową zdążymy przewałkować razy milion.

Warto zaznaczyć, że wśród właścicieli wielu psów myśliwskich panuje przekonanie, iż przedstawicieli tych ras przywołania tak naprawdę nie da się nauczyć. W Internecie, na rozmaitych stronach i forach, można przeczytać, że jedynym sposobem, aby skutecznie takiego psa wyszkolić jest użycie obroży elektrycznej. To nieprawda. Aby pies chętnie wracał do właściciela na komendę trzeba po prostu odpowiednio wcześnie zacząć naukę, a do motywowania używać bardzo atrakcyjnych nagród.


Czekaj…!

Zarówno ciągnięcie, jak i chodzenie na luźnej smyczy to umiejętności, których psa trzeba (na własną zgubę lub dla swojej wygody) nauczyć - zwłaszcza, że psy naturalnie poruszają się szybciej niż ludzie. Szczenię wyrywające się w kierunku innego psa lub holujące właściciela w stronę ulubionego parku jest raczej urocze niż problematyczne, jednak takie samo zachowanie w przypadku dorosłego psa potrafi ze spaceru uczynić naprawdę wyczerpujące - zarówno fizycznie, jak i psychicznie - doświadczenie. Chodzenie na luźnej smyczy można ćwiczyć z bardzo młodym psem, nagradzając go i chwaląc, gdy znajduje się blisko człowieka oraz ucząc, że tylko spokojne zachowanie prowadzi do nagrody (w tym wypadku zabawy z innym psem lub biegania w parku). T. jako bardzo młody pies nie miała problemów z chodzeniem na luźnej smyczy, jednak dzięki życzliwości osób trzecich udało się jej do perfekcji opanować wchodzenie w tryb ciągnika. Oduczenie psa ciągnięcia na smyczy wymaga ogromu pracy i cierpliwości - zdecydowanie łatwiej jest po prostu nie dopuścić do opanowania takiego zachowania, dlatego przestrzegam przed używaniem na spacerach z młodymi psami smyczy automatycznych. W przypadku T. dało to po prostu tragiczne rezultaty.

Obecnie właściwie cały czas pracuję nad chodzeniem na luźnej smyczy. Chyba nie ma spaceru, na którym nie musiałabym T. przypomnieć, że galopowanie do przodu bez oglądania się na to, co dzieje się na drugim końcu smyczy za jej plecami nie popłaca. T. potrafi spokojnie maszerować obok mnie, gdy spacerujemy w nieznanym miejscu lub kiedy wie, że na końcu trasy nie czeka na nią nic wyjątkowo ekscytującego. Wciąż jednak zmienia się w lokomotywę, gdy idziemy na wybieg dla psów lub w inne jej ulubione miejsce spacerowe. Stąd też w naszym przypadku ważniejsza niż typowe ćwiczenia na utrzymanie luźnej smyczy jest praca nad kontrolowaniem emocji i słuchaniem przewodnika bez względu na poziom rozproszeń.


Ok, przywitaj się!

O tym, że w Polsce pies traktowany jest przez społeczeństwo niczym przedmiot użyteczności publicznej pisałam wielokrotnie. Ładnego psa każdy chce pogłaskać, a jeżeli na dodatek ów pies jest szczeniakiem powszechne zainteresowanie, jakie budzi wzrasta co najmniej dwukrotnie. Ludzie do psa cmokają, próbują go przywołać, głośno zachwycają się jego urodą, pozwalają na siebie skakać, gdy szczenię do nich podejdzie. Ze wstydem wyznaję, że nieświadoma potencjalnych konsekwencji początkowo pozwalałam T. na wszystkie tego typu interakcje tak długo, jak długo nie stanowiły dla niej bezpośredniego zagrożenia. To sprawiło, że teraz mam psa gotowego przywitać się z wielkim entuzjazmem z każdym napotkanym człowiekiem. Jednocześnie jednak dało mi psa niezwykle socjalnego, niesamowicie ufnego, którego bez problemu można wszędzie wprowadzić, a także zostawić pod opieką obcej osoby. Coś za coś.

Niestety, częściej na wierzch wychodzą wady niż zalety wypływające z początkowego etapu naszego miejskiego życia i nie raz życzyłam sobie mieć nieco mniej socjalnego psa, ale za to pozbawionego całego tego pełnego miłości bagażu. Spacer po mieście, podczas którego T. wyrywa się do każdej osoby, która na przykład lekko się do niej uśmiechnie potrafi być naprawdę męczący. W związku z tym, dużą wagę przykładam do możliwie najczęstszych ćwiczeń samokontroli i rezygnacji z witania się obcymi ludźmi, a smakołyki lub choćby sucha karma to nieodłączni towarzysze każdego spaceru. Mam nadzieję, że kiedyś zdołam przekonać T., iż praca ze mną jest znacznie bardziej interesująca niż witanie się z obcą osobą i warto ignorować tych wszystkich ludzi wokoło. Na razie jednak jasno widzę, że przed nami jeszcze długa droga.

Ty zostajesz!

Wypracowywanie spokojnego pozostawania w domu pod nieobecność właścicieli to w przypadku T. jego wielkie nieporozumienie. Tymczasem to bardzo ważna umiejętność - jeżeli pies szybko ją opanuje pozwoli nam uniknąć z jednej strony problemów z niszczeniem domowych sprzętów, z drugiej skarg sąsiadów na wycie i szczekanie. T. na szczęście jest osobnikiem cichym z natury, więc kłopoty związane z psimi koncertami nigdy nas nie dotknęły, przypuszczam jednak, że P. do tej pory nie może odżałować straty swojej ulubionej, super profesjonalnej klawiatury.

Na czym dokładnie polegał mój błąd w tym przypadku? Po pierwsze, zdecydowanie zbyt dużo czasu spędzałam z T., kiedy była szczenięciem, przez co przyzwyczaiła się, że zawsze w domu jest ktoś, z kim może się bawić. Po drugie, nie zdecydowałam się od odpowiednio wczesne wprowadzenie klatki kennelowej. Niestety, bardzo długo musiałam przekonywać P., że kennel to nie więzienie, ale bezpieczny azyl. Dodatkowo, ogromna seterowa klatka mogła pojawić się w domu dopiero po przeprowadzce - o zmieszczeniu w niewielkiej kawalerce takiej kolubryny nie było mowy.

