piątek, 5 września 2014

T., jak Pańcine Załamanie Nerwowe

Wychowanie młodego psa - takiego, co to już dawno ma za sobą okres szczenięcy i składa się z energii, buzujących hormonów oraz odrobiny mięśni i sierści - przypomina wychowanie nastolatka. Oczywiście, pies ma nieco mniejszy zasób słów, niż typowy polski gimnazjalista i nie może wykrzyczeć z desperacją w głosie “Mamo, nienawidzę cię!”, niech to Was jednak nie zwiedzie. Pies dysponuje bowiem bardzo szerokim arsenałem innych środków, które pozwolą mu pokazać, że nie jest z pańciostwa zadowolony, a wszystkie zakazy i nakazy ma głęboko pod ogonem. To właśnie ostatnio dobitnie dała mi do zrozumienia T.

Oczywiście, nasza praca szkoleniowa od zawsze obfitowała w rozmaite wzloty i upadki, te ostatnie jednak nigdy jeszcze nie były tak dotkliwe. Fakt, że dla mojego psa chodzenie przy nodze bez smyczy to - chyba, że akurat ma dobry dzień - koncepcja zupełnie abstrakcyjna wywołuje u mnie jedynie łagodną rezygnację. To, czy zrobi poprawne “waruj”, czy po prostu leniwie położy się na ziemi, słysząc odpowiednią komendę jest mi z kolei zupełnie obojętne. To, że po ponad tygodniowym pobycie u pet sittera T. zapomniała, co to znaczy słuchać poleceń i skupiać się na przewodniku rekompensuje mi jej znacznie większa, niż niegdyś pewność siebie i zaskakująco szybkie, jak na jej wcześniejsze możliwości, opróżnianie miski. Doszłam do wniosku, że większy entuzjazm w kontaktach z innymi psami i brak wiecznych problemów z jedzeniem to rzeczy nie do przecenienia, a całą resztę spokojnie na nowo sobie przepracujemy. W końcu nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. A jednak! Ostatni popis niesubordynacji T. uderzył w mój czuły punkt i sprawił, że zaufanie, jakim do tej pory darzyłam swojego psa zostało mocno nadszarpnięte. Co się stało? Nim o wszystkim opowiem, muszę złożyć pewne oświadczenie.

Otóż uważam, że przywołanie jest absolutnie najważniejszą umiejętnością, jaką może opanować pies i każdy czworonóg, a już na pewno ten mieszkający w wielkim mieście, powinien zostać nauczony przychodzenia na zawołanie do swojego przewodnika. Dlatego też od początku bardzo przykładaliśmy się do pracy nad przywołaniem, zarówno na gwizdek (awaryjnie), jak i komendę słowną (na co dzień), a kiedy wreszcie udało się nam osiągnąć sukces ćwiczyliśmy właściwie na każdym spacerze. Dzięki temu ja mogłabym być spokojna o bezpieczeństwo T., ona z kolei cieszyła się na spacerach naprawdę dużą swobodą.
20 metrów liny. Ciężkie to to i niewygodne jak diabli, ale czego się nie robi w imię bezpieczeństwa psa.

Niestety, koniec tego dobrego, czasy się zmieniły, T. bowiem na ostatnim spacerze dała popis jak nigdy - przez 2 godziny biegała kompletnie ignorując i komendy słowne i gwizdek. Owszem, cały czas sprawdzała gdzie się znajduję i czy aby na pewno nie zamierzam się gdzieś przemieścić, ale była przy tym kompletnie niemożliwa do przywołania. Więcej nawet, słysząc komendę zaczynała odbiegać w dokładnie przeciwnym kierunku. Szkoleniowe wzloty i upadki to jedno, ale taka akcja, szczególnie, kiedy wydawało się, że pod tym względem jest już naprawdę bardzo dobrze… Załamałam się, wpadłam w głęboką depresję, po czym doszłam do wniosku, że jedyne, na co zasługuje T. to wycieczka do chińskiej restauracji. W jedną stronę.
Stary gwizdek idzie w odstawkę, zastąpi go sprawdzony przez wielu myśliwych Billik.
Przed spełnieniem tej groźby cudem powstrzymał mnie P., nie zmienia to jednak faktu, że T. czekają teraz ciężkie czasy. Koniec ze spuszczaniem ze smyczy. Koniec ze swobodnym bieganiem i wąchaniem znajdujących się w ogromnym oddaleniu krzaków. Koniec z pańcinym zaufaniem, które bezpośrednio przekładało się na te najbardziej interesujące spacery. Wracamy do 20-metrowej liny treningowej, zmieniamy komendę, kupujemy nowy gwizdek i zupełnie od nowa zaczynamy mozolną pracę nad przywołaniem. Nie mamy innego wyjścia, w końcu żaden szanujący się chiński kucharz nie zgodziłby się przyjąć tak żylastego psa. Nawet za dopłatą.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...