Święto Pracy spędziłyśmy w istocie bardzo pracowicie. Zamiast leżeć do góry brzuchami na kanapie uczestniczyłyśmy w indywidualnym treningu z Elą Urbańską, który P. jakiś czas temu wylicytował w ramach pomocy finansowej dla polskich zawodników jadących na Mistrzostwa Świata Owczarków Belgijskich (FMBB).
Jako, że ostatnimi czasy T. przejawia szczególny talent do gubienia mózgu wtedy, kiedy najbardziej życzyłabym sobie, aby ten ważny organ pozostawał ze mną w ścisłym kontakcie zajęcia z Elą miały dotyczyć przede wszystkim budowania motywacji do pracy z przewodnikiem i skupiania pomimo rozproszeń. Do tej pory, gdy T. podczas ćwiczeń zaczynała bujać w obłokach starałam się za wszelką cenę skupić jej uwagę na sobie, bywało jednak że moje starania zupełnie nie przynosiły efektów. Wkręcona w polowanie T. potrafiła jednocześnie zupełnie mnie zignorować i wykonać komendę. Brzmi dziwnie, ale zapewniam, że to możliwe - potwierdzi to każdy kto widział, jak mój pies wykonuje siad, jak zahipnotyzowany gapiąc się przy tym na najbliższego ptaka, a następnie plując kawałkiem parówki, który dostaje w nagrodę.
| Zaczynamy zajęcia w trybie brak mózgu i perfekcyjna dysharmonia. |
![]() |
| Konkurencja w postaci pożyczonego border collie... |
![]() |
| ...wywołuje focha i pełne desperacji wrzaski. |
Zależy mi na tym, aby T. była w stanie pracować zawsze i wszędzie, a nie tylko wtedy, gdy akurat jest w odpowiednim nastroju. W związku z tym, jakiś czas temu do naszych standardowych treningów wprowadziłam time out w postaci przypięcia psa do drzewa lub ogrodzenia, które następuje do trzykrotnym zignorowaniu komendy. Metoda sprawdza się nieźle, szczególnie wtedy, kiedy mam psa rezerwowego, z którym mogę pracować, gdy T. przebywa na karnym jeżu. Podczas treningu z Elą okazało się jednak, że wszystkie karne jeże tego świata w połączeniu ze wszystkimi psami rezerwowymi nie mogą równać się z… frisbee.
Do nagradzania T. rzutem dyskiem byłam wcześniej bardzo sceptycznie nastawiona, bo nie mamy wypracowanego porządnego oddawania tej konkretnej zabawki. Po złapaniu frisbee ruda raz robi jedynie rundę honorową, innym razem zaś zachęca mnie, żebym ją goniła i ani myli o wypuszczeniu dysku z pyska, bo jest to chyba jedyny przedmiot, jaki darzy tak gorącą miłością. Trudno jest ćwiczyć chodzenie przy nodze, gdy po każdym nagrodzeniu psa trzeba się nieźle nagimnastykować, aby rzeczoną nagrodę odzyskać - wymiana frisbee to wszak dla T. pojęcie nawet nie teoretyczne, ale po prostu nieistniejące.
Nie wiem, czy wcześniejsze próby przekonania T. do tego, że oddawanie dysków jest fajne w końcu przyniosły coś na kształt pożądanego efektu, czy to Ela samą swoją obecnością sprawiła, że w mózgu rudej przeskoczyła jakaś specjalna zapadka. Prawdę mówiąc, gdy piszę te słowa, jestem w zbyt wielkim szoku, aby w ogóle próbować się nad tym zastanawiać. Dość powiedzieć, że T. nie tylko nie miała problemów z wypuszczaniem frisbee z pyska, ale nawet wykonywała coś, co przy pewnej dozie dobrej woli można by nazwać aportem. T. koncepcja szarpania się w nagrodę za wykonane ćwiczenie jest całkowicie obca, toteż zawsze myślałam, że wrota do magicznej krainy, w której psy nagradza się zabawką są dla mnie po wsze czasy zamknięte. A tu taka niespodzianka!
Rzut frisbee w nagrodę sprawdził się podczas treningu znakomicie, mimo moich wyjątkowo mizernych umiejętności dyskomiota. To zdecydowanie moje największe odkrycie szkoleniowe ostatnich tygodni. W ramach korekty za zarwanie kontaktu wzrokowego wystarczyło, abym zignorowała psa i kilka sekund sama bawiła się dyskiem - mózg rudej natychmiast wracał na swoje miejsce, a pies sam z siebie wykazywał chęć do pracy i oferował kontakt, wręcz pchając się pod nogi. O to chodziło.