T., na szczęście!, nigdy nie wykazywała objawów lęku separacyjnego, a wszystkie zniszczenia, których dokonała będąc rozbrykaną nastolatką wynikały z nudy i braku umiejętności samotnego spędzania czasu. Stąd też w jej przypadku problem właściwie rozwiązał się sam wraz z dorastaniem. Po prostu pewnego dnia T. doszła do wniosku, że pod naszą nieobecność najlepiej będzie skupić się na spaniu. Mimo to, szczerze żałuję, że ruda nie była w przemyślany sposób klatkowana od samego początku - jestem pewna, że oszczędziłoby nam to sporo nerwów i cennych książek.

***

Bez wątpienia na początku naszej wspólnej życiowej drogi narobiłam sobie sporo problemów, które teraz powoli, z wysiłkiem odpracowuję. Z pewnością będę o wiele mądrzejsza, gdy w moim życiu przyjdzie pora na pojawienie się kolejnego szczeniaka, a tymczasem zachęcam Was do dzielenia się swoimi doświadczeniami i przemyśleniami związanymi z tematem. Czy Wy, wychowując Wasze psy popełniliście jakieś błędy, które teraz wychodzą Wam bokiem?

piątek, 10 kwietnia 2015

Prawdziwa szkoła przetrwania

O tym, czym dokładnie jest cieczka z punktu widzenia psiej fizjologii oraz jakie są jej objawy napisano w Internecie całe tomy. Odnoszę jednak wrażenie, że jednocześnie niewiele można znaleźć porad, dotyczących tego, jak w miarę bezboleśnie przetrwać ten okres. A zaprawdę, powiadam Wam, nie zna życia ten, kto nie musiał zapewnić ruchu i zajęcia podczas cieczki suce, którą na co dzień po prostu rozpiera energia!
Na początek należy jasno uświadomić sobie, że wraz z cieczką w życiu opiekuna psiej damy pojawiają się dwa zasadnicze problemy. Pierwszym jest kwestia utrzymania względnej czystości w mieszkaniu, drugim natomiast - spacery. W przypadku porządku sprawa jest prosta. Są dwa podstawowe rozwiązania, zależne od upodobań estetycznych domowników oraz ilości wolnego czasu, jakim dysponują. Ci, którym nie przeszkadza, gdy tymczasowo prezencja psa leci na łeb, na szyję mogą wykorzystać stylowe psie majty. Z kolei wielbiciele aktywności fizycznej w domowym zaciszu chętniej postawią na codzienne bieganie za pupilem z mopem i ścierką. Co kto lubi.

Spacery natomiast stanowią problem znacznie bardziej złożony. Spacer jest dla psa najważniejszym punktem codziennej rutyny. To nie tylko możliwość załatwienia podstawowych potrzeb fizjologicznych w stosownym miejscu, ale przede wszystkim okazja do rozprostowania łap po całym dniu wypełnionym obowiązkowym jedzeniem i spaniem oraz wywąchania, co słychać u osiedlowych kumpli. Jako że cieczka trwa nawet kilka tygodni, trzeba zadbać o to, by zachowane zostały wszystkie funkcje spacerów - zarówno te fizjologiczne, jak i rekreacyjno-towarzyskie. Jednocześnie, wyjścia z domu należy organizować tak, aby nie przyciągać tabunów napalonych adoratorów i ostatecznie nie skończyć z nieplanowanym miotem szczeniąt o niewiadomym pochodzeniu. Warto przy tym podkreślić, że często spotkanie suki w cieczce z niewykastrowanym psem kończy się podnoszącą ciśnienie wymianą zdań pomiędzy właścicielami zwierząt, bo opiekun suki uważa, że pańcio niedoszłego reproduktora powinien lepiej kontrolować zachowanie swojego pupila i vice versa. Znaczy się, nie jest lekko.

Zacznijmy od ludzkiej strony problemu, a więc odpowiedzialności. Uważam, że każdy przewodnik jest zobowiązany na spacerze kontrolować poczynania swojego pupila (bez względu na jego płeć). Jednocześnie, właściciel suki w cieczce powinien tę kontrolę wzmóc w dwójnasób i nie liczyć w kwestii na wsparcie ze strony innych psiarzy po prostu dla swojego własnego dobra. O nieplanowane krycie naprawdę bardzo łatwo. Wystarczy chwila nieuwagi. Oczywiście, aby miało miejsce potrzebne są dwa psy, jednak na koniec dnia to właściciel suki zostaje sam z problemem. I to niekoniecznie jednym. Może się przecież okazać, że to dwanaście lub więcej małych, słodkich problemów. Z tego powodu uważam, że przewodnik suki w cieczce powinien przy pilnowaniu jej na spacerach liczyć wyłącznie na siebie - tak samo, jak wyłącznie na siebie będzie mógł liczyć odchowując nieplanowany miot.

W obliczu cieczki niewątpliwą zaletą suk setera irlandzkiego jest fakt, że w przypadku tej rasy ruja przebiega w trybie ninja. Poważnie. T. podczas pierwszej, trwającej niemal siedem tygodni (!) cieczki udowodniła, że można codzienne spacery odbywać bez wianuszka natrętnych adoratorów towarzyszących suce i jej przewodnikowi krok za krokiem. Nie znaczy to jednak, że niewykastrowany pies stojąc w niewielkiej odległości od suczki nie wyczuje rui. Oznacza to tylko tyle (i aż tyle), że do suki setera irlandzkiego nie będą zlatywały się wszystkie psy, jakie zamieszkują te same tereny w promieniu pięciu kilometrów. Czy w takim razie można pozwolić sobie na spacery bez smyczy? Moim zdaniem - nie. Po pierwsze, uważam, że niewiele jest suk, u których posłuszeństwo wobec właściciela wygrywa z instynktem reprodukcyjnym. Wprawdzie w ciągu całej rui jest raptem kilka płodnych dni, ale to wcale nie oznacza, że wcześniej lub później panna na wydaniu nie dojdzie do wniosku, iż pora poszukać chętnego kawalera na własną łapę. Po drugie, seter podczas spaceru bez smyczy dość daleko odbiega od przewodnika, co znacznie utrudnia sprawowanie nad nim bezpośredniej kontroli. Nie o posłuszeństwo psa (lub jego brak) tutaj chodzi, ale po prostu o to, że w razie ataku natrętnego adoratora nim właściciel suki zdąży interweniować będzie po wszystkim.
Jak w takim razie zadbać o aktywność suki w trakcie cieczki? Przede wszystkim, warto rozejrzeć się w okolicy za ogrodzonym terenem, na którym można bezpiecznie zwolnić psa ze smyczy i pozwolić mu trochę pobiegać, pod warunkiem, że akurat nie ma tam innych czworonogów. W przypadku T. taką rolę ostatniej deski ratunku pełnił wybieg dla psów przy Ogrodzie Krasińskich. Teren ów jest jednak niezwykle popularny wśród okolicznych psiarzy, stąd też trudno było trafić na taki moment, żeby ruda miała go tylko dla siebie. W trakcie cieczki T. odwiedzała wybieg najwcześniej po północy. Przy czym była z niego zabierana natychmiast, gdy na horyzoncie pojawiał się czworonóg, pragnący skorzystać z oferowanych przez ten teren dobrodziejstw, bowiem zgodnie z regulaminem obiektu suki w trakcie rui nie powinny na nim przebywać.

Świetnie sprawdzają się również długie spacery na smyczy po mieście oraz wspólne wizyty w kawiarniach. Tłok, dziwne zapachy i dźwięki składają się na mnogość wrażeń, która potrafi zmęczyć nawet najtwardszego zawodnika. Jeżeli dodatkowo podczas takiego spaceru przewodnik wymaga od suki koncentracji oraz wykonywania prostych komend w pakiecie otrzymujemy wspaniały, a przy tym bardzo wymagający trening w rozproszeniach. Dobrze jest przy tym mieć na względzie to, że suka może mieć w tym okresie problemy z wykrzesaniem z siebie dawki intelektualnego potencjału wystarczającej, aby podobny trening był dla obu strony smyczy przyjemnością.

Dobrze działa także - i to zarówno na psa, jak i jego przewodnika - wspólne bieganie. Dzięki temu, że sukę “łączy” z właścicielem lina z amortyzatorem można łatwo zapobiec ewentualnemu nagłemu wybuchowi miłości. Jednocześnie, bieganiem można zapewnić psu regularną, dynamiczną aktywność i przy okazji nieco podreperować kondycję - odpowiednio wysoki poziom zaangażowania dwunoga i relatywnie długa ruja powinny zsumować się co najmniej w półmaraton.

Wszystko to jednak w obliczu seterowej potrzeby ruchu jest kroplą w morzu potrzeb i niewiele daje nawet w połączeniu z intensywnymi ćwiczeniami w domowym zaciszu. Prędzej czy później (nie ma co ukrywać - raczej prędzej) suka zaczyna nie tylko chodzić po ścianach, ale i tęsknym wzrokiem spoglądać w stronę sufitu, po którym również można by pobiegać.
Nagle futro, które do sikania podnosi łapę wydaje się niezwykle kuszącą opcją. Przynajmniej do czasu kiedy - wyczuwszy sukę w cieczce - nie da w długą, ignorując wyćwiczone na 100% przywołanie.

piątek, 31 października 2014

Psiarna dziura w portfelu

Poniższy tekst bierze udział w akcji Psijacielu drogi, mającej na celu uświadomienie wszystkim, którzy rozważają zakup lub adopcję psa, że przyjęcie pod swój dach czworonożnego przyjaciela to nie tylko roześmiane, pełne miłości oczy i merdający ogon, ale również - a może nawet przede wszystkim - wydatki. Niestety, utrzymanie psa jest znacznie droższe, niż mogłoby się wydawać po dokonaniu wstępnych kalkulacji, kiedy zwierzaka nie ma jeszcze u boku nowych właścicieli. Dlatego też podejmując ostateczną decyzję o sprowadzeniu do domu małej, puszystej kulki pod uwagę należy wziąć również ów przyziemny aspekt przyszłego wspólnego życia.

T. poznaliśmy na początku lipca 2013 roku. Poniżej postaram się zsumować poniesione przez nas od tego czasu psie wydatki, jednak biorąc pod uwagę, że nigdy nie notowałam dokładnie wszystkich kosztów, jakie ponosimy w związku z posiadaniem psa ostateczna kwota nie będzie absolutnie precyzyjna.

***

Pies

Dla rodziny, przyjaciół i znajomych T. to T. Oficjalnie natomiast stworzenie, o którym możecie poczytać na tym blogu nazywa się Audrey Hepburn z Arislandu. Ów przydługi przydomek oznacza, że T. jest psem rasowym, za którego trzeba było zapłacić. Setery irlandzkie, chociaż wyjątkowo piękne, nie należą ani do ras rzadkich, ani do tych bijających rekordy popularności. W związku z tym cena szczeniaka nie była ani bardzo zachęcająca, ani szczególnie wygórowana. Średnio koszt psa rasowego to w Polsce 2,5 tys. zł. Jako, że trzeba było przyjechać po T. do hodowli - na szczęście od Warszawy oddalonej tylko o 100 km - do kosztów poniesionych na wstępie należałoby doliczyć również paliwo, powiedzmy 100 zł.
Ponadto, posiadanie psa rasowego może (ale nie musi) wiązać się z dodatkowymi kosztami, jeżeli chcemy na podstawie metryki otrzymanej od hodowcy wyrobić mu rodowód. Początkowo planowaliśmy, że T. będzie psem wyłącznie do kochania, jednak w pewnym momencie zamarzyło się nam zrobienie uprawnień hodowlanych. Stąd do kosztów szczenięcia dodać należy również wpisowe do Związku Kynologicznego w Polsce (70 zł), składkę członkowską na bieżący rok (70 zł), rejestrację psa (24 zł) oraz opłatę za wydanie rodowodu na podstawie metryki (50 zł).

RAZEM: 2 814 zł

Żywienie

Podliczenie miesięcznych kosztów wyżywienia T. to w naszym przypadku skomplikowana sprawa, bo dotychczas stosowaliśmy dwa mocno różniące się pod względem kosztów modele karmienia. Jako szczeniak T. jadła trzy posiłki dziennie, zgodnie ze wskazaniami hodowcy: na śniadanie suchą karmę z oliwą z oliwek, na obiad gotowane mięso z warzywami, a na kolację puszkę mokrej karmy. Po kilku miesiącach przeszliśmy na podawanie jedzenia dwa razy dziennie, eliminując z diety puszki. Ten stan trwał do sierpnia tego roku, kiedy chcąc zbudować u T. motywację do pracy za jedzenie zdecydowałam się na zrezygnowanie z podawania do miski czegokolwiek poza suchą karmą, dosmaczoną oliwą z oliwek, tak, aby wszystkie frykasy pojawiały się jedynie w nagrodę za wykonywane ćwiczenia. Ten drugi sposób - poza tym, że dobrze sprawdza się pod kątem treningów - jest, oczywiście, znacznie tańszy od pierwszego. Obecnie T. je Taste of The Wild, a 13-kilogramowy worek tej karmy można kupić w Internecie za około 170 zł. Do tego należy doliczyć jeszcze cenę dużej butelki oliwy z oliwek (ok. 30-40 zł). Biorąc jednak pod uwagę, że drugi system żywienia stosujemy tak naprawdę od niedawna, a mięso dla psa było kupowane raczej droższe niż tańsze, myślę, że realne koszty żywienia psa do tegorocznych wakacji były mniej więcej dwukrotnie wyższe. Zakładam, że w kiedy T. jadła dwa posiłki dziennie worek karmy wystarczał na 2 miesiące, obecnie natomiast jest zjadany mniej więcej w miesiąc. Można więc powiedzieć, że na podstawowe żywienie T. przez pierwszy rok wydaliśmy około 2 460 zł, natomiast przez ostatnie trzy miesiące ok. 600 zł.

RAZEM: ok. 3 000 zł


Smakołyki

Oczywiście, T. nie żyje na samej suchej karmie, przy okazji treningów pochłania całkiem sporo smakołyków. Są to zarówno pyszności z dolnej, jak i z górnej półki. Hitem są suszone płuca wołowe (37 zł/opakowanie), najtańszy żółty ser (zbyt drogi już nie smakuje), parówki, pasztet, tuńczyk w kawałkach w sosie własnym (do tej pory około 20 puszek). Do tego dochodzą jeszcze rozmaite gryzaki, prasowane kości i inne "czasozjadacze". Trudno jednoznacznie stwierdzić, jakie są miesięczne koszty tych wszystkich żywieniowych dodatków, bo zdarzają się miesiące, w których za smakołyki płacimy kilka złotych, zdarzają się i takie, gdzie zostawiamy w sklepie zoologicznym 150 zł.

RAZEM: ok. 450 zł


Opieka weterynaryjna

Setery irlandzkie to w miarę zdrowa rasa, a T. ma więcej szczęścia niż rozumu, więc dotychczas nie miała żadnych poważniejszych problemów zdrowotnych. Dzięki fantastycznemu hodowcy, do którego zawsze możemy zwrócić się po radę udało się nam też uniknąć biegania do weterynarza z każdym, nawet najmniejszym głupstwem, co często robią młodzi “psi rodzice”. Dzięki uprzejmości lecznicy, do której chodzimy z T. udało mi się otrzymać całą historię leczenia psa wraz z cenami, dlatego wyliczenia dotyczące wydatków na opiekę weterynaryjną będą bardzo dokładne. Dotychczas mamy za sobą kilka wizyt u weterynarza, raczej z mniej, niż bardziej poważnymi sprawami: szczepienia na choroby wirusowe dwa pakiety (74 zł, 65 zł), nocny dyżur powypadkowe odwiedziny po pogryzieniu przez agresywnego psa (45 zł), wizyta u psiego okulisty (70zł), wizyta okulistyczno-ogólna (120 zł), pobranie krwi przed zabiegiem (85 zł), wizyta u psiego okulisty (50 zł), ekstrakcja przetrwałych kłów mlecznych pod znieczuleniem ogólnym (300 zł), wyrobienie nowej książki zdrowia bo T. zjadła starą (40 zł), okulista (50 zł), powtórka szczepienia przeciwko wściekliźnie (50 zł). Do tego należy dorzucić ochronę przeciw kleszczom, w naszym przypadku jest to obroża Foresto (ok. 70 zł).

RAZEM: 970 zł


Akcesoria domowe

Pies, aby jakoś funkcjonować w domu musi mieć kilka podstawowych gadżetów: miski, jedna na wodę druga na jedzenie oraz posłanie to minimum. T. eksploatuje obecnie drugi zestaw misek; niedawno żywota dokonało drugie posłanie, stoimy więc przed koniecznością sprowadzenia do domu trzeciego. Trudno mi określić, ile orientacyjnie wydaliśmy na te akcesoria, warto jednak podkreślić, że cena rośnie wraz z rozmiarem psa, co potrafi być szczególnie dotkliwe podczas kupowania legowiska - niezbyt drogie kosztuje zwykle ponad 100 zł. Dodatkowo w okresie szczenięcym “stałym gościem” w domu był zestaw ocet plus soda oczyszczona, którego używaliśmy do prania obsikanego dywanu oraz spraye do czyszczenia powierzchni z psiego moczu (2x30 zł).

RAZEM: ok. 360 zł


Akcesoria spacerowe

Jeżeli porównać zasoby T. ze skarbami innych internetowych psów ruda z pewnością wypadnie w tej kategorii bardzo blado. W kwestii akcesoriów spacerowych starałam się stawiać na jakość, nie na ilość i kupować tylko dobrej jakości obroże, szelki i smycze, tak, aby mogły służyć nam jak najdłużej. Dotychczas moja metoda dobrze się sprawdza - wydaje mi się, że na akcesoria spacerowe udało się nam nie wydać majątku: uprząż pasowa IDC Julius K9 + końcówka do pasów samochodowych (ok. 100 zł), obroża Dublin Dog (ok. 70 zł), przepinana smycz AmiPlay (ok. 100 zł), 20-metrowa lina (ok. 85 zł), adresówka (20 zł). Podaję tu tylko te rzeczy, które są obecnie w użyciu - oczywiście, kiedy T. była małą puchatą kulką na spacery wychodziliśmy w innym rynszunku, były to jednak relatywnie tanie akcesoria z góry spisane na straty.
Warto dodać, że w lecie obowiązkowo towarzyszy nam przenośna silikonowa miska na wodę (20 zł), a w komunikacji miejskiej zakładamy psu kaganiec (materiałowy - ok. 25 zł, plastikowa klatka - 30 zł).

RAZEM: 450 zł


Pielęgnacja

T. kąpiemy wtedy, kiedy jest taka potrzeba, przypuszczam, że średnio raz na miesiąc lub dwa. Jak wiadomo, szczęśliwy seter to brudny seter, w związku raczej częściej niż rzadziej trzeba ją trochę odświeżyć przy użyciu wody i szamponu (ok. 20 zł).
Z bólem przyznaję, że nie opanowałam jeszcze sztuki kompleksowego zajmowania się szatą setera irlandzkiego, stąd T. zdarza się czasem mocno zarosnąć. Jeżeli czuję, że jeszcze mogę samodzielnie doprowadzić psa do stanu używalności walczę przy użyciu zakupionych w tym celu akcesoriów: bezpieczne nożyczki do przycinania sierści na łapach (42 zł), szczotka (ok.30 zł), grzebień (ok. 20 zł) oraz nożyczki-degażówki nożyk trymerski, filcak (jedno zamówienie na kwotę 158 zł). Dodatkowo, czasami dochodzę do wniosku, że sierść T. wymaga ręki profesjonalisty. Grooming to, niestety, dość droga usługa, my jednak mamy to szczęście, że możemy ostrzyc T. po wyjątkowo korzystnych cenach przy okazji wizyt w hodowli - trzeba tylko dojechać z Warszawy do Siedlec, a więc do ceny strzyżenia doliczyć jeszcze paliwo. Informacyjnie podam, że w Warszawie strzyżenie irlanda kosztuje ok. 200 zł.

RAZEM: 270 zł (bez wizyt w hodowli)


Zabawki i akcesoria sportowe

T. należy do tych psów, które niespecjalnie lubią bawić się zabawkami - pisząc ten tekst mocno zdziwiłam się, kiedy zorientowałam się do jakich rozmiarów urosła nasza kolekcja psich akcesoriów. Dotychczas wydawało mi się, że - ze względu na upodobania rudej - psich zabawek mamy naprawdę niewiele, tymczasem okazuje się, że nie tylko jest ich sporo, ale też były dość drogie. W psim pudle wszelkiej radości znajdują się: Kong Extreme (ok. 60 zł), kula na smakołyki (30 zł), sznurki do szarpania (3 x 20 zł), piszcząca zabawka bez wypełnienia (46 zł), szczury z Ikei (3 x 10 zł), frisbee (dwa Hyperflite Jawz - 130 zł, jeden Hyperflite Jawz Lite - 65 zł, jeden Eurablend - 40 zł, jeden Fastback - 12 zł), zestaw agility z Biedronki (140 zł). Skoro w tej kategorii znalazły się dyski, dorzucę do niej również pas i smycz z amortyzatorem kupione na dogtrekking (ok. 150 zł), nie są to wszak typowe, niezbędne do spacerów rzeczy.

RAZEM: 765 zł

Szkolenie

Ktoś mógłby powiedzieć, że to wydatek dodatkowy albo wręcz fanaberia, ja jednak uważam, iż odbycie szkolenia z podstawowego posłuszeństwa powinno być obowiązkiem każdego psiego przewodnika. Warto przy tym zaznaczyć, że psy uczą się w różnym tempie: są takie, którym wystarczy krótki kurs, są i takie, które muszą powtarzać podstawy całe życie. T. należy zdecydowanie do tej drugiej kategorii - to zdolna bestia, ale ma zupełnie inne priorytety niżbym sobie tego życzyła, a dodatkowo problemy z motywacją. Do tego dochodzi fakt, że jestem - cóż tu ukrywać - wymagającą pańcią, która oczekuje nie mniej, niż perfekcji. Stąd też myślę, że w kolejnych miesiącach to właśnie na szkolenie będziemy wydawać najwięcej, a do tej pory też poszło na to niemało pieniędzy: ukończyliśmy psie przedszkole (450 zł), kurs super pies rodzinny (550 zł), byliśmy też na indywidualnej lekcji po tym, jak popsuło się nam przywołanie (120 zł), od dwóch miesięcy chodzimy na zajęcia sportowe z rally-o (240 zł/miesiąc).

RAZEM: 1600 zł

Seminaria i zawody

Tutaj - mam nadzieję, że tylko na razie! - nie mamy się za bardzo czym pochwalić. P. brał udział w jednym dogtrekkingu (opłata startowa ok. 50 zł), ja z kolei zabrałam T. na weekendową szkółkę rally-o i zawody treningowe organizowane przez CEK Zuzik (30 zł).

RAZEM: 80 zł

Wystawy

T. była jak dotąd tylko na jednej wystawie, a na więcej się nie zanosi - było to dla niej dość stresujące doświadczenie, więc pokazywanie się na ringu odpuszczamy co najmniej do pierwszej cieczki, której jak nie było, tak nie ma. W związku z tym ta sekcja będzie wyglądać raczej biednie, mam jednak nadzieję, że mniej więcej pokaże, z jakimi wydatkami wiąże się wystawianie psa.
Na początek należy zaznaczyć, że przed pojawieniem się T. wystawy psów rasowych były dla mnie odległym, dziwnym, niepojętym rytuałem, a że nie lubię rzucać się na głęboką wodę chciałam nieco podszkolić się przed pierwszym wejściem na ring. Tajniki wystawiania psów odkrywał przede mną profesjonalny handler podczas dwóch spotkań (50 zł każde). Oczywiście, ktoś, kto ma doświadczenie w tej materii nie będzie ponosił tego rodzaju kosztów. Obowiązkowe jest natomiast przygotowanie szaty psa przed wystawą - w naszym przypadku wiążące się z wycieczką do hodowli na strzyżenie - oraz rejestracja na konkretny show w systemie wystawy.net (130 zł). W tej kategorii powinny znaleźć się również ringówka (30 zł) oraz wszystkie inne akcesoria niezbędne do przetrwania na wystawie, jak choćby materiałowa klatka (której nie mamy). W przypadku imprez odległych od miejsca zamieszkania do kosztów wystawienia psa trzeba, oczywiście, doliczyć jeszcze dojazd.

RAZEM: 260 zł


Pet sitterzy

Psa, niestety, nie wszędzie można ze sobą zabrać, zwłaszcza, jeżeli to duże zwierzę z ogromną potrzebą aktywności fizycznej. Do tej pory przetestowaliśmy przy okazji rozmaitych wyjazdów trzech pet sitterów, a że zależy nam na tym, aby T. miała dobrą opiekę podczas nieobecności pańciostwa ceny ich usług nie były szczególnie przyjazne dla portfela. Koszt doby opieki nad psem w domu tymczasowego opiekuna to mniej więcej 70-100 zł.

RAZEM: ok. 2000 zł


Transport

Gdy tylko jest taka możliwość staram się zabierać T. na wszystkie wyjazdy. Wprawdzie wciąż nie jest zbyt doświadczoną podróżniczką, jednak ma na koncie kilka wycieczek. Nie liczę tu kręcenia się po Warszawie w ramach odwiedzania nowych terenów spacerowych, bo w komunikacji miejskiej pies jeździ na bilecie właściciela. Kilka razy natomiast miałam okazję jechać z T. pociągiem. Za psi bilet PKP liczy sobie 15,40 zł, co daje w sumie 154 zł. Samochodu nie mamy, ale czasami zdarzało nam się wozić przy pomocy pożyczonych czterech kółek - przypuszczalnie to jakieś 200 zł w paliwie.

RAZEM: 354 zł

Zniszczenia


Na koniec dość niechlubny, a przy tym kosztowny rozdział w mojej karierze psiego opiekuna. Przyszedł czas na opisanie zniszczeń, jakich w domu dokonała T. Decydując się na psa warto mieć świadomość, że obok przewidzianych wydatków mogą pojawić się również takie, które nas zaskoczą - jak choćby konieczność wymiany któregoś mebla. Trzeba również pamiętać o tym, że poziom zniszczeń zależy od wielkości psa, bowiem większe gabaryty bezpośrednio przekładają się na większe możliwości w tej kwestii. T. najwięcej domowych sprzętów zmasakrowała między 6 a 12 miesiącem życia, w okresie w którym rozum wciąż jest jeszcze szczenięcy, za to możliwości fizyczne coraz bardziej dorosłe. Listę otwierają książki, bo T. to prawdziwa intelektualistka. Szkoda tylko, że literaturę chłonie za pomocą zębów. Nie mam siły wymieniać wszystkich straconych pozycji, powiem tylko, że na liście znajdują się zarówno literatura piękna, jak i RPG-i oraz podręczniki do informatyki o sumarycznej wartości 715 zł. Druga kategoria to elektronika: myszka (100 zł), klawiatura (450 zł), monitor zrzucony z biurka (470 zł), słuchawki (170 zł), słuchawka Bluetooth do telefonu (ok. 100 zł), kable (40 zł). Jesteście geekami, którzy chcą mieć psa? Odpuście. Nie bez powodu wszyscy fantaści mają koty. W kwestii zjedzonych butów i ubrań zdecydowanie się nam upiekło (250 zł). Jeszcze ulubiony kubek P. (ok. 100 zł) i możemy dojść do wniosku, że trzeba było kupić rodzeństwo, żeby mogło zajmować się sobą pod naszą nieobecność. Wyszłoby zdecydowanie taniej.

RAZEM: 2395 zł

SUMA: 15 768 zł

Podane tu wyliczenia obejmują okres od lipca 2013 roku do końca października 2014 roku. Warto podkreślić, że pierwszy roku życia psa to okres specyficzny, a tym samym związany z większymi nakładami finansowymi. Po pierwsze, sprowadzenie do domu psa, bez względu na to, czy jest to szczeniak przygarnięty ze schroniska, czy rasowe szczenię z hodowli, wiąże się z koniecznością zakupu na raz sporej ilości niezbędnych akcesoriów (miski, smycz, obroża, posłanie, etc.). Po drugie, młody pies niszczy - oczywiście, nasza sytuacja jest specyficzna, jednak decydując się na szczeniaka trzeba się liczyć chociażby z kosztami prania dywanów nim zwierzak załapie, na czym polega załatwianie się na podkłady higieniczne lub czekanie na spacer. Życie z dorosłym psem powinno więc być tańsze.

Ostateczna kwota jest nieco (eufemizm chroniący mnie przed natychmiastowym zawałem serca) przerażająca, trudno więc nie zadać sobie cisnącego się na usta pytania: czy można taniej? Osobiście uważam jednak, że nim udzielę odpowiedzi, należy rzeczone pytanie przeformułować: czy można taniej bez uszczerbku na dobrostanie zwierzęcia? Można, jednak wymaga to czasu i wysiłku. Jak komuś czasu brak, a na dodatkowy wysiłek (związany na przykład z samodzielnym robieniem psich zabawek) nie ma ochoty to płaci. Mam wrażenie, że teraz zaczniemy się wysilać.

***

Uważam akcję Psijacielu za wartościową i potrzebną, jednak zdaję sobie też sprawę z tego, że model podliczania psich wydatków, jaki zaproponowały jej inicjatorki może być nieco mylący. Podsumowująca moje wyliczenia kwota jest co najmniej znacząca, ale trzeba pamiętać o tym, że obejmuje ona ponad rok z życia T. Owszem, pies wiąże się z wydatkami, jednak pomiędzy kolejnymi okazjami do wyciągania z portfela gotówki lub karty płatniczej jest wiele czasu na długie spacery i radosne zabawy. Naprawdę. Dowodem niech będą zaprezentowane poniżej, dokładnie spisane psie wydatki za sam październik 2014. Musicie przyznać, że koszt utrzymania zwierza od razu wydaje się mniej przerażający.
  • 320 zł - dwa 13-kilogramowe worki karmy Taste of The Wild, powinny wystarczyć na ponad dwa miesiące;
  • 240 zł - cztery treningi rally-o;
  • 123,95 - gryzaki i smakołyki kupione w słynącym z wygórowanych cen Kakadu;
  • 16,67 - trzy puszki karmy mokrej w okresie oczekiwania na kuriera z ToTW-em;
  • 1,56 - marchewki, które dodajemy do suchej karmy;
  • 4,03 - ser używany, jako smakołyk treningowy;
  • 2,73 - parówki, używane jako smakołyk treningowy;
  • 1,88 - inne parówki, używane jako smakołyk treningowy;
  • 5,27 - jeszcze inne parówki, używane jako smakołyk treningowy;
  • 3,84 - kiełbasa, zgadnijcie po co?
RAZEM: 719,93

piątek, 29 sierpnia 2014

T., jak tajemnica

Nim stanie się to, na co wszyscy czekali muszę wyznać, że uczynienie T. seterem prawie anonimowym nie wynikało wcale z niecnych pobudek marketingowych i chęci budowania napięcia oraz pragnienia odkrycia tajemnicy u czytelnika. Nie, nie. Cała ta maskarada, którą zresztą poza tym wpisem zamierzam dalej kontynuować, wynika ze względów bezpieczeństwa. Zbyt wiele na codziennych spacerach widziałam ludzkiej głupoty, aby - ot, tak sobie - ujawnić imię mojego psa w Internecie. Jak każdy seter darzy on bowiem miłością wszystkich ludzi i gdyby ktoś próbował po imieniu przywołać go przez ulicę… Nieszczęście gotowe. Znamy się jednak już ponad pół roku i zdążyłam przekonać się, że moi czytelnicy to osoby miłe i odpowiedzialne, toteż - tak, jak obiecałam - ujawnię ciąg skojarzeń, który doprowadził do tego, że Audrey Hepburn stała się T., abyście mogli przekonać się jaki ciąg dalszy skrywa wymowna kropka. Zaczynamy!

Na początek, nim w ogóle przejdziemy do kwestii nadawania imienia psu, muszę wyznać, że z jednej strony jestem nerdem, a drugiej natomiast miłośnikiem dobrej literatury. Domyślacie się pewnie, że takie oświadczenie nie pojawia się tutaj bez powodu - tak, imię T. łączy w sobie zarówno wysoką sztukę, jak i jej popkulturowe przekształcenia.

Na początek zajmiemy się literaturą. Otóż, jakieś 400 lat temu, w dalekim, zamorskim kraju, żył sobie mężczyzna imieniem Will. Jegomość ów, który w szkolnych i akademickich podręcznikach opisywany jest jako William Shakespeare, na niwie literackiej wykazał się tak wielkim kunsztem i talentem, że na stałe zapisał się złotymi zgłoskami nie tylko w podręcznikach do historii literatury, ale i w świadomości społecznej. Nie wyobrażam sobie, aby w cywilizowanym kraju mógł istnieć ktokolwiek, komu udało się o nim nie usłyszeć. Znany jest z tego, że parał się głównie teatrem, a w swoich sztukach nierzadko sięgał do elementów folkloru, obok bohaterów z krwi i kości umieszczając na scenie wiedźmy ("Makbet"), duchy ("Hamlet") i wróżki (o tym za chwilę...). W tym również króla i królową tych ostatnich. Druga z wymienionych połówka królewskiej pary imię swoje otrzymała w spadku po innym wielkim literacie, Owidiuszu i jego słynnych "Metamorfozach". Imię nadobne, piękne, silne i już od zawsze mające się kojarzyć z arystokracją nie z tego świata. Edwin Landseer przedstawił królową ze "Snu nocy letniej" w następujący sposób:
Edwin Landseer, Scene from A Midsummer Night's Dream, podebrane stąd.
Za nim zaś poszli kolejni artyści, portretujący królewską parę:
Joseph Noel Paton, for The Quarrel of Oberon and Titania, podebrane stąd.
Prace Shakespeare'a w swojej twórczości wykorzystuje nie tylko wielu artystów i pisarzy - inspirują one również badaczy i naukowców. Imiona bohaterów szekspirowskich sztuk noszą na przykład księżyce Urana. Oczywiście, motyw króla i królowej elfów jest podejmowany przede wszystkim współczesnej literaturze, z naciskiem na fantastykę. Znajdziemy go choćby w szeroko znanej i bardzo przeze mnie lubianej sadze urban fantasy “Akta Harry'ego Dresdena” autorstwa Jima Butchera. Królowa elfiego Dworu Lata (pojawia się dopiero w 4. części cyklu "Rycerz Lata") nosi to samo imię, co jej szekspirowska poprzedniczka, król zaś został umiejętnie usunięty ze sceny.
Okładki amerykańskich wydań kolejnych tomów "Akt Harry'ego Dresdena". Podebrane stąd.

Jak widać dotychczas niezmiennie obracaliśmy się w kręgu arystokracji nadszedł więc czas, aby - jak najbardziej dosłownie - zejść na psy. Przyjrzyjmy się seterom irlandzkim. Każdy, kto przynajmniej miał okazję oglądać te psy na zdjęciach przyzna, że to bez wątpienia piękne zwierzęta, dostojne i godne. Mają w sobie coś arystokratycznego. Coś, co sprawia, że budzą powszechny zachwyt i natychmiastową sympatię, które na co dzień przysparzają mi tylu kłopotów i zmartwień. Nie zdziwi Was pewnie, kiedy napiszę, że od chwili, gdy zdecydowaliśmy się na tę właśnie rasę wiedziałam, że mój pies będzie nosił imię po jakiejś królowej, a że elfie piękności kojarzą mi się ze lśniącymi, rudymi włosami w zasadzie nie miałam wyboru. Tytania - to było pierwsze imię, które przyszło mi na myśl i żadne protesty ze strony P. nie były w stanie wyrzucić go z mojej głowy.

Jeżeli kiedyś spotkamy się na spacerze, nie zdziwcie się, słysząc, że pieszczotliwie nazywam mojego rudzielca “królewną”. Czy jednak ma ona w sobie chociaż odrobinę godności, tak charakterystycznej dla swoich imienniczek? Owszem! Doskonale widać ją wtedy, kiedy akurat nie poluje, nie biega z wywieszonym, sięgającym niemal do ziemi językiem i nie kąpie się w najbrudniejszych kałużach, jakie tylko można znaleźć w okolicy. Czyli rzadko. A nawet - bardzo rzadko. Nie zmienia to faktu, że T. wciąż jest królową w moim domu. Po prostu jest nieco ekscentryczna. Jak na arystokratkę przystało.
Tak zazwyczaj wygląda mój pies. Dodam, że to właśnie w takich chwilach i na takich spacerach jest najszczęśliwszy i najbardziej zadowolony ze swojego psiego życia. Przyznacie, że typowa stylówka rudej niewiele ma wspólne z królewską dumą, dostojeństwem i godnym prawdziwej damy szykiem. Na szczęście, od czasu do czasu, przez minutę lub dwie, zdarza się jej również wyglądać tak, jak na zdjęciu poniżej. Jest wtedy prawdziwą królewną.

PS. Drogi czytelniku, ujawnienie tu imienia T. jest z mojej strony ogromnym wobec Ciebie aktem zaufania. Mam nadzieję, że rozumiesz to i doceniasz. Proszę Cię, ze względu na bezpieczeństwo mojego psa, kiedy wspominasz o nas w Internecie lub polecasz gdzieś na forum publicznym mojego bloga - dalej używaj skrótu T.

niedziela, 3 sierpnia 2014

Pies na... jabłka

Chociaż znamy się już od roku, T. niezmiennie mnie zaskakuje. Tym razem okazuje się, że jest psem świadomym politycznie: w obliczu nałożonego przez Rosję na polskie owoce embargo pięknie pracuje w nagrodę za... jabłka. Poniżej przedstawiam Wam zdjęcia z dzisiejszego treningu rally-o.

 

sobota, 10 maja 2014

Wszystkiego najlepszego, piesku!

Dzisiaj T. skończyła rok. Fakt ów obchodzi ją mniej więcej tyle, co polityków problemy szarego obywatela, była więc nieco zniesmaczona, kiedy okazało się, że jej ludzie przypisują mu duże znaczenie. Odkąd bowiem w domu pojawiła się jako urocza, płowa kulka, która zdążyła się już wyrosnąć na nie mniej uroczą, mahoniową chudą tyczkę 10 maja przestał być dla nas kolejnym zwykłym dniem, a stał się okazją do małej, rodzinnej celebracji. Spróbowaliśmy wciągnąć w nią T. i sprawić, żeby tego dnia poczuła się wyjątkowo dopieszczona. Jak możecie zobaczyć - z marnym skutkiem.

Urodzinowe fotostory T.

Już jestem, przyszłam. Czego chcesz, człowieku?
Niespodzianka powiadasz? Fajna? Pokaż!
Tylko mięso? Po co wbiłeś w nie taki dziwny kolorowy patyczek? Zresztą - nieważne. Nie będę teraz jeść. Chcę wrócić do biegania!
O, jakie mam ładne łapy. I jaki ciekawy ten chodnik...
Ostatecznie mogę tego spróbować, skoro już podtykasz mi talerz pod nos. Może schowałeś pod tym mięsem coś fajnego. Patyk jakiś, czy coś...
Nie. Tylko niepotrzebnie pobrudziłam sobie nos. Widzisz, jak starannie muszę się przez Ciebie oblizywać? Nędza, człowieku, nędza.
Zrób wreszcie coś porządnego: grzecznie sprzątnij to mięso ze ścieżki i spuść mnie ze smyczy. Mam ochotę na bieganie!
Nowy pluszak? Nie, to też mnie nie interesuje. Chcę wrócić do biegania. Już, już. Zabieraj tę smycz! Ależ ci ludzie są niekumaci. Zupełnie nie wiedzą, co naprawdę się w życiu liczy.
Tak, tak. Wszystkie nasze starania zostały całkowicie wzgardzone - ale i tak ją kochamy. Szczególnie, że po powrocie do domu, ku naszej nieskrywanej radości, mięsny tort spotkał się z łaskawym zainteresowaniem solenizantki. Kawałki kurczaka zostały zjedzone, a wołowina rozwleczona po mieszkaniu. Ot, cała nasza nagroda.

piątek, 21 lutego 2014

Trzecia kategoria

Usłyszałam kiedyś, że są dwa rodzaje właścicieli psów: ci, którzy śpią ze swoimi pupilami oraz ci, którzy się do tego nie przyznają. Ja chciałam należeć do pierwszej kategorii: marzyłam o psie, który wieczorem wskakuje do łóżka i układa się w jego nogach, aby grzać mi zmarznięte stopy. Rzecz jasna rzeczywistość jak zwykle zweryfikowała moje plany - tym razem jej każący palec objawił się pod postacią P., bo chociaż w wielu sprawach, dotyczących psa udało mi się postawić na swoim w kwestii spania w łóżku P. był nieugięty.
 
Nie miałam innego wyjścia, jak przystać na forsowane przez niego rozwiązanie - w końcu wszystkie pozostałe sporne kwestie rozwiązaliśmy po mojemu - jednak zaznaczyłam, że P. ma samodzielnie nauczyć T., że łóżko, na którym znajduje się pościel to zakazany ląd. Przyznaję, miałam nadzieję, że mu się nie uda.

Początkowo, kwestia nie wymagała żadnego szkolenia. T., kiedy trafiła do naszego domu była malutką, płową kulką, dla której łóżko stanowiło niemożliwy do zdobycia górski masyw. Ale, że szczeniaki rosną, jak na drożdżach sytuacja szybko uległa zmianie i T. zaczęła podejmować próby wdrapania się na szczyt - szczególnie, że właśnie tam chowałam się przed nią, kiedy chciałam przez chwilę w spokoju poczytać książkę. Z trudem powstrzymywałam się wtedy od sabotowania wysiłków P., który za wszelka cenę starał się przekonać T., że łóżko wcale nie jest tak interesujące, jak się jej wydaje. Ostatecznie, gdy pies jeszcze trochę podrósł, a łóżko znalazło się w zasięgu jednego swobodnego skoku na liście komend na stałe zadomowiło się nowe polecenie: “Złaź!”.
 
Przez kilka dni to magiczne słowo słyszało się w domu niemal co chwilę, jednak wkrótce konieczność używania go znacząco zmalała. T. szybko zrozumiała w czym rzecz i przestała podejmować kolejne próby inwazji na kołdrę i poduszki. Przyjęła inną taktykę, opartą na swoich największych atutach - smutnym, psim spojrzeniu i uroczym pysku - którą z powodzeniem stosuje do tej pory.
 
Gdy wracamy do domu po porannym spacerze T. nie jest zainteresowana tym, że w misce pojawiania się śniadanie. Nie zajmują jej zabawki. Posłanie, do którego zanosi zarówno swoje, jak i kradzione skarby również przestaje być atrakcyjne i wygodne. Wtedy bowiem przychodzi czas nie na zabawę, czy jedzenie, ale próbę sił. T. siada przy łóżku i patrzy. A właściwie PATRZY. I to naprawdę ZNACZĄCO. Tak T. daje nam do zrozumienia, że powinniśmy pościelić łóżko - natychmiast, szybciutko, bez ociągania się. Bo kiedy z zakazanego lądu znika pościel to ona staje się jego królową.

W ten sposób wszyscy, poza mną, są zadowoleni: P., bo pies korzysta z łóżka na ustalonych przez niego zasadach; T., bo to ona włada za dnia najważniejszym meblem w domu. Ja zaś płaczę wewnętrznie nad świadomością bycia właścielem trzeciej, dotychczas nieistniejącej, kategorii.
T. patrzy, a nawet: PATRZY.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...